Cesarz zza grobu potwierdza polskie obywatelstwo
Wydane za panowania Franciszka Józefa przepisy dotyczące tzw. prawa swojszczyzny, nadal są przydatne w staraniu się o potwierdzenie polskiego obywatelstwa. Dokumenty wystawione pod zaborami nie potwierdzą jednak ze stuprocentową pewnością miejsca zamieszkania, ani posiadania nieruchomości we wskazanych w nich miastach bądź gminach.

Na terenach byłej Galicji nadal dużym sentymentem cieszą się długoletnie rządy cesarza Franciszka Józefa (panującego w latach 1848-1916, na zdjęciu monarcha przedstawiony jest na portrecie namalowanym, gdy miał ok. 35-40 lat). W cenie mogą być też dokumenty z okresu zaborów, nie tylko dla kolekcjonerów staroci, ale także dlatego, że dzięki nim można potwierdzić polskie obywatelstwo przodków. To niektórym osobom, zwłaszcza z Ameryki Południowej i krajów europejskich, otwiera drogę do własnego potwierdzenia obywatelstwa polskiego. Przy staraniu się o podjęcie nauki lub pracy na terenie Unii Europejskiej ma to już wartość nie tylko sentymentalną.
Każdy przypisany do jednej gminy
Prawo swojszczyzny (Heimatrecht) regulowała w monarchii austro-węgierskiej specjalna ustawa z 1863 r. Jej paragraf pierwszy przesądzał, że każdy poddany monarchy miał wręcz obowiązek w jednej z gmin (i tylko jednej) mieć prawo swojszczyzny. Uprawniało ono do swobodnego pobytu na jej terenie, a także do żądania zaopatrzenia w ubóstwie. Prawo swojszczyzny przysługiwało przez urodzenie, przez poślubienie (żona nabywała prawo swojszczyzny tam, gdzie miał je jej mąż) albo przez dostąpienie urzędu publicznego. Chodziło o to, aby każdy był przypisany do jakiejś gminy.
Członkami gminy były osoby posiadające prawo przynależności do niej (tzw. przynależni). Osoby nieposiadające takiego prawa, ale będące właścicielami majątku nieruchomego w gminie lub też płacące w niej podatki bezpośrednie od dochodu i z tytułu „przedsiębiorstwa zarobkowego samoistnie wykonywanego”, uzyskiwały status uczestników gminy (Gemeindegenossen). Zarówno przynależni, jak też uczestnicy, byli członkami gminy. Przepisy do uczestników gminy zaliczały również osoby prawne. Osoby, których nie można było zaliczyć do przynależnych lub uczestników gminy, posiadały w danej gminie status obcych (Auswärtige). Mogły one być usuwane w drodze tzw. szupasu do własnej gminy przynależności wówczas, gdy sprawiały kłopoty natury policyjnej bądź finansowej, jak np. włóczęgostwo, brak stałych dochodów, trudnienie się nierządem – podkreśla dr Grzegorz Kądzielawski, wykładowca na Wydziale Prawa i Administracji Uczelni Łazarskiego, w poświęconym prawu swojszczyzny artykule w Studiach z Dziejów Państwa i Prawa Polskiego 2014 (t. 17).
Przepisy regulowały nawet sytuacje, jak postępować z „nieswojakami”, czyli osobami, których prawa swojszczyzny nie dało się określić. Paragraf 18 ustawy stanowił, że dopóki nie zostanie wykazane nic innego, to „nieswojak” był przydzielany do gminy, w której znajdował się w czasie wstąpienia do wojska do gminy, albo tam gdzie najdłużej (przez co najmniej pół roku nieprzerwanie) przebywał przed zakwestionowaniem jego prawa swojszczyzny bądź – w ostateczności - do gminy, w której się urodził.
Urzędy wystawiały oficjalne dokumenty potwierdzające prawo przynależności, które teraz cieszą się dużym zainteresowaniem kolekcjonerów – zarówno ze względu na wiek i walory graficzne, jak i opatrzenie wielu z nich znaczkami urzędowymi, z których spogląda oczywiście dobrotliwa twarz Najjaśniejszego Pana.
Każda osoba przynależna do gminy, posiadająca prawo swojszczyzny, mogła ubiegać się o wydanie dokumentów potwierdzającego jej status. W ówczesnym ustawodawstwie były one nazywane kartą przynależności, świadectwem przynależności lub certyfikatem przynależności rodzimej (Heimat-Schein). Miały być one wystawiane przez gminę na określonych przez ustawę formularzach opatrzonych pieczęcią. Jednak można dziś spotkać dokumenty zarówno sporządzone według ustawowego wzoru, jak też pisane odręcznie – pisze dr Kądzielawski.
Sposób na potwierdzenie obywatelstwa
Z posiadaniem prawa swojszczyzny w gminie, która po pierwszej wojnie światowej znalazła się na terytorium Polski, przepisy łączyły prawo nabycia ex lege obywatelstwa polskiego.
Polska uznała generalnie za swoich obywateli mieszkańców byłego zaboru austriackiego, jeżeli posiadali oni prawo swojszczyzny to jest wspomniane prawo gminnej przynależności oznaczające związek publicznoprawny jednostki z określoną gminą, ale nie samo zamieszkanie faktyczne (choćby długotrwałe) na terytorium wspomnianego zaboru. Dzięki temu zabiegowi prawnemu możliwe było uzyskanie obywatelstwa polskiego przez Polaków pochodzących z terenów byłego zaboru austriackiego, nawet tych przebywających na emigracji, o ile nie nabyli oni przed 31 stycznia 1920 r. obywatelstwa państwa obcego przez sam fakt urodzenia się na jego terytorium bądź przez naturalizację – tłumaczy Piotr Stączek, adwokat specjalizujący się w prawie obywatelstwa polskiego.
Chodziło konkretnie o art. 70 austriackiego odpowiednika traktatu wersalskiego, czy Traktatu w Saint-Germain-en-Laye z 10 września 1919 r. (Dz. U. z 1925 r. nr 17, poz. 114), który jednak wszedł w życie w Polsce dopiero w 1924 r., jak i przede wszystkim o ustawę z 20 stycznia 1920 r. o obywatelstwie Państwa Polskiego (Dz.U. z 1920 r. nr 7, poz. 44).
I tu istotne są niuanse, zwłaszcza właśnie zagraniczne regulacje prawne dotyczące naturalizacji i automatycznego nabywania obcego obywatelstwa. Boleśnie przekonał się o tym jeden z Polaków ze Stanów Zjednoczonych, którego pradziadkowie wyemigrowali z Podhala za ocean. Oni sami legitymowali się prawem przynależności do jednej z gmin pod Tatrami, więc ich potomek chciał na tej podstawie uzyskać zaświadczenie, że i on powinien dostać paszport z orłem w koronie. Niestety, syn emigrantów (a dziadek starającego się o potwierdzenie obywatelstwa) urodził się już w Ameryce przed 1920 r., co oznaczało, że automatycznie nabył jedynie obywatelstwo USA zgodnie z rygorystycznie stosowaną tam tzw. zasadą prawa ziemi (ius soli). Dotyczyło to zresztą zarówno pełnoletnich Polaków, jak i dzieci, a taką interpretację przedwojennych przepisów zakreślił NSA, powołując się m.in. na okólnik polskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych z 1925 r., szczegółowo wyjaśniający te kwestie emigrantom (wyrok NSA z 16 czerwca 2020 r., II OSK 464/20). Odmienne wyroki co do skutków ius soli zapadały natomiast w przypadkach „argentyńskich” i „brazylijskich”, czyli innych popularnych w czasach zaborów kierunków emigracji z ziemi polskich, w tym i z Galicji (por. wyroki NSA z 19 grudnia 2022 r., II OSK 2095/21 oraz z 4 listopada 2025 r., II OSK 1048/23), co otwiera potomkom emigrantów do Ameryki Południowej możliwości starania się o potwierdzenie polskiego obywatelstwa. Choć więc Franciszek Józef już od 110 lat spoczywa w krypcie Habsburgów w kościele kapucynów w Wiedniu, to dokumenty z jego czasów mogą się jeszcze na coś przydać.
Prawo przynależności nie zawsze zadziała
Posiadanie dokumentów prawa swojszczyzny nie oznacza jednak, że rozwiąże ono wszystkie problemy prawne i jest wytrychem otwierającym każde drzwi. Jest wręcz przeciwnie, co potwierdza bogate orzecznictwo sądów administracyjnych. Z wyroku NSA z 21 lipca 2020 r. (I OSK 3156/19) wynika, że legitymowaniem się prawem swojszczyzny nie udokumentuje się np. własności nieruchomości w tej konkretnej gminie/miejscowości. Sprawa dotyczyła starania się o rekompensatę za tzw. mienie zabużańskie i jedną z przesłanek do jej otrzymania jest fakt być właścicielem nieruchomości na dawnych Kresach Wschodnich w dniu 1 września 1939 r. Starająca się o rekompensatę nie przedstawiła żadnego dokumentu na potwierdzenie posiadania majątku na terenie obecnego państwa ukraińskiego. Za to pokazała potwierdzenie przynależności do jednej z gmin pod Lwowem. Dla sądu nie było to wystarczające.
Sam fakt legitymowania się certyfikatem przynależności do określonej gminy, aczkolwiek dawał prawo do stałego zamieszkiwania na jej terenie (jak też określone prawa publiczne, które na obszarze gminy osoby takie mogły realizować), to nie mógł być automatycznie utożsamiany z posiadaniem prawa własności do nieruchomości na terenie tej gminy. Inne pozyskane w toku postępowania środki dowodowe, w tym oświadczenia świadków, również nie zdołały potwierdzić tej okoliczności – pisze sędzia Czesława Nowak-Kolczyńska w uzasadnieniu tego wyroku.
Podobny wyrok zapadł wobec mieszkanki Krakowa, która starała się o rekompensatę za pozostawiony po wojnie pod Lwowem ponad 300-hektarowy majątek i chciała prawem swojszczyzny potwierdzić, że jednak zamieszkiwała w 1939 r. na terenie Kresów Wschodnich. Jej listy do rodziny wysyłane w latach 1939-1940 na tereny zajęte przez Armię Czerwoną świadczyły jednak o czymś zgoła odmiennym.
Nie udało się też jednemu z cudzoziemców starających się o prawo pobytu nad Wisłą potwierdzić kartą przynależności dziadka polskiej narodowości. Sąd uznał, że być może dziadek nabył na podstawie prawa swojszczyzny w 1920 r. obywatelstwo polskie (choć nie było to takie pewne, mimo posiadania przez niego dowodu osobistego wystawionego w 1928 r.). To jeszcze nie oznacza, że dziadek na pewno był Polakiem, gdyż przed wojną było wiele mniejszości narodowych, dominowały one na Kresach i trudno zrównać obywatelstwo z narodowością. Zresztą akurat w dowodzie osobistym dziadka - co wymowne - rubryka „narodowość” pozostała niewypełniona (wyrok WSA w Warszawie z 14 stycznia 2016 r., IV SA/Wa 1912/15).
Linki w tekście artykułu mogą odsyłać bezpośrednio do odpowiednich dokumentów w programie LEX. Aby móc przeglądać te dokumenty, konieczne jest zalogowanie się do programu. Dostęp do treści dokumentów LEX jest zależny od posiadanych licencji.











