Ołowiane dzieci w serialu, azbestowe wnuki w realu
Serial Netflixa o hucie w Szopienicach i epidemii ołowicy wśród dzieci w epoce PRL okazał się hitem. Ma swoje bohaterki, jak lekarki Jolanta Wadowska-Król i Bożena Hager-Małecka. Ma i swoje czarne charaktery. Takich trujących hut, kopalń, fabryk mieliśmy w Polsce więcej. Jednak „Ołowiane dzieci” to nie tylko historia, gdyż takich mini-Szopienic mamy w Polsce nadal pełno, choć rzadko je dostrzegamy. To wszechobecny azbest.

Chodzi nie tylko o okolice byłych fabryk – na urzędowej liście jest prawie 30 takich miejsc – ale przede wszystkim o ponad 2400 polskich gmin. W tej opowieści nikt nie ma ciemnych dziąseł, ani nie pluje krwią, w powietrzu nie unoszą się widoczne gołym okiem zanieczyszczenia, nie trzeba codziennie myć okien. Zamiast tego są drobne, niewidoczne gołym okiem igiełki, potem kolejki do onkologów i lekarzy medycyny pracy. Tematu więc nie kocha kamera, nie ma o nim głośnych dziennikarskich reportaży. A szkoda, gdyż teren po trującej szopienickiej hucie już dawno zaorano, ale – wszystko na to wskazuje – zarówno azbest, jak i jego konsekwencje mogą być z nami jeszcze przez kilka pokoleń.
Cudowny surowiec okropną trucizną
Azbest - wbrew pozorom - nie jest wynalazkiem polskim, na skalę przemysłową ruszyli z nim Kanadyjczycy pod koniec XIX wieku. Tym bardziej nie wynalazł go PRL, choć to w latach 70-tych i 80-tych przeżywał swój rozkwit i wtedy azbestowe rury w miastach oraz azbestowe dachy na wsiach stały się standardem. Problem z azbestem – i to już od ponad stu lat – ma cały świat, gdy tylko spostrzegł, że oprócz wielu zalet ma ten surowiec budowlany także wady – jest przyczyną pylicy, raka płuc, międzybłoniaków w opłcunej i innych nowotworów. Pracownicy dawnych fabryk są pod w miarę stałą opieką medyczną, choć skutki zdrowotne ujawniają się nawet po 20-40 latach (pisaliśmy o tym w tekście Azbest bezpłatna profilaktyka). Gorzej z ludźmi narażonymi na jego codzienne wdychanie w całej Polsce. A jest tego paskudztwa nadal ok. siedmiu milionów ton.
Zakaz produkcji, importu i używania azbestu wprowadzono ustawą z 19 czerwca 1997 r. o zakazie stosowania wyrobów zawierających azbest (Dz. U. z 2025 r. poz. 1708). Od trzech dekad kolejne rządy realizują – a w zasadzie tylko starają się realizować – antyazbestową strategię, która ma do 2032 r. oczyścić Polskę z tej trucizny. Jest to wprost zapisane w uchwale Rady Ministrów nr 39/2010. Wystarczy krótka wycieczka na polską prowincję, aby przekonać się, że to iluzja. Paradoksalnie zresztą - w praktyce i na papierze – i tak jesteśmy unijnym liderem w pozbywaniu się azbestu, choć udało się go usunąć jedynie w ok. dwudziestu procentach.
Rzeczywistość jest brutalna – na walkę z azbestem nie ma dużych pieniędzy. Oczywiście trafia się wsparcie z gmin, funduszy ekologicznych (w tym NFOŚIGW), a nawet z KPO. To jednak kropla w morzu potrzeb, gdyż w obecnym tempie cały azbest może zniknąć dopiero za kilkadziesiąt lat, a bardziej pesymistyczne szacunki mówią nawet o dwóch stuleciach). Płyty azbestowe trzeba byłoby bowiem zdjąć z dwóch milionów nieruchomości (w praktyce najczęściej z ich dachów) należących do osób fizycznych. Ich nie stać nie tylko na demontaż starego eternitowego dachu, ale przede wszystkim na założenie nowego. To są dla zwykłych ludzi ogromne koszty. Tymczasem zdecydowana większość programów pomocowych skupia się na dofinansowaniu kosztów demontażu. Mały jest też rynek firm zajmujących się legalnym zdejmowaniem azbestu, a planowanej nowe ustawy azbestowej (numer w RCL – UC60) nadal nie ma, mimo że termin implementacji odpowiednich przepisów Unii Europejskiej minął już kilka miesięcy temu. Ponadto ma ona jeszcze wyżej podnieść poprzeczkę dla przedsiębiorców, którzy chcieliby się branżą azbestową zainteresować. Szkolenia, certyfikaty, specjalistyczny sprzęt, odpowiedni personel i środki BHP, surowa odpowiedzialność – to długa lista obowiązków, która winduje ceny usług i skraca listę chętnych. Do tego dochodzi mało miejsca na odpowiednich składowiskach odpadów. Zresztą przepisy nie są remedium na wszystko – można zadekretować usunięcie azbestu w ciągu kilku lat, ale w praktyce nie da się nagle dziesięciokrotnie zwiększyć ilości utylizowanego surowca.
Inny paradoks azbestu, to konieczność działania kompleksowego, a nie etapami. Pół biedy bowiem, jak azbest nadal jest na dachu, nieuszkodzony w wielu miejscach, nie jest bowiem tak groźny, jak ten łamiący się i kruszący, gdyż wtedy jest źródłem milionów małych, niewidzialnych trujących igiełek roznoszonych w powietrzu. A, niestety, widok pryzm eternitu ułożonego na posesjach i niedbale owiniętych folią, to codzienność polskich wsi, miasteczek i dzikich wysypisk. Ktoś robi pierwszy krok – często samowolnie i amatorsko - ale nie robi potem kolejnych.
Do końca świata – i jeden dzień dłużej
Ta tykająca, ogólnopolska ekologiczna bomba będzie więc z nami przez pokolenia. Problem jest prozaiczny - wąski, wręcz symboliczny w stosunku do potrzeb, strumień pieniędzy. Oznacza to brak zainteresowanych tematem azbestu polityków – tak chętnie walczących z reliktami PRL-u na innych frontach. To także brak wpływowych lokalnych i większych lobbies, które mogłyby na azbeście zrobić dobry, finansowy interes. Dopóki to się nie zmieni, dopóty nie tylko nasze dzieci, ale też wnuki i prawnuki będą musiały żyć z azbestowym cichym mordercą po sąsiedzku. A urzędnicy – niczym guru różnych sekt na przełomach wieków – będą tylko w kolejnych aktach prawnych przesuwać planowaną datę końca azbestowego świata.




