Dawid Kulpa: Czy w dobie AI potrzebujemy sędziów przysięgłych?
W debacie publicznej wokół reformy wymiaru sprawiedliwości i ustroju sądownictwa co jakiś czas powraca pytanie, które długo uchodziło za czysto akademickie: czy potrzebujemy realnego udziału obywateli w wymiarze sprawiedliwości? Pojawiają się głosy o „obywatelskich sędziach handlowych”. To dobry postulat. Idąc za ciosem, postawię kolejny. Może to najwyższy czas, aby na poważnie opracować powrót do polskiego systemu instytucji ławy przysięgłych? Przepraszam, ktoś zapyta, co też szanowny autor ma na myśli, mówiąc o „powrocie”? Przecież to nieznana nam instytucja „anglosaska” - pisze Dawid Kulpa, radca prawny, partner w Kancelarii Kulpa Kozak Adwokaci i Radcowie Prawni.

Wbrew temu, co podpowiada popkulturowa intuicja, ława przysięgłych nie jest w Polsce żadnym importem z Ameryki, lecz zapomnianym elementem naszego własnego porządku prawnego. W II Rzeczypospolitej stanowiła realny element systemu wymiaru sprawiedliwości i była wykorzystywana w sprawach karnych o najwyższym ciężarze, w tym sprawach politycznych. Co więcej, jeśli odłożymy na bok filmowe klisze i sięgniemy do twardych danych, obraz ławy przysięgłych zmienia się niemal o sto osiemdziesiąt stopni. Jakob Maziarz w empirycznej pracy przestudiował akta krakowskiego Sądu Okręgowego z lat 1918–1939. Analizował 403 sprawy obejmujące 851 osób, przeciwko którym wniesiono akty oskarżenia. Trudno potraktować taką próbkę jako anegdotę, czy ideologiczne deklaracje. Można z jego pracy wyciągnąć pięć kluczowych wniosków.
Czytaj: Dawid Kulpa: Prokuratura gospodarcza – czas na skuteczność, nie rytuały>>
Zalety ławy przysięgłych
Po pierwsze, sprawność. Wbrew najczęstszemu zarzutowi, postępowania przed sądem przysięgłych były szybkie. Cała sprawa zamykała się przeciętnie w trzech miesiącach, a w ponad 80 proc. przypadków kończyła się już na pierwszej rozprawie. Średni czas oczekiwania wynosił niespełna trzy miesiące. W zestawieniu z dzisiejszą praktyką sądów karnych trudno nie odnieść wrażenia, że mamy do czynienia nie z archaiczną ciekawostką, lecz z systemem skrajnie sprawniejszym niż współczesny. Po drugie, decyzyjność. Ława przysięgłych nie była ani teatrem, ani zbiorowym impulsem emocji. Przysięgli nie głosowali en bloc, nie potakiwali, nie odtwarzali cudzych ocen. Analizowali, różnicowali stanowiska, spierali się. Ich aktywność – co szczególnie symboliczne i apelujące o pilne wyciągnięcie wniosków – była większa niż współczesnych ławników. Żadna dekoracja, ale realna poczucie odpowiedzialności za rzetelne ustalenie tego, co się faktycznie w sprawie wydarzyło. Po trzecie, niezależność. Zwłaszcza w sprawach o mniej, czy bardziej ewidentnym zabarwieniu politycznym. Jednym z najczęściej powtarzanych mitów jest przekonanie, że przysięgli ulegają nastrojom społecznym. Tymczasem materiał źródłowy tego nie potwierdził. Przysięgli nie poddawali się ani presji opinii publicznej, ani politycznej atmosferze epoki. Choć to kwestia ocenna, nie wydaje się przerażająco wysoki odsetek uniewinnień. Statystyka z badanych spraw wskazuje, że ok. 25 proc. spraw kończyło się uniewinnieniem. Dziś to około 5 proc. Być może wynikało to jednak z odmiennej strukturze postępowania karnego, gdzie w miejsce częstszych dzisiaj umorzeń postępowań przygotowawczych i wsparciu instytucji sędziego śledczego, prokurator chętniej dążył do rozstrzygnięcia sprawy przed bezstronnym sądem. Po czwarte, humanizacja prawa. To bodaj najbardziej niedoceniany aspekt. Ława przysięgłych nie tyle stosowała prawo, ale dokonywała ustaleń faktycznych. A te muszą do dziś zostać poddane testowi „życiowego doświadczenia”. Tam, gdzie ofiara nie budziła współczucia, ustalenia faktyczne wpływające na stosowaną przez zawodowych sędziów karę, bywały łagodniejsze. Pewien podprogowy przekaz brzmiał mniej więcej tak, że system jest nie tylko formalnie „legalny”, ale i społecznie zrozumiały. I wreszcie po piąte. Skłonność do uniewinniania „na wszelki wypadek”, gdy sprawa stawała się zbyt skomplikowana. Można to uznać za słabość. Ale można też spojrzeć na to inaczej. W tym systemie błąd nie szedł w stronę nadmiernej represji. Mając wątpliwości, sędziowie przysięgli szli w stronę wolności. I to jest być może najważniejszy wniosek, jaki płynie z doświadczenia II Rzeczypospolitej. Ława przysięgłych nie była idealna. Ale była systemem, który – nawet gdy zawodził – zawodził w sposób zgodny z podstawową intuicją państwa prawa. Lepiej uniewinnić niewinnego niż skazać niesłusznie.
Upadek ławnika, czyli dekoracja zamiast udziału
Formalnie zachowaliśmy do dziś w Konstytucji udział „czynnika społecznego” w sprawowaniu wymiaru sprawiedliwości. W praktyce jednak stworzyliśmy system skrajnie technokratyczny. Dzisiejsza instytucja ławnika przypomina raczej karykaturę sędziego przysięgłego. Nierzadko pełni rolę bocznego, niemego świadka, którego złośliwie nazywa się czasem „paprotką”, z uwagi na oczywiste skojarzenia z elementem dekoracyjnym. Nie, to nie jest rzeczywista partycypacja obywatelska. Pojawia się oczywiście intuicyjny zarzut: jak powierzyć wyrokowanie ludziom bez przygotowania prawnego? To myślenie całkowicie chybione. Sędziowie przysięgli nie muszą znać paragrafów ani dokonywać skomplikowanej subsumcji norm prawnych. Oni mają odpowiedzieć na fundamentalne, życiowe pytania: co się wydarzyło? Czy świadek jest wiarygodny? Czy oskarżony działał z premedytacją, czy w obronie własnej? Czy obrona wciąż byłą konieczną, czy jednak względy życiowe prowadzą do innej konkluzji? Do tego naprawdę nie potrzeba dyplomu magistra prawa. Do oceny dowodów potrzeba doświadczenia życiowego i intuicji moralnej, którą dysponuje każdy dojrzały człowiek. Dlaczego sędziów przysięgłych miałyby nie delegować cieszące się nieposzlakowaną opinią szkoły średnie, czy publiczne uniwersytety i politechniki, związki przedsiębiorców, izby gospodarcze, czy inne zawody zaufania publicznego, jak choćby lekarze, dziennikarze, czy inżynierowie? A prawo niech dalej stosuje, tłumaczy i interpretuje sędzia zawodowy.
Kto ma klucze do naszej wolności?
Sędziowie przysięgli nie są oczywiście idealnym panaceum na wszelkie zło. Niesie za sobą ryzyka wdrożeniowe, konieczność otwarcia samych sędziów na częstszą obecność zwykłych ludzi w charakterze partnerów i związane z tym logistyczne wyzwania. Ma jednak jedną, bezdyskusyjną przewagę nad wszystkimi alternatywami. W aktualnej sytuacji – używając języka metaforycznego – swoistej „totalnej” walki politycznej jest jedyną instytucją, której mandatu nie da się podważyć bez jednoczesnego odrzucenia samej idei społeczeństwa obywatelskiego.
Ostatecznie bowiem instytucja ławy przysięgłych przypomina nam o czymś, o czym współczesna, zbiurokratyzowana Temida dawno zapomniała. Złudzeniem jest wiara, że nasze problemy rozwiąże technologia. Tak, przyszłością sądów są algorytmy, automatyzacja i sztuczna inteligencja, ale jako narzędzia pracy, a nie decydenci! Wymierzanie sprawiedliwości nie jest problemem obliczeniowym. Sprawiedliwość to nie kolejny „algorytm ukryty w paragrafach”, lecz żywa, społeczna intuicja. Sędzia zawodowy, uzbrojony w kodeksy, zawsze będzie uczony, aby patrzeć na sprawę przez pryzmat myślenia sformalizowanego, uporządkowanego, do pewnego stopnia sztucznego. Obywatel pełniący funkcję sędziego przysięgłego może łatwiej dostrzec szerszy kontekst codziennego życia. Jeśli polskie państwo ma odzyskać zaufanie swoich obywateli, musi najpierw samo im zaufać. W świecie, w którym można zakwestionować każdy organ i każdą instytucję, ostatnim źródłem legitymacji pozostaje właśnie wspólnota obywateli. Historia uczy, że prędzej czy później to do niej – a nie do sędziego, nie do polityka, nie do AI – trzeba będzie oddać klucze do naszej wolności. Bo zgodnie z art. 4 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej to nie system, nie same instytucje i na pewno nie algorytmy AI są suwerenem – tylko obywatele.





