Jolanta Ojczyk: Dlaczego w wyborach do Sejmu startuje pani z Poznania? Ma pani przekonać przedsiębiorczych poznaniaków do dobrej zmiany?

Jadwiga Emilewicz: Tak, mam poszerzyć krąg naszych wyborców. Czuję się trochę jak komando do zadań specjalnych. Chcę oczywiście osiągnąć jak najlepszy wynik dla Zjednoczonej Prawicy, szczególnie dlatego, że wartości charakterystyczne dla Poznania są bliskie także i mnie. Mam na myśli m.in. pracowitość, wytrwałość, gospodarność czy pragmatyzm. Nie przez przypadek, to właśnie stąd wywodzi się wiele biznesowych sukcesów. Mam jednak świadomość, że jest to teren niezwykle trudny dla prawicy, w ostatnich wyborach na kandydatów z naszego obozu oddano tu niespełna 24 proc. głosów.  Przez ostatnie cztery lata, jako minister, dobrze poznałam poznańskie i wielkopolskie firmy – zarówno te polskie, jak i zagraniczne, oraz ich pracowników. Teraz staram się pokazywać im, co zrobiliśmy dla rozwoju biznesu w Polsce. Tłumaczę, że nasz rząd wprowadził setki korzystnych dla przedsiębiorców zmian. Pakiet  100 zmian dla firm, w tym ustawa o zarządzie sukcesyjnym, Konstytucja biznesu, Pakiet MŚP, Pakiet Przyjazne Prawo czy Mały ZUS - to realne ułatwienia, oszczędności i przywileje dla biznesu. Dlatego warto nam zaufać i pozwolić kontynuować proprzedsiębiorcze reformy.

 


Jak? Ogłaszając tak znaczącą podwyżkę płacy minimalnej w tak krótkim czasie?

Zacznijmy może od źródeł tej decyzji. Prezes Jarosław Kaczyński na konwencji w Lublinie mówił o wolności, sprawiedliwości i równości jako podstawie solidarności. Mówiąc o wolności skupił się na wolności do działania – ale można być wolnym i działać tylko wtedy, kiedy nas na to stać. Polacy nie mogą tylko i wyłącznie ciężko pracować. Owoce transformacji nie mogą być zarezerwowane wyłącznie dla nielicznych. Dlatego nasz rząd konsekwentnie prowadzi politykę, której celem jest wyrównanie tych dysproporcji. Efekty już widać, gdyż w indeksach badania nierówności wynagrodzeniowej wypadamy coraz lepiej. Ale to jest zasługa programów społecznych, w tym 500+, ale także świetnej kondycji naszej gospodarki i wzrostu wynagrodzeń. W wielu sektorach wzrosły one nawet o 7-8 proc.

Czytaj: Minimalne wynagrodzenie w 2020 r. - 2600 złotych>>

 


Minimalne wynagrodzenie ma wzrosnąć z 2600 zł w 2020 roku do 4000 zł w 2023 roku. Nie obawia się pani, że tak szybka podwyżka może spowodować inflację i poszerzenie szarej strefy?

Gdy zaczynaliśmy rządy, nie tak dawno, bo cztery lata temu, płaca minimalna wynosiła 1750 zł. Gdy wówczas spotykałam się z właścicielami dużych firm, off the record przyznawali, że jej podwyższenie było konieczne. Zamrożenie płacy minimalnej przez naszych poprzedników przez tyle lat - na tak niskim poziomie - tworzyło  gospodarkę kapitalistyczną na wzór XIX-wiecznej, bez myślenia o społecznej odpowiedzialności biznesu. W tym roku minimalne wynagrodzenie wynosi 2250 zł, w przyszłym roku ma wzrosnąć do 2600 zł, a w kolejnym - osiągnąć poziom 3000 zł. To jest program, który ma sprawić, by polska wersja państwa dobrobytu - jak powiedział prezes Kaczyński - oznaczała współudział w sukcesie gospodarczym maksymalnie dużej liczby pracujących.

Firmy, ale także budżet, czekają jednak trudne czasy. Z danych GUS wynika, że podwyżka dotyczy 1,5 miliona Polaków…

To jest rok na restrukturyzację, podnoszenie produktywności, w czasie, kiedy poziom bezrobocia jest rekordowo niski. W ubiegłym tygodniu jeden z naszych największych pracodawców – Volkswagen – poinformował, że rozwiązuje umowy z podwykonawcami, ale jednocześnie nie zmniejsza, a wręcz zwiększa poziom inwestycji, tyle że w automatykę. Płaca minimalna nie będzie odczuwalna dla firm zaawansowanych technologicznie, które zatrudniają osoby wysoko wykwalifikowane i płacą im znacznie więcej. Podwyżka będzie również impulsem proinnowacyjnym.  

Zwolnienia nie będą groźne dla rynku?

Myślę, że nie. Rynek przyjmie obecnie każdego pracownika. Mamy branżę budowlaną, która „płacze”, bo nie może znaleźć pracowników. To właśnie w niej wynagrodzenia wzrosły trzykrotnie. Mamy rynek głodny pracownika i duże firmy powinny udźwignąć ciężar związany z ich wynagrodzeniem.

Zapowiadane są także podwyżki składek na ubezpieczenie społeczne. Czy firmy, szczególnie małe, stać na to?

Korzystając z propozycji, które wyszły spod mojego pióra, premier zaproponował uzależnienie składki na ubezpieczenia społeczne od osiąganego dochodu dla najmniejszych przedsiębiorców, a także podniesienie limitów przychodu dla firm wybierających ryczałt. Odejście od jednakowej składki na ZUS to był nasz postulat, przedstawiliśmy go, pracując nad wprowadzeniem przepisów o tzw. małej działalności gospodarczej. Czytaj również: Premier: Ryczałt podatkowy do 9 mln obrotu >>

Aby „załapać się” na mały ZUS, przychód nie może przekroczyć 2,5-krotności minimalnego wynagrodzenia, czyli ok. 5250 zł w 2019 r. i już 6500 zł w przyszłym roku. Korzystają więc z niego ci, którzy nie mają kosztów. Z zapowiedzi premiera wynika zaś, że składki ZUS mają być uzależnione od dochodu. Czy tu będzie jakiś limit? Czy nie obawia się pani zwiększania kosztów?

Po pierwsze tzw. mały ZUS powinien zostać utrzymany. Pozwolił on małym firmom, które są na początku swojej biznesowej drogi, obniżyć wysokość składek. Proszę się nie obawiać. Nie chcemy dociążyć firm o małych obrotach dodatkowymi daninami. Jednocześnie powinniśmy dalej podążać w stronę sprawiedliwego systemu, który uzależnia wysokość składek od wyniku finansowego, tak jak to ma miejsce w większości krajów. System zryczałtowanej wysokości składki, opartej o prognozowane wynagrodzenie w gospodarce, jest nie fair, bo firmy o bardzo dużych dochodach płacą relatywnie niskie składki, w stosunku np. do osób zatrudnionych na umowę o pracę.  Zasady oskładkowania powiązane z osiąganym dochodem to gruntowna przebudowa obecnego systemu w kierunku składki zależnej od finansowych możliwości przedsiębiorcy. Zmiana ta, to również istotny element stabilizacji dla przedsiębiorców przy zmiennych warunkach rynkowych czy koniunkturalnych.

Kiedy nastąpią zmiany w oskładkowaniu działalności gospodarczej?

Na pewno nie będziemy się spieszyć. Propozycja musi być skrupulatnie policzona oraz poddana pod szerokie konsultacje społeczne. Następnie musimy przewidzieć odpowiednie vacatio legis, by przedsiębiorcy mogli się przygotować do zmian.

 


Wspomniała pani o branży budowlanej, która ma duże problemy z waloryzacją kontraktów przez wzrost kosztów. W jeszcze trudniejszej sytuacji będzie ona po podwyżce płacy minimalnej. Czy kontrakty będą waloryzowane?

W nowym Prawie zamówień publicznych jest podstawa do waloryzacji. Projekt ustawy wprowadza obowiązek zawarcia w umowie - której przedmiotem są roboty budowlane lub usługi - zawartej na okres dłuższy niż 12 miesięcy, postanowień o waloryzacji wynagrodzenia wykonawcy, w przypadku zmiany cen materiałów lub kosztów istotnych dla realizacji zamówienia. Projekt zakłada, że wynagrodzenie wykonawcy może zostać zwaloryzowane zarówno „w górę”, jak i „w dół”, w zależności od kierunku zmiany cen materiałów lub kosztów. Tym samym, zabezpiecza w jednakowym stopniu interes ekonomiczny zamawiających oraz wykonawców. Gwałtowny wzrost płacy minimalnej jest czynnikiem kosztotwórczym, który daje podstawę do waloryzacji.

Nowe prawo ma wejść w życie w styczniu 2021 roku. Co jednak z wieloletnimi kontraktami, zawartymi przed 2021 rokiem?

Urząd Zamówień Publicznych wydał właśnie stanowisko w tej sprawie. Zgodnie z nim, nie jest wykluczone, że gwałtowny wzrost płac może być jedną z przesłanek, na podstawie której będzie można nowelizować stare kontrakty. Obecnie obowiązujące przepisy nie blokują zatem zupełnie waloryzacji. W tych przypadkach konieczne jest jednak indywidualne podejście i rozważanie sytuacji wykonawcy w każdym kontrakcie oddzielnie.

I wykonawcy, i zamawiający liczą na to, że nowe prawo zostanie uchwalone. Czy parlament zdąży?

Wierzę, że nowe Prawo zamówień publicznych zostanie uchwalone jeszcze w tej kadencji. Przemawiają za tym ważne powody. Ma dobre recenzje zarówno ze strony wykonawców, jak i zamawiających, co się rzadko zdarza. Projekt, nad którym pracowaliśmy ponad dwa lata, zebrał też pozytywne opinie Rady Dialogu Społecznego i Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu. Pojawia się wiele głosów, że nie możemy dłużej czekać na nową regulację. W tym tygodniu zajmuje się nią Sejm. Do procedowanej ustawy zgłoszono tylko 20 poprawek, choć ma ona ponad 600 artykułów. W moim przekonaniu to świadczy o jej dobrej jakości.

Dlaczego nie poparli państwo postulatów Solidarności dotyczących badania rażąco niskiej ceny i wprowadzenia kryterium przestrzegania przez wykonawcę prawa pracy?

Zapowiedzieliśmy, że jeszcze pochylimy się nad tym postulatem podczas prac w Sejmie, więc być może, znajdzie się rozwiązanie, które wyjdzie naprzeciw oczekiwaniom Solidarności. Musimy jednak pamiętać, że nie wszystkie kontrakty da się zmierzyć jedną miarą. Prawo zamówień publicznych reguluje umowy na usługi, roboty budowlane i dostawy, w tym również takie, przy których nie pojawia się problem prawa pracy, bo zwyczajnie w ich ramach nie wykonuje się prac, które wymagają tej formy zatrudnienia. Zgadzam się jednak co do tego, że tam, gdzie jest to istotne, zamawiający powinien sprawdzać, czy wykonawca nie łamie przepisów związanych np. z minimalnym wynagrodzeniem.  

Nowe Prawo zamówień publicznych to ostatni duży projekt w tej kadencji, który wyszedł spod pani ręki. Było ich znacznie więcej, począwszy od Konstytucji Biznesu, ulgi na badania i rozwój, pakiety dla firm, prostą spółkę akcyjną, wsparcie dla firm energochłonnych. Które regulacje są, pani zdaniem, najważniejsze?

Przede wszystkim cieszę się, że przepisy, nad którymi pracowałam, udało się uchwalić. Jeśli Prawo zamówień publicznych zostanie uchwalone, to czuję, że mam w bramce dziesięć na dziesięć karnych. Z tej perspektywy ważne są przepisy, które zmieniają świadomość. Co prawda nie da się z dnia na dzień sprawić, by przedsiębiorca nie był postrzegany jak przeciwnik i „odczarowanie” tego pewnie zajmie nam jeszcze trochę czasu, ale wiele już się udało. Podczas dyskusji nad Konstytucją Biznesu, która wprowadziła wiele zasad ogólnych, (np. co nie jest prawem zabronione jest dozwolone), zarzucano nam, że to jedynie piękne słowa, które nie zmienią przyzwyczajeń urzędników. Z analizy orzecznictwa NSA wynika jednak, że te zasady są stosowane. Za sprawą jednej z nich, Wody Polskie musiały wycofać się ze swojej decyzji i obniżyć opłatę. To jest realna zmiana, która tworzy nową rzeczywistość i możemy być z niej dumni. Osobiście cieszy mnie wprowadzenie przyspieszonej amortyzacji na zakup maszyn i urządzeń – to efekt rozmów z przedsiębiorcami z moich rodzinnych stron, a także przepisy wspierające innowacyjne firmy. My naprawdę słuchamy rynku i staramy się wychodzić mu naprzeciw.

Z danych wynika jednak, że z ulgi na badania i rozwój wciąż korzysta mało firm.

To się zapewne zmieni. Przeszkoliliśmy i naczelników urzędów skarbowych, i księgowych z tego, jakie koszty są kwalifikowane. Jaki dało to efekt dowiemy się w drugiej połowie października, gdy GUS poda statystykę za 2018 rok.

Jeśli prawica wygra wybory, zostanie pani znowu ministrem przedsiębiorczości czy może… energii?

Energia i gospodarka trzymają się za ręce! Bez względu na to, czy będę w przyszłym rządzie, to jeśli zostanę posłanką, tematyka energetyki będzie jedną z tych, którymi będę się zajmować. To jest kwestia tego, czy Polaków będzie stać na rachunki za prąd i czy przedsiębiorcy będą mieli kapitał na rozwój. Z jednej strony, musimy skupić się na budowie strategii bezpieczeństwa państwa, by blackouty nie stanowiły zagrożenia. Z drugiej strony, ceny energii nie spadną do 2032 roku, bo nie wzruszymy polityki klimatycznej. Musimy więc postawić na odnawialne źródła energii, a to jest też szansa technologiczna dla firm. Często goszczą u mnie przedstawiciele branży fotowoltaicznej, którzy mówią, że klienci muszą czekać po trzy miesiące na instalatorów. Nasze zmiany legislacyjne rozpoczęły zieloną rewolucję. W pierwszym kwartale przybyło 11 tysięcy nowych instalacji prosumenckich. Wkrótce prosumentami będą mogły być małe i średnie firmy. Następne w kolejce są spółdzielnie mieszkaniowe. Chcemy jednak, aby bloki nie były tylko autoproducentami energii – mogą nimi być już dziś. Chcemy, by ich mieszkańcy też byli prosumentami. To jest jednak większa operacja prawna.

Gdyby została pani przy tece ministra przedsiębiorczości, to jakie ma pani plany?

Z drobniejszych rzeczy, należy zwiększyć limit zwolnienia z VAT z 200 do 400 tys. złotych, a także znieść opłaty skarbowe. Chciałabym też dokończyć to, czego nie udało mi się osiągnąć w tej kadencji. Chciałabym, aby w rządowym cyklu legislacyjnym powstał stały komitet deregulacyjny. Przedsiębiorców najbardziej boli niestabilność prawa, każda zmiana oznacza koszty. Ostrożność w jego stanowieniu jest więc niezbędna. Nie tylko mój resort czy Ministerstwo Finansów przygotowuje projekty dla gospodarki. Robią to też np. resorty środowiska, inwestycji czy energii. W nowej kadencji gospodarka, środowisko, energia muszą się lepiej „widzieć”, bo mają bezpośrednie przełożenie na kondycję prowadzenia działalności gospodarczej. Musi być też wprowadzony obowiązek analizy funkcjonowania przepisów (OSR ex post). Zadaniem na nową kadencję jest też dla nas fundacja rodzinna. Już w najbliższych dniach skierujemy do konsultacji zieloną księgę w tej sprawie.