Krzysztof Sobczak: Z wszelkich badań potrzeb prawników, szczególnie praktyków z obu stron sądowego stołu wynika, że przedmiotem największego ich pożądania jest orzecznictwo, a szczególnie coś, co nazywają liniami orzeczniczymi. Dziwi to pana?

Jacek Gudowski: Nie dziwi i nie zaskakuje. Te potrzeby prawników mają dwie główne przyczyny – rozmaitość orzecznictwa, posuwającą się niejednokrotnie do rozbieżności, oraz nadmiar, rozrost, niemal hipertrofia orzeczeń, do których wszyscy mają teraz nieograniczony dostęp. Tego wcześniej nie było, ale rozbieżności owszem; to zjawisko występuje odkąd istnieje jakiekolwiek orzecznictwo. Znamy je już od czasów prawa rzymskiego, ale zawsze wynikało z tego, że różni sędziowie w podobnych lub wręcz takich samych sprawach wydawali różne wyroki. Przyczyny tego zjawiska są złożone; nieprecyzyjne prawo, najprzeróżniejsze okoliczności rozstrzyganych spraw, odmienne konteksty, niejednakowe predyspozycje sędziów oraz ich życiowe i orzecznicze doświadczenie. Pragmatycznych rozwiązań szukano  już w starożytnym Rzymie, który zmagał się głównie z oznaczeniem różnic między prawotwórczą funkcją decyzji sędziowskiej a mocą samego prawa. Głoszono poglądy od pełnej orzeczniczej wolności sędziego, kształtowanej wyłącznie jego rozumem, wiedzą i przekonaniami, po obowiązek lub choćby powinność szanowania i uwzględnienia zdania innego sędziego. Zawsze jednak liczył się mos iudiciorum – głos sędziego; im był mocniejszy, bardziej doniosły, ważniejszy, tym częściej stawał się punktem odniesienia dla innych. Wtedy też pojawiła się idea jednolitości orzecznictwa, która – jak pokazuje historia – zwyciężyła. Mówiąc najogólniej polega ona na dążeniu do wydawania identycznych wyroków przy rozstrzyganiu takich samych lub podobnych sporów prawnych. No bo dlaczego obywatele znajdujący się w takiej samej sytuacji mają być różnie traktowani przez wymiar sprawiedliwości?

Nasz porządek prawny też oparty jest na jednolitości orzecznictwa?

Idei jednolitości sprzyja także nasza Konstytucja – art. 183 w powiązaniu z art. 178 – wspierana przez ustawę o Sądzie Najwyższym, który sprawując nadzór nad działalnością sądów dąży między innymi do tego, aby orzecznictwo było spójne i pozbawione drastycznych rozdźwięków. Co ważne, jednolitość orzecznictwa jest również jedną z podstawowych wartości prawa europejskiego. Niedawno, zaledwie kilka miesięcy temu przypomniał to Europejski Trybunał Praw Człowieka[*], podkreślając wagę jednolitości orzecznictwa, urzeczywistniającej wierność zasadzie pewności prawa, jednego z podstawowych elementów państwa prawa. Nawiasem mówiąc, Trybunał dostrzegł także racje w odstępowaniu od jednolitości, głównie na rzecz rozstrzygania przypadków szczególnych oraz rozwoju prawa i jego ewolucji.

Czytaj: Sędzia Gudowski udostępnia swój zbiór orzecznictwa i piśmiennictwa>>
 

Nasz Sąd Najwyższy swoją misję w tym zakresie realizuje poprzez podejmowanie uchwał, gdy ma miejsce rozbieżność w orzecznictwie. Wtedy sprawa dla użytkowników prawa jest prosta - ta uchwała ujednolica orzecznictwo. Gdy jednak jakieś zagadnienie prawne nie uzyska takiego zwieńczenia, to pojawia się pytanie, jak i w jakim zakresie szukać jakiejś jednolitości.

Rzeczywiście, uchwały Sądu Najwyższego są taką sformalizowaną formą ujednolicania orzecznictwa. Ale nie tylko. Podobne znaczenie mają wyroki kasacyjne oraz tzw. korektura aprioryczna, czyli wskazówki udzielane sądowi na przyszłość, podpowiadające jak pewnych uchybień i odstępstw uniknąć w dalszym orzekaniu w sprawie. Ale pamiętajmy, jednolitość to cel, dążenie, poszukiwanie, zmaganie się… Prawo jest wciąż nieprecyzyjne, dynamicznie się rozwija, sędziowie mają różne temperamenty – są przecież tylko ludźmi – a i konteksty się zmieniają. Nierzadko odzywają się także swoiste tradycje i nawyki regionalne. No i, jak wspomniałem, w sposób niedający się ogarnąć narasta liczba orzeczeń i przedstawionych pod osąd kazusów. 

 

Stąd te oczekiwania na jakieś wsparcie i podpowiedzi, co w tym jest ważne, jak sobie z tym radzić w praktyce.

To uzasadnione oczekiwania. Powszechny, łatwy dostęp do orzecznictwa paradoksalnie stał się czynnikiem utrudniającym rozeznanie prawników, a bazy orzecznictwa stały się sklepikami, w których można nabyć za bezcen każde niemal orzeczenie – na każdy temat i oparte na takim właśnie rozstrzygnięciu, jakiego szukamy i potrzebujemy.

To prawda, że mamy dziś do dyspozycji zarówno publiczne jak i komercyjne bazy orzecznictwa sądów, w których jest naprawdę dużo wyroków. Zmierza pan do tego, że gdybyśmy mniej o nich wiedzieli, to mniej mielibyśmy wątpliwości?

To oczywiste i zgodne z teorią wielkich liczb. Im więcej baz i orzeczeń, tym więcej  można w nich znaleźć. Ale zarazem coraz trudniej… Próbując ogarnąć tę orzeczniczą pulpę nie umiemy odnaleźć tego, czego szukamy, a zwłaszcza tego, co wartościowe, co tworzy jakąś „linię orzeczniczą”.

Na te linie orzecznicze jest największe zapotrzebowanie wśród prawników.

Nic dziwnego, chociaż nie lubię tego sformułowania.

Dlaczego? Nie jest adekwatne do tego, czego oczekuje się w odniesieniu do jednolitości orzecznictwa?

W ogóle nie lubię takich nieco publicystycznych, upraszczających określeń, łatwo wchodzących do obiegu i bezkrytycznie przenoszonych do języka prawnego. Procedowanie, tryb kodeksowy, twarde dowody… Linia orzecznicza też jest teraz wśród tych określeń. Stała się modna, do końca jednak nie wiem, czym ona jest. Niedawno jeden z kolegów sędziów próbował wyjaśnić dziennikarzowi, że wystarczą dwa podobne orzeczenia – dwa punkty – i już jest linia. Ale przecież linia może być prosta lub kręta, może być gruba albo przerywana, może pulsować lub więdnąć. A po dwóch orzeczeniach trzecie, a potem czwarte może być inne. Wolę więc określenie kierunek orzecznictwa, to pojęcie bardziej mi odpowiada.

Czytaj: Sędzia Sadlik: Trzeba bardziej promować linie orzecznicze>>
 

Kierunek orzecznictwa, czyli co?

To jakaś wyraźnie zaznaczająca się tendencja, trend kreślący jakąś wyraźną perspektywę. Czasem mocny, zwarty i zdecydowany, kiedy indziej mniej śmiały, meandrujący, rozgałęziający się, wciąż jednak zmierzający w tę samą stronę.

Jakie warunki muszą być spełnione, żeby można było stwierdzić istnienie lub powstawanie kierunku orzecznictwa?

Najważniejsza jest siła „głosu sędziego”, a więc przede wszystkim jego instytucjonalne, instancyjne znaczenie. Orzeczenie wydane przez Sąd Najwyższy ma zawsze moc największą i najszersze oddziaływanie. To właśnie orzeczenia Sądu Najwyższego wyznaczają kierunki oraz kreślą orzecznicze linie i one mają – chciałbym być był dobrze zrozumiany – najwyższą jakość jurysdykcyjną.

 


Czy taki atrybut można też przypisać sądom apelacyjnym?

Oczywiście, zwłaszcza dla tzw. terytorialnej praktyki sądowej, odznaczającej się nierzadko pewną specyfiką, mającą różne źródła i uwarunkowania. Lokalne, historyczne… Orzeczenia sądów apelacyjnych, zwłaszcza te, które nie podlegają skardze kasacyjnej, także mają swą moc oddziałującą na całe orzecznictwo, ostatnie słowo należy jednak do Sądu Najwyższego. Decentralizacja orzecznictwa jest zjawiskiem bardzo niebezpiecznym i szkodliwym. Każdy obywatel, niezależnie gdzie mieszka i jakim sądom podlega, powinien mieć takie jak inni obywatele poczucie bezpieczeństwa i sprawiedliwości. To gwarantuje tylko jeden sąd – Sąd Najwyższy.

Na ile w praktyce sądowej orzecznictwo różnych sądów powinno być brane pod uwagę?

Nasz system nie ma charakteru precedensowego, nie bazuje na już wydanych wyrokach w podobnych sprawach. Ale oczywiście, zarówno sędziowie, jak pełnomocnicy procesowi mogą i powinni brać pod uwagę orzeczenia, które zapadły w podobnych sprawach w różnych sądach. W poszukiwaniu tych najważniejszych, wykreślających kierunek najistotniejsze jest zrzucenie balastu orzeczeń nic albo niewiele znaczących, w jakimś sensie „zamulających” całokształt i utrudniających dotarcie do sedna. To jest dzisiaj najtrudniejsze, zwłaszcza że bazy orzecznicze stają się nieskończenie pojemne, a ich redaktorzy nie chcą z niczego rezygnować, wręcz chwalą się, że zgromadzili więcej orzeczeń niż inni.

 

Może to ma uzasadnienie, bo przecież to, co dla jednego użytkownika jest balastem dla innego może okazać się cennym źródłem wiedzy, bądź inspiracją do przygotowania określonej argumentacji?

Jak powiedziałem, bazy orzecznictwa stały się sklepem, ba, galerią handlową, w której można znaleźć wszystko. Konsument jest poirytowany, widząc tę masę towaru, ale nie mogąc łatwo dotrzeć do tego, czego szuka. A często sam nawet nie wie, czego szuka albo czuje tylko intuicyjnie, czego mu potrzeba. Rozgląda się zatem za jakimś narzędziem, za pomocą którego dokona racjonalnej, wstępnej  selekcji.

Niektóre z nich oferują produkty, czy półprodukty w postaci ukierunkowanych zbiorów orzeczeń, czy linii orzeczniczych. To dobra droga?

Tak. Trzeba szukać jakiejś metody. Ta wydaje się na obecnym etapie całkiem rozsądna i bywa efektywna. Trzeba jednak stawiać wysokie wymagania, zarówno twórcom baz, jaki i użytkownikom, konsumentom. Powinni wiedzieć, czego chcą, a jeżeli nie wiedzą, muszą znaleźć w bazie pomocnika, doradcę.

Tylko taki użytkownik może buntować się przed perspektywą przekopywania się przez te nieskończone zasoby i oczekiwałby jakiegoś wsparcia. Kto i jak może mu go udzielić?

Dostępne na rynku systemy informacji prawnej oferują takie wsparcie, w różnym zakresie i różnej jakości. Stąd właśnie między innymi te „linie orzecznictwa”, „orzeczenia seryjne”, „orzeczenia aktualne i nieaktualne”. Żałuję jednak, że tej swoistej segregacji orzeczeń dokonują podmioty komercyjne, niezwiązane instytucjonalnie z wymiarem sprawiedliwości, a nie odpowiednie komórki lub agendy sądowe. Tak czy inaczej, każda inicjatywa pozwalająca odcedzić orzeczenia ważne i dobre od powtarzalnych i mniej nośnych, ciekawe od mniej ciekawych, i w efekcie umożliwiająca znalezienie jakiegoś nurtu orzeczniczego jest cenna. Popieram te inicjatywy, co nie oznacza, że zawsze jestem zadowolony z efektu, jako zwykły użytkownik, ale także jako bardzo już doświadczony prawnik i sędzia.

Rozumiem ten niedosyt co do aktywności organów publicznych w tym zakresie, ale jeśli one tego nie robią w dostatecznym zakresie, to w naturalny sposób instytucje komercyjne wchodzą w tę rolę. Jasne, że w tym pierwszym przypadku istotna byłaby ta „urzędowa pieczęć” na takich opracowaniach, w tym drugim modelu ważny jest autorytet firmy lub ludzi, którzy takie zbiory orzecznictwa opracowują.

Na razie nie ma innego wyjścia; musimy ufać i iść tropem wskazywanych przez bazy linii. Ale sami także musimy być bardzo czujni i aktywni. Uświadommy sobie, że codziennie dochodzą dziesiątki, setki, tysiące orzeczeń. I ten napływ nie ustanie. Coraz trudniej będzie poradzić sobie z tą rozlewającą się magmą. Nie zapominajmy więc o urzędowych zbiorach orzecznictwa, stanowczo to podkreślam; one są bardzo ważne, nie do przecenienia. Mają wspomnianą „urzędową pieczęć” i zostały dobrane przez znawców. Rola zbiorów urzędowych powinna rosnąć, nie maleć, ginąć. Także bazy orzecznictwa powinny je w szczególny sposób eksponować.

No tak, bo ciągle dochodzą nowe wyroki sądów, a stare nie znikają. Chociaż może być problem z ich aktualnością.

Może, ale w tym wypadku trzeba być bardzo ostrożnym. W zbiorach orzeczeń niektóre starsze orzeczenia bywają kwalifikowane jako „nieaktualne”, co najczęściej jest informacją srodze mylącą, zwłaszcza mniej wyrobionego użytkownika. Trzeba pamiętać, że orzeczeniu nie odbiera aktualności uchylenie przepisu, na podstawie którego zostało wydane, a to jest – jak widzę – jedynym kryterium kwalifikacji aktualności. Tak, przepis upada, ale orzeczenie wciąż żyje i z wielu powodów pozostaje ważne, konstruktywne, stosowalne, nośne albo co najmniej pouczające. Moim zdaniem zasadniczo nie ma orzeczeń „nieaktualnych”. Tylko niektóre obumierają, nierzadko jednak i one z różnych powodów wracają do obiegu.

Może takie oznaczenie powinno mieć „gwiazdkę” i wyjaśnienie, dlaczego zostało uznane za nieaktualne?

Oczywiście, ta „nieaktualność” może być traktowana jako swoista konwencja, ale nie każdy ją rozumie. Nieaktualność zazwyczaj oznacza, że orzeczenie nie jest już nikomu do niczego potrzebne. Powinno się je wyrzucić ze sklepiku. „Gwiazdka” byłaby jakimś sygnałem, ale znów powstałby problem, kiedy i jakim orzeczeniom je nadawać. Ostrzegam jednak przed wszelkim automatyzmem i algorytmizacją. Dam przykład, bardzo świeży. Przez wiele lat obowiązywał art. 328 § 2 k.p.c.; miał utrwaloną treść, uzbrojoną w setki ważnych i mniej ważnych orzeczeń Sądu Najwyższego. Po ostatniej nowelizacji kodeksu postępowania cywilnego przepis ten otrzymał zupełnie inną treść, ta natomiast, która go dotychczas wypełniała, znalazła się w art. 3271. I co? Algorytm podpowie najpewniej, że wszystkie te orzeczenia stały się nieaktualne, no bo przecież przepisu art. 328 § 2 w dawnej treści już nie ma, a nikt ich nie przeniesie pod art. 3271. Proszę zajrzeć do baz. Pod art. art. 3271 nie ma żadnego orzeczenia, a przecież są; jest ich bardzo wiele, tysiące. Kto wie, że one wszystkie pozostały pod art. 328 § 2 i zapewne niebawem otrzymają tam etykietkę „niekatualne”? Ktoś przytomny musi nad tym czuwać i wspomagać  użytkownika, nawet bardzo doświadczonego, bo on chce mieć wszystko od razu przed oczyma, a zresztą i tak zaraz zapomni albo nigdy się nie dowie, że art. 3271 to dawny art. 328 § 2.

 


Ustawodawca nie powinien chyba zastawiać takich pułapek na użytkowników prawa?

Oczywiście, to jest poważny błąd legislacyjny, niejedyny zresztą. W ostatnich kilku dziesięcioleciach zasadniczo skutecznie unikano takich i podobnych błędów.

Mówiliśmy o liniach i nurtach orzeczniczych, ale pojawia się też taka definicja: orzeczenia seryjne? Można ją stosować?

Dostrzegłem tę „innowację”. Mnie to określenie bardzo się nie podoba, bo w sądach niczego nie robi się seryjnie, nie ma spraw i orzeczeń seryjnych. Każda sprawa rozpatrywana jest indywidualnie, odrębnie. Lepiej mówić o orzeczeniach podobnych, jednorodzajowych.

Przed twórcami zbiorów orzeczeń stają jeszcze wyzwania nomenklaturowe? Żeby nazywać je w sposób adekwatny do rzeczywistości i zrozumiały dla odbiorców?

Nazwa zawsze jest bardzo ważna. Niekiedy ważniejsza niż treść, bo może ją uwznioślić albo wykoślawić lub zdeprecjonować. Tak jest właśnie z nazwą „orzeczenie seryjne”. Ono poza tym może sugerować jakieś niewielkie znaczenie orzeczenia, „sztampowy” charakter, choć przecież tak nie musi być i często tak nie jest.

W tego typu opracowaniach jak zbiory orzecznictwa, zarówno na etapie ich tworzenia, jak podczas korzystania, coraz częściej wykorzystywana jest sztuczna inteligencja. Ma to swoje plusy, ale też może być niebezpieczne.

Osiągnięcia nowoczesnej informatyki mają coraz więcej zastosowań. Także sztuczna inteligencja oraz wszystkie programy komputerowe naśladujące ludzkie zachowania i odruchy. Trzeba z nich korzystać, bo i tak ich nie unikniemy, trzeba jednak pamiętać, że tak delikatna tkanka jak orzecznictwo sądów wymaga stałej obecności żywego człowieka, doświadczonego specjalisty wrażliwego na wszelkie „kolory” jurysdykcji, jej różnorodność, przełomy i kierunki. Najprzydatniejsze jest tu doświadczenie sędziowskie, magazynujące i łączące niemal wszystkie przejawy i nurty praktyki prawniczej.


[*] Wyrok ETPC z dnia 23 maja 2019 r., nr 17257/13, w sprawie Sine Tsaggarakis A.E.E. przeciwko Grecji.