Rozmowa z Hanną Dębską – doktorką prawa, socjolożką, autorką książki "Władza, symbol, prawo. Społeczne tworzenie Trybunału Konstytucyjnego".

Aleksandra Partyk: W artykule „Trybunał Konstytucyjny w poszukiwaniu legitymizacji. Szkic z socjologii prawa” (Studia Prawnicze PAN, nr 4/2015) pisze Pani, że „ to, co wyrażone w języku prawa, nabywa innych właściwości, stając się dalece bardziej neutralne [...]”. Czy tak rzeczywiście jest?

Dr Hanna Dębska: Język prawa przekształca silnie nacechowane wartościująco treści polityczne w neutralne, bezosobowe komunikaty. Modyfikuje je tak, że z pozoru tracą swój oceniający charakter. Gdy czytamy przepisy prawne czy orzeczenia sądów, zdają się nam one obiektywne i uniwersalne. Jest to wynikiem zastosowanych w nich konstrukcji językowych, np. „ustabilizowało się stanowisko”, „w orzecznictwie utrwalił się pogląd”.

Dlaczego tak jest?

Zabiegi te pozwalają ukazać prawo jako zjawisko obiektywne, spójne i niezmienne w czasie, zatem zapewniające stabilizację i społeczny ład. Jeśli coś dzieje się „samo przez się”, to sprawia wrażenie wynikania z porządku naturalnego, a więc właśnie obiektywnego i uniwersalnego.

Temu służy prawnikom „ich” język?

Odpowiedź na to pytanie jest złożona. Po pierwsze, język prawa (zarówno tekstów prawnych, jak i ten używany przez prawników w stosowaniu i interpretacji prawa) służy całej wspólnocie prawniczej. Zachowanie żargonu zawodowego nie tylko pozwala na sprawne i precyzyjne wysławianie się w mowie i piśmie, ale ułatwia komunikację, budując wspólne punkty odniesienia. W trakcie rozprawy prawnik nie musi tłumaczyć, co oznacza, że jego klient „ma roszczenie”. Może skupić się na argumentacji: „dlaczego roszczenie przysługuje”.

A po drugie?

Język jest też narzędziem władzy. Tworzy rzeczywistość – otaczający nas świat społeczny. Gdy w urzędzie stanu cywilnego wypowiemy formułę „biorę ją/jego za żonę/męża” stajemy się małżeństwem ze wszystkim konsekwencjami wspólności majątkowej. Nie chodzi jednak wyłącznie o sprawczą funkcję języka.

O co zatem?

O to, że proces nadawania znaczeń odbywa się na głębszym, mniej widocznym poziomie. Na co dzień używając słów nie zdajemy sobie sprawy, że każde z nich ma głęboko ukryte znaczenia, kształtowane przez wieki, a więc bardzo silnie zakorzenione w pamięci społecznej, przekazywane z pokolenia na pokolenie. Gdy myślimy o „białym” kojarzymy go z czymś czystym, niewinnym. Z „czarnym” zaś łączymy negatywnie nacechowane związki frazeologiczne, tj. „czarny charakter”, czy „czarna owca”. Na poziomie pozaracjonalnym używając słów wprowadzamy hierarchię. W języku prawa jeszcze trudniej to zauważyć.

Dlaczego?

Dlatego, iż sądzimy, że prawo odzwierciedla rzeczywistość, a nie ją tworzy. Jeśli Trybunał Konstytucyjny używa w jednym ze swoich orzeczeń (K 26/96, LEX nr 29143) sformułowania „podstawowa, prokreacyjna funkcja rodziny” – niepostrzeżenie wprowadza prawomocną jej definicję. Miarą wartości rodziny (i jej ochrony gwarantowanej Konstytucją) staje się posiadanie dzieci. Nie jest więc nią zabezpieczona prawem wolność kształtowania życia prywatnego, w tym decydowania o tworzeniu rodziny bezdzietnej albo z dziećmi. W ten sposób TK ustanawia legitymizowaną wizję rodziny i gwarantuje ją mocą swojego autorytetu. Ten zaś wynika z reprezentacji prawa i państwa. Jak widać wchodzimy tu już głębiej w meandry działania władzy.

Zatem, po trzecie?

To co teraz wyjaśnię może nie spodobać się niektórym prawnikom. Sprawując kontrolę nad językiem i definicjami słów sprawujemy władzę, gdyż mamy wpływ na to o czym i – nade wszystko – w jaki sposób mówi się w przestrzeni publicznej. Tu właśnie ujawnia się kolejna rola języka prawa. Nie tylko narzucanie znaczeń otaczającego świata, ale też ochrona interesu prawników.

Na czym ma ona polegać?

Ochrona ta gwarantuje monopol prawników na wyłączną i wiążącą interpretację prawną. Nie jest to jednakże tylko domena prawników – czynią tak w swoich dziedzinach wszyscy profesjonaliści, np. lekarze czy naukowcy.

Prawnicy chcą mieć władzę?

Nie chodzi o makiaweliczną chęć władzy. Prawnicy, broniąc zasad, na których opiera się prawo - jego uniwersalności, bezstronności i obiektywizmu, jednocześnie chronią własny, partykularny interes – zachowania wyłącznej możliwości mówienia o tym, czym prawo jest. Jest to ukryta rola języka prawa. Należy jednak pamiętać, że przywileje, jakie daje prawnikom ich specjalistyczny język, są jedynie ubocznym skutkiem. Niemniej bardzo ważnym. Mogą bowiem zagwarantować niezależność – autonomię samego prawa.

 


Czemu może więc służyć prawo?

Może legitymizować sprawowaną przez rządzących władzę. Każda władza potrzebuje legitymizacji – społecznego uznania i autorytetu. Jak pokazują badania, naga przemoc nie jest w stanie zapewnić skuteczności i trwałości władzy tak silnie jak zbudowane do niej zaufanie. Mocniej bowiem wiążą nas emocje i zakorzenione przekonania niż wyłączny strach przed karą. Dlatego dziś, jeśli wybieramy charyzmatycznego przywódcę, robimy to według abstrakcyjnych, formalnych reguł, czyli prawnych procedur. Nawet rządy despotyczne czy autorytarne starają się stwarzać pozory posłuszeństwa wobec zasad prawnych. Powołują się na nie, nawet gdy jawnie je łamią albo przekłamują dominujące interpretacje. Zachowują też fasadowe instytucje prawne, by móc na tę społeczną legitymizację w razie potrzeby się powołać. Znamy to zresztą z autopsji. Prawo jest więc podatne na zakusy sprawujących władzę. To jednak od samych prawników zależy, czy wykorzystają długo budowaną niezależność prawa i nie dopuszczą do naruszenia jego uniwersalnych wartości.

Czyli jednak prawo służy społeczeństwu?

Prawo z pewnością zabezpiecza ład społeczny. Socjolog zapyta jednak: czyj, przez kogo zdefiniowany? To jednak temat na inną rozmowę. Jest też najsilniej oddziałującym systemem normatywnym. Dysponuje najbardziej skutecznymi mechanizmami kontroli – sankcjami, które są egzekwowane przy użyciu aparatu państwowego. Jednakże, jak próbowałam pokazać, umożliwia też narzucanie kategorii postrzegania świata. Taką rolę pełnią instytucje prawne, choćby Trybunał Konstytucyjny. Jest on uprawnionym społecznie podmiotem do „neutralizacji” sporów politycznych. Orzekając, zmuszony jest wybrać jeden, konkretny punkt widzenia, który zawsze jest pewną partykularną wizją. Wydając wyrok TK przedstawia ją jako obiektywną i uniwersalną, więc jedynie możliwą.

Jakiś przykład?

Można w ustawie czy orzeczeniu użyć słowa „płód” albo „dziecko nienarodzone”. Można regulować przepisy o „zabiegu aborcji” albo o „pozbawianiu życia poczętych istot ludzkich”. Ten językowy wybór nie pozostaje bez znaczenia. Co kluczowe, z wagi tej funkcji nie tylko nie zdają sobie sprawy w pełni adresaci prawa, ale także bardzo często sami prawnicy.

Przepisy i orzeczenia dotyczące społecznie ważkich tematów budzą kontrowersje - także wśród prawników.

Oczywiście. Tak jest i będzie. Chodzi o to, by zwrócić uwagę, że TK pisząc „przerwanie ciąży w sposób konieczny łączy się pozbawieniem życia rozwijającego się płodu” (K 26/96, LEX nr 29143) przenosi uwagę z kobiety i jej ciąży, na płód. To znacząco inaczej kształtuje dyskurs wokół praw reprodukcyjnych kobiet.

Jakiś inny przykład?

TK, pisząc „(…) w rzeczywistości społecznej kobieta zajmuje pozycję słabszą (co jest m.in. wynikiem szczególnej roli kobiet w zakresie macierzyństwa i wychowania dzieci” (K 15/97, LEX nr 30764) sprawia, że kobieta jest definiowana biologicznie – przede wszystkim przez możliwości rozrodcze. To łączy ją ze sferą domową, prywatną, społecznie niższą, choćby dlatego, że społecznie działalność ta nie jest uznawana za pracę i nie przysługuje za nią wynagrodzenie. Tak sformułowane zdanie usprawiedliwia słabszą w społeczeństwie pozycję kobiety. W argumentacji TK wynika ona z biologicznej płci. Tym samym, wybrana przez TK wizja niemal w magiczny sposób zastępuje skonfliktowane interesy występujące w społeczeństwie, pomija również argumenty przywoływane w rozmaitych dyskursach na temat relacji międzypłciowych. Dlatego twierdzę, że prawnicy nie są w pełni świadomi konsekwencji, jakie niesie ze sobą posługiwanie się prawem. Nie przypisuję im z góry cynicznych intencji.

Warto przeczytać: Technologia w kancelarii to pomoc, a nie zagrożenie