Dość marnowania publicznych pieniędzy
Najwyższy czas powiedzieć politykom z każdej opcji - tym, którzy rządzą i będą rządzić - dość! Nie ma naszej, obywateli, zgody na eksperymenty, szastanie pieniędzmi i ciągłe odwracanie reform, które wprowadził kto inny. Polski na to nie stać. Jeżeli tego nie zrozumiemy, to ciągle będziemy krajem z rosnącą dziurą budżetową i narastającymi problemami - jak te w służbie zdrowia.

W ostatnich dniach trwa dyskusja, dotycząca systemowych problemów służby zdrowia i zarobków lekarzy. Jestem pacjentem, który na przestrzeni dziesięcioleci (bo już trochę żyję) doświadcza mankamentów tego systemu. W problemach tego sektora, jak w soczewce, widać trwającą od lat wolnoamerykanę w tworzeniu prawa i wdrażaniu istotnych reform. A to dotyka nas także jako podatników i obywateli, którzy chcą stabilnego systemu, a nie rewolucji co parę lat.
Czytaj również:
Już obowiązują przepisy umożliwiające PIP przekształcanie umów cywilnoprawnych w umowy o pracę>>
Lekarze i pielęgniarki na kontraktach „uratują” firmy przed przekształcaniem umów?>>
Zawracanie Wisły kijem
Z systemem finansowania oraz funkcjonowania opieki zdrowotnej w Polsce mamy problem od lat. A już na pewno od czasów transformacji ustrojowej i gospodarczej. Po wygranych przez AWS wyborach parlamentarnych w 1997 r. rząd Jerzego Buzka przystąpił do wdrażania programu czterech reform: reformy administracji (zmieniającej podział administracyjny kraju), reformy systemu oświaty, reformy systemu emerytalnego i reformy systemu opieki medycznej. Reforma zakładała odejście od całościowego finansowania służby zdrowia z budżetu państwa, przejście na system mieszany ubezpieczeniowo-budżetowy oraz całkowitą reorganizację struktur własnościowych i funkcyjnych w publicznym lecznictwie (wprowadzenie SPZOZ-ów, instytucji lekarza rodzinnego oraz liberalizację przepisów stanowiących podstawę dla zakładania niepublicznych zakładów opieki zdrowotnej, czyli NZOZ-ów). Na podstawie ustawy z dnia 6 lutego 1997 r. o powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym, powołano kasy chorych, jako publiczne instytucje ubezpieczeniowe - powstało 16 regionalnych kas chorych (po jednej w każdym nowo utworzonym województwie) oraz jedna branżowa kasa chorych dla służb mundurowych, działająca na terenie całego kraju.
Dziś pewnie niewielu już pamięta tamtą zmianę. Ja jednak wciąż pamiętam z tamtych lat moją rozmowę z doradcą podatkowym ze Śląska. W tamtym czasie to właśnie tamtejsza kasa chorych pilotażowo testowała system oparty na rozwiązaniach niemieckich: każdy mieszkaniec Górnego Śląska miał swoją kartę, wyglądającą jak obecne karty bankomatowe. Korzystał z niej za każdym razem, gdy szedł do lekarza. Zapisana była na niej cała historia pacjenta, którą w swoim komputerze widział lekarz, odczytując dane z karty. Wiedział, jakie leki zostały pacjentowi zaordynowane, jakie badania zlecone i jaki był ich wynik, a kasa chorych widziała, co konkretny lekarz robił danego dnia i o danej porze - że przyjął Kowalskiego w przychodni, że wystawił mu receptę lub skierowanie na badania. Mieszkańcy Śląska byli bardzo zadowoleni z tego rozwiązania.
Owszem, system miał wiele wad. Ale czy zamiast jego ulepszania należało z niego od razu rezygnować i centralizować opiekę zdrowotną?
W kampanii wyborczej w 2001 r. Sojusz Lewicy Demokratycznej przedstawił koncepcję zastąpienia 16. regionalnych kas chorych jedną instytucją nadzorczą i po wygranych przez SLD wyborach ostatecznie koncepcja wolnorynkowa przegrała i postanowiono powołać Narodowy Fundusz Zdrowia z oddziałami regionalnymi (w miejsce starych kas w województwach) i centralą w Warszawie.
Nie twierdzę, że mamy wracać do kas chorych, ale może warto w dobie informatyzacji spiąć ze sobą już funkcjonujące systemy, tak jak teraz mają się ze sobą „widzieć” bazy danych ZUS, PIP i KAS, co zostało zapowiedziane na środowej konferencji w Sejmie. W wielu prywatnych przedsiębiorstwach funkcjonują systemy kadrowe, które pozwalają na ewidencjonowanie czasu pracy pracowników. Skoro potrafią to prywatne podmioty, to tym bardziej powinna to robić administracja publiczna. Zwłaszcza służba zdrowia. Nawiasem mówiąc, gdy PiS za rządów premiera Mateusza Morawieckiego wprowadzał Polski Ład, a wraz z nim zmiany w składce na ubezpieczenie zdrowotne (likwidując m.in. odliczenie 7,75 proc. z 9 proc. zapłaconej składki zdrowotnej w PIT) obiecywał, że pieniądze pójdą na ochronę zdrowia. Czy odczuliśmy to na co dzień? To pytanie retoryczne.
Nie rozumiem, dlaczego zamiast poprawiać i udoskonalać wprowadzane rozwiązania (nie dotyczy to tylko ochrony zdrowia), kolejni dochodzący do władzy politycy burzą zastany porządek i zaczynają wszystko od zera.
Chichotem historii jest, że Lewica, która w tamtym czasie, za rządów Leszka Millera wprowadzała na rynek pracy umowy cywilnoprawne, teraz rękami Janusza Krasonia (posła SLD w Sejmie IV, V i VI kadencji, w latach 2001-2011) będzie je zwalczała (poseł Adrian Zandberg na posiedzeniu sejmowej Komisji do Spraw Kontroli Państwowej w dniu 1 lipca br. i odpowiedź GIP). Lewica, która w 2003 r. zlikwidowała kasy chorych i stoi za centralizacją systemu i utworzeniem NFZ, teraz zgłasza pomysły na jego uleczenie (wystąpienie Włodzimierza Czarzastego na konferencji prasowej w Sejmie 8 lipca br.).
Finanse publiczne nie są własnością rządzących
Już kilkanaście lat temu usiłowałam jako dziennikarz ustalić, ile kosztowały nas na przestrzeni lat wszystkie „odkręcane” przez kolejne ekipy reformy. Zaskoczenia nie było - usłyszałam wówczas, że ustalenie łącznego kosztu jest trudne, wręcz niemożliwe. Może więc czas, żeby obywatele, którzy z płaconych przez siebie podatków zrzucają się na publiczną kasę, którą potem rządzący rozdzielają w budżecie państwa, powiedzieli dość! Dość marnotrawienia pieniędzy i ciągłego eksperymentowania. Nie od dziś słusznie się mówi, że lepsze jest wrogiem dobrego.
Panie i Panowie u władzy, już czas usiąść do stołu wspólnie z opozycją i wszystkimi aspirującymi do władzy partiami i ustalić kierunek rozwoju Polski w najważniejszych dla kraju i obywateli sprawach, który potem, po zmianie władzy, wszyscy będą respektować i co najwyżej udoskonalać, a nie znowu - za publiczne pieniądze - wdrażać kolejne, często szokowe, reformy, które inni za kolejne 4 lata znów będą zmieniać.
Akurat w kwestii zdrowia konsensus powinien zostać wypracowany możliwie szybko.





