Przedsiębiorcy nie mają wątpliwości, że tarcza finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju to jedyna szybka i realna pomoc. Bywa, że od złożenia wniosku do wpłynięcia pieniędzy na konto, mija tylko jeden dzień. Choć to instrument uruchomiony na samym końcu, 29 kwietnia, to najszybciej zadziałał. Zapewne dlatego, że za jego realizację odpowiada spółka, a nie urząd. Tyle, że subwencja dla największych firm - tych, które zatrudniają ponad 250 pracowników, wciąż czeka na akceptację Komisji Europejskiej, a dofinansowanie do wynagrodzeń udzielane przez urzędy pracy niknie w gąszczu procedur i czeluściach urzędów. Wiele firm miało też problem z zawarciem porozumień ze związkami zawodowymi i przedstawicielami załogi. Te, którym się udało, czekają średnio cztery tygodnie na rozpatrzenie wniosku, a znam i takie, które wnioski złożyły 15 kwietnia, i wciąż nikt się do nich nie odezwał. Nie inaczej jest ze zwolnieniami ze składek ZUS dla mikro, małych i średnich firm. Te zapewne zostaną przyznane, ale każdy już chciałby wiedzieć, że na pewno nie musi regulować składek za marzec, kwiecień i maj. Z badań Pracodawców RP wynika m.in., że 40 proc. firm wskazuje na długie oczekiwanie na decyzję lub przyznanie środków w ramach instrumentów z tarczy antykryzysowej. Mimo to statystyki puszczane przez urzędy i ministerstwa w mediach społecznościowych wyglądają imponująco. Problem w tym, że w większości nie dotyczą dużych firm.

Czytaj również: Duży biznes i związkowców łączy walka o notyfikowanie tarczy finansowej >>

 


Stan na 22 maja według danych Ministerstwa Rozwoju wygląda tak: rząd rozdał ok. 40 miliardów złotych głównie małym i średnim firmom, w tym 4,1 mld zł na mikropożyczki w wysokości 5 tys. zł dla 670 tys. mikrofirm zatrudniających do 10 osób, Polski Fundusz Rozwoju przelał już 34 mld zł  na konta 169 tys. małych i średnich firm (zatrudniających od 1 do 250 osób).  Duże firmy mające ponad 250 osób na pokładzie mogły liczyć tylko na dofinansowanie do wynagrodzeń z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych przyznawane przez wojewódzkie urzędy pracy, dostały niecałe 4 miliardy złotych. Przy miliardach z PFR, ta kwota nie robi wrażenia.

Na początku epidemii, 23 marca, pisałam, że w Polsce resortowej nie ma szans na szybkie podejmowanie decyzji przez co rozpatrywanie wniosków o pomoc będzie trwało dłużej, niż przygotowanie specustawy, ale co gorsza  nie wiadomo kogo i dlaczego w pierwszej kolejności chce ratować rząd. W efekcie plan ratunkowy będzie wyglądał jak na Titanicu - szansę na przeżycie będą mieli tylko ci, którzy pierwsi wskoczą do szalupy. Po blisko dwóch miesiącach te słowa są aktualne. Rząd zaczął odmrażać gospodarkę, a urzędnicy dalej nie rozpatrzyli tysiąca wniosków - szalupa rzucona przez urzędy pracy dla dużych - wciąż dryfuje w urzędniczych odmętach, a ta przez PFR - w unijnych korytarzach.

Z drugiej strony, gdyby nie PFR, tysiące małych i średnich firm miałoby problemy z płynnością finansową. Tyle, że zasady pomocy udzielane przez spółkę budzą wiele wątpliwości. Nie mam pewności, że 100 miliardów złotych – tyle ma być wart program PFR za sprawą sprzedaży obligacji, które przyjdzie nam i naszym dzieciom kiedyś wykupić – trafi naprawdę do tych, którzy potrzebują pomocy. Wystarczy bowiem wykazać spadek obrotów miesiąc do miesiąca, o co nie trudno, np. wstrzymując płatność niektórych faktur. Ile ze 164 tys. firm tak zrobiło? To będzie można sprawdzić, nie wiadomo jednak, czy PFR upomni się o te przejedzone pieniądze. Na pewno zapuka do tych, którzy poświadczyli nieprawdę, lub którym wniosek wysłał kolega, księgowy, a nie upoważniony do reprezentacji prezes. 

Podoba mi się szybkie, nowoczesne działanie spółki, ale chciałabym jednak, by z jej pomocy korzystali ci, którzy dobrze wykorzystają darowaną im szansę.  A tak mamy dwie skrajności: 40 miliardów złotych rozdanych błyskawicznie i niemal bezwarunkowo małym i średnim oraz 4 miliardy przyznawane po ponad miesiącu od złożenia wniosku i po spełnieniu wyśrubowanych warunków. Być może to dobra polityka, bo w 2019 roku w Polsce działało aż 2 miliony firm zatrudniających do 9 osób, 134 tysiące mające od 10 do 249 pracowników i tylko 2,9 tys. przedsiębiorców zatrudniających ponad 250 osób. Mogłabym się założyć, że te małe wykorzystają pieniądze i znikną w szarej strefie, a te duże utoną jak ci na Titanicu, dla których zabrakło szalup. Zwłaszcza że nie krzyczą o pomoc. Jedynie piszą grzeczny apel do przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen o przyspieszenie notyfikacji tarczy finansowej dla dużych firm.

 


Ich raczej nie ma ich wśród protestujących na ulicach przedsiębiorców prowadzonych przez kandydata na prezydenta Pawła Tanajno, a także Michała Kołodzieczyka, lidera Agrounii, kojarzących się ze znanymi z Francji żółtymi kamizelkami - facebookowa grupa Strajk Przedsiębiorców liczy 256 tys. członków. Patrząc po dyskusjach na forach na ulice wyszli raczej ci, którzy załapali się wsparcie z PFR, mikropożyczki czy zwolnienie ze składek ZUS. Wśród nich nie widać zaś dużego biznesu, a to jedyna grupa, która jeszcze nic nie dostała od państwa i powinna wyjść na ulice, by nie utonąć w milczeniu. Jednym słowem póki co mały biznes wychodzi z tarczą, a duży na tarczy.