Jolanta Ojczyk: W tym tygodniu Parlament Europejski ma głosować nad nową dyrektywą o prawie autorskim. Państwo protestują przeciwko kilku jej zapisom. Europosłowie słyszą ten głos?

Michał Kanownik: Dyrektywa będzie determinować dalszy rozwój rynku nowoczesnych technologii, wielu naukowych przedsięwzięć czy możliwość powszechnego dostępu do kultury, informacji i edukacji. Dlatego od wielu miesięcy stoimy na stanowisku, że rozwiązania zatwierdzone podczas wrześniowego głosowania w Parlamencie Europejskim nie mają ekonomicznego i społecznego uzasadnienia – negatywnie odbiją się zarówno na prawach obywateli, jak i konkurencyjności rynku. Forsowane są jednak nadal – m.in. przez Niemcy i Francję – wbrew eksperckim analizom w wyniku bezprecedensowych nacisków grupy wielkich koncernów medialnych. To budzi nasz sprzeciw. Dlatego kierujemy apel na ręce wszystkich naszych europosłów. Mamy nadzieję, że w finalnym głosowaniu górę weźmie zdrowy rozsądek, a nie dyscyplina partyjna. Mamy pierwsze sygnały, że w końcu merytoryczne dyskusje biorą górę w Brukseli. Poseł Michał Boni we wrześniu poparł  dyrektywę, ale teraz ogłosił, że zagłosuje przeciw.

 



 

Powiedział pan, że jeśli nie zostanie poprawiony lub usunięty art.  13 dyrektywy. Chodzi o filtrowanie treści. Nie wspominał nic o art. 11, który też krytykujecie, a o który walczą wydawcy, zwłaszcza prasy.

Na artykuł 11 trzeba spojrzeć w szerszej perspektywie. Przewiduje on wprowadzenie praw pokrewnych, czyli de facto opłat za udostępnianie treści w internecie. To  jest w interesie dużych wydawnictw. Problem w tym, że przepisy w żaden sposób nie regulują, jak duże w przyszłości miałyby być opłaty licencyjne. Ich wprowadzenie prawdopodobnie odbiłoby się na kieszeniach użytkowników – bo ostatecznie zapłaci za to konsument. Z całą pewnością ograniczy to też dostęp internautów do treści. Co więcej, zaproponowane zapisy w przyszłości będą skutkować tym, że prawem wydawców mogą zostać objęte nawet bardzo krótkie fragmenty – umieszczane dziś powszechnie w internecie – jak np. nagłówki i leady artykułów prasowych. To z kolei oznaczałoby, że próba wykorzystywania ich – np. poprzez linkowanie – byłaby uzależniona od zgody wydawcy oraz zapłacenia mu wynagrodzenia (tzw. podatek od linków). Zresztą konsekwencje wprowadzenia takiego rozwiązania pokazało doświadczenie Hiszpanii. Po wejściu tam podatku od linków, straty zaczęli notować lokalni i mniejsi wydawcy. W efekcie ucierpieli twórcy treści, producenci narzędzi internetowych oraz sami konsumenci, którzy w dużej mierze zostali odcięci od informacji. Bo takie rozwiązanie wprost promuje jedynie największe koncerny medialne.

W Polsce jest jednak problem kopiowania cudzych treści i walki z tą patologią. W piątek Sąd Najwyższy odroczył ogłoszenie wyroku w sprawie skanów całych artykułów pod szyldem przeglądów prasy.

To prawda, że dochodzenie praw autorskich w sądzie jest trudne i trwa długo. Jednak złym pomysłem jest tworzenie prawa pokrewnego w całej Unii tylko dlatego, że coś jest problemem proceduralnym w Polsce. Może trzeba zmienić procedury sądowe, może wprowadzić specjalne sądy prawno-autorskie, ale na pewno nie tworzyć nowe przepisy dla całej UE.  Trzeba chronić prawa autorskie, prawo twórców, dziennikarzy do godziwego wynagrodzenia za ich ciężką pracę. Nie może być tak, że nie czerpią korzyści z tego, że ktoś powiela ich dzieła czy artykuły. Regulowanie naszych patologii europejskimi przepisami to jednak nie jest dobra droga.

 


Dlaczego? Z podobnymi problemami zmagają się wydawcy w innych krajach.

Dziś prawo autorskie nie ogranicza się już tylko do zabezpieczania interesów twórców, w tym artystów, dziennikarzy, a szczególności wydawców. Prawo autorskie w cyfrowej rzeczywistości dotyczy tak naprawdę każdego z nas, bo praktycznie wszyscy jesteśmy użytkownikami internetu. To w nim szukamy informacji, wymieniamy się poglądami, ale też publikujemy swoją „twórczość”, bo za taką uważane są np. nasze zdjęcia. Przepisy, które miałyby rzekomo zapobiegać naruszania praw autorskich, w praktyce uderzą w  wolność słowa oraz swobodę twórczości. Niewątpliwie wszelkie obostrzenia, które będą krępowały jednolity rynek cyfrowy, odbiją się na tworzeniu nowych rozwiązań technologicznych opartych na danych. I z tego punktu widzenia zaszkodzi to branży cyfrowej, kreatywnej i nowoczesnych technologii. Prawo autorskie jest niezbędne, ale ma bronić interesy wszelkich twórców oraz gwarantować dostęp do kultury, wiedzy każdemu obywatelowi.

Czy art. 11 może brzmieć inaczej? Tak, aby zadbać o prawa twórców i branży cyfrowej?

Dobry kompromis zaproponował nasz rząd – koncepcję domniemania nabycia praw autorskich po stronie wydawców. To ułatwiłoby dochodzenie roszczeń przez wydawców, a jednocześnie pozwoliłoby uszanować zasady dozwolonego użytku domeny publicznej i uniknąć wprowadzenia monopolu na krótkie informacje prasowe, które nie są utworem. Uważam, że należy zapewnić możliwość korzystania z utworów przy pomocy narzędzi dziś powszechnie dostępnych – dzięki rozwojowi nowych technologii – w tym w celach edukacyjnych i kulturalnych. Istotne jest również, by rekompensata dla uprawnionych z tego tytułu miała charakter fakultatywny. Zaś możliwość uzyskania licencji na dany utwór nie powinna wyłączać obligatoryjnie możliwości korzystania z dozwolonego użytku. Podkreślam jeszcze raz, że jesteśmy świadomi potrzeby uregulowania kwestii praw autorskich w cyfrowym świecie i popieramy działania podejmowane w tym zakresie. Jednak nie do zaakceptowania dla nas są proponowane w dyrektywie zapisy, które stanowią zbyt duże ryzyko dla swobody wypowiedzi i rozwoju europejskiej gospodarki cyfrowej. 

Projekt dyrektywy najbardziej jest krytykowany za art. 13, o którego wykreślenie będzie wnioskował Michał Boni. Zobowiąże on portale do filtrowania treści. Francja i Niemcy ustaliły, że zwolnione z niego będą tylko portale spełniające łącznie trzy kryteria, wielkości, dochodów i wieku.  Wypracowany kompromis nie zmienia pana punktu widzenia?

Propozycja, która ma rzekomo zwolnić najmniejsze platformy internetowe z obowiązku monitorowania treści niewiele zmieni. Coraz mniej platform spełnia te wyśrubowane wymogi. Pułapkę mogą też stanowić licencje, na które będą musieli zgodzić się najmniejsi wydawcy portali czy aplikacji. Przecież trudno dziś przewidzieć, co znajdzie się w ich treści. Inna sprawa, że obowiązek jaki narzuca art. 13 dostawcom usług w internecie do filtrowania treści, jednoznaczny z obowiązkiem wprowadzenia specjalnych filtrów w celu uniknięcia grożących im konsekwencji za ewentualne naruszenie praw autorskich jest sprzeczny z Kartą Praw Podstawowych. Utrudni bowiem prowadzenie własnego biznesu, jak również ograniczy wolność słowa samym konsumentom. Można bowiem z góry założyć, że nadmierna ostrożność wydawców będzie skutkować cenzurą. A to przecież ma się nijak do idei Unii Europejskiej, otwartej dla obywateli.

Państwo widzieli jeszcze jedno zagrożenie. Wielokrotnie podkreślali w swoich stanowiskach, że dyrektywa w takim kształcie utrudni pracę nad sztuczną inteligencją. W tej sprawie udało się przeforsować zmiany?

Dyrektywa w dużej mierze zdeterminuje to, co będzie dozwolone w przyszłości w internecie. Branża nowoczesnych technologii, którą reprezentuje mój Związek od dawna mówiła, że reforma jest konieczna, by zapewnić szybki rozwój świata cyfrowego, a także wspierać kreatywność i twórczość młodych inżynierów. W opiniach, które wysyłaliśmy do Brukseli w trakcie procesu legislacyjnego zwracaliśmy uwagę na negatywne zapisy zaproponowane w projekcie Komisji Europejskiej dot. swobodnego przepływu danych, w tym prawa do utrzymania lub rozszerzenia możliwości korzystania przez przedsiębiorców z eksploracji tekstu i danych  (TDM - text and data mining). Propozycja KE, która proponowała wprowadzenie wyjątku TDM ograniczonego jedynie do niektórych instytucji naukowych, utrudniałby rozwój gospodarki opartej na danych i sztucznej inteligencji w Europie. A szczególnie uderzyłoby to w Polskę, która chętnie wybierana jest przez międzynarodowe koncerny do lokowania Centrów R&D. Cieszymy się, że w Brukseli wysłuchano głosu naszej branży i wycofano się z tak restrykcyjnych przepisów i dokonano pozytywnych zmian w projekcie. Żałujemy, że nie udało się osiągnąć kompromisu w przypadku pozostałych zapisów i zabrało podjęcia podobnych kroków w celu wyeliminowania zastrzeżeń, które pojawiają się wobec art. 11 i art. 13.

Parlament powinien odrzucić w całości dyrektywę?

Nowa dyrektywa generalnie jest potrzebna, ale bez art. 11 i 13. One są niebezpieczne i należy jej usunąć. Jeśli się nie uda, to nomen omen projekt trzeba odłożyć ad acta. Po wyborach nowy Parlament powinien rozpocząć prace na kształtem nowego prawa, ale z udziałem wszystkich zainteresowanych stron konsumentów, biznesu oraz twórców. Proszę zauważyć, że ta dyrektywa dotyczy konsumentów, a tym razem ich głos jest pomijany. Zwykle proces uchwalania dyrektyw trwa kilka lat, w przypadku tej wszystko dzieje się szybko, jest wprowadzane tylnymi drzwiami. To budzi protest. Być może więc warto poczekać na nowe prawo, ale wypracowane ze wszystkimi zainteresowanymi stronami.