„Frankowy wyrok wart 60 miliardów złotych”, „Frankowicze nie mają co liczyć, że banki odpuszczą, jest za późno, aby oferować przewalutowanie”, „Banki nie chcą okazać łaski” – takie tytuły zdominowały media od czasu wydania korzystnej opinii rzecznika Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w polskiej sprawie frankowej. Widać, że banki boją się lawiny orzeczeń po korzystnym wyroku unijnego sądu, ale mimo to, ugód zawierać nie chcą - wolą liczyć na pomoc sądów lub państwa. Nie mają jednak co liczyć na to, że wyrok będzie inny, bo TSUE w tej sprawie jest nawet bardziej stanowczy, niż w kwestii praworządności. Już wiele razy konsekwentnie wskazał, inaczej niż polskie sądy, że zagadnienie klauzul abuzywnych jest od dawna rozstrzygane przez TSUE jednolicie. Mówi wyraźnie, że niedozwolona klauzula wypada z umowy. Gdyby okazało się, że bez niej umowa nie może istnieć, sąd stwierdza jej nieważność. Wyjątkowo, gdyby unieważnienie umowy, było niekorzystne dla konsumenta, sąd za jego zgodą i w jego interesie, może bezprawną klauzulę naprawić. Polskie sądy orzekają tak od niedawna, TSUE - od lat. I, co więcej, polski rząd zgadza się z tym stanowiskiem do sprawy państwa Dziubak.

 


O tym zaś, że takie klauzule są w umowach frankowych - wiadomo co najmniej od 2006 roku. To wtedy KNF radził bankom, by wskazywały obiektywne sposoby i terminy ustalania kursu. Więc już od ponad 10 lat banki wiedzą, że z klauzulami będą miały kłopot. Mogły same próbować go rozwiązać, ale nie chciały. I nadal nie chcą. Liczą na niespójne orzecznictwo – a faktem jest, że polskie sądy, choć mamy jeden kodeks cywilny – miały tu kilka rożnych poglądów. Podobnie może być w przypadku wskazania skutków unieważnienia umowy, bo potem posypią się z pewnością kolejne pozwy. W przypadku skutków nieważności klauzul umownych dopiero w 2018 roku nastąpił przełom, i sędziowie zaczęli stosować k.c. tak, jak od lat uczy się na Wydziałach Prawa. Jeśli ktoś ma wątpliwości, to jeden z tzw. frankowych prawników, robi mu taki oto test. Jeśli kupuje Pan/Pani samochód i okazuje się, że ma on wadę ukrytą, np. wybucha przy przekroczeniu prędkości 100 kilometrów na godzinę po 3 latach użytkowania, to co Pan/Pani robi? – Zwracam się do sprzedawcy lub producenta o wymianę – pada zwykle odpowiedź. A gdy ci odmawiają? – To niemożliwe, sprzedali mi wadliwy produkt - a jeśli odmówią, to pójdę do sądu, w końcu zapłaciłem za auto grube pieniądze - słyszy mecenas. I wtedy prawnik odpowiada, że tak samo jest z kredytem we frankach. Trudno się więc dziwić frankowiczom, że próbują swój "zepsuty kredyt" wymienić na taki bez wad. Czy rząd pomoże "sprzedawcom" kredytów wyrównać swoje straty, to już inny problem. Na pewno nie jest to jednak sprawa dla sądów - te powinny zajmować się tylko zgodnością z prawem zawartych umów.

Dziwi mnie ten upór banków, które za nic nie chcą wypić piwa, którego nawarzyły. Dziwią się też sędziowie, z którymi rozmawiam, że - za każdym razem - pełnomocnicy banków nie chcą zawierać ugód. Bo przecież cudu nie będzie - po wyroku TSUE szala istotnie przechyli się na korzyść frankowiczów.

W dodatku może się okazać, że niedozwolone klauzule to nie jedyny problem banków. Ostatnio dużo też mówi się o zniknięciu wskaźników LIBOR i WIBOR. Nie nastąpi to z dnia na dzień, może za pięć lat. Zmiana wskaźników oznacza konieczność aneksowania umów – wszystkich, w których te wskaźniki są - szacuje się, że może ich być nawet 2 miliony. Już teraz banki powinny się do tego przygotować, bo tu i sądy już dostrzegają problem. A KNF mówi, by odpowiednio wcześniej zaczęły zmieniać umowy. Ale i tu banki liczą na jakąś cud - ustawę! Niczego ich franki nie nauczyły.