Nowela nie rozwiąże problemu niedźwiedzi w Bieszczadach
Samorządowcy alarmują: nowelizacja ustawy o ochronie przyrody, przyjęta przez Sejm, to nie sposób na zapobieżenie niebezpiecznym spotkaniom z bieszczadzkimi niedźwiedziami. Odstraszanie amunicją niepenetracyjną może okazać się niewystarczające, może też rodzić konflikt z innymi przepisami. Potrzeba innych zdecydowanych działań, wzorowanych choćby na Słowacji.

Sejm uchwalił nowelizację ustawy o ochronie zwierząt, która dopuszcza możliwość odstraszania niedźwiedzi brunatnych oraz żubrów przy użyciu broni gładkolufowej z amunicją niepenetracyjną, w tym gumowych pocisków. Posłowie - autorzy ustawy wskazują, że takie rozwiązanie jest odpowiedzią na rosnącą populację niedźwiedzia brunatnego w Bieszczadach, gdzie coraz częściej zwierzęta pojawiają się w pobliżu zabudowań, co zwiększa ryzyko niebezpiecznych sytuacji. Z ustawy wynika, że zezwolenie na płoszenie niedźwiedzi brunatnych lub żubrów będzie wydawał wyłącznie Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska. Amunicja niepenetracyjna – np. gumowe kule – ma wywoływać ból i działać odstraszająco, ale nie powodować śmierci zwierzęcia.
Czy nowelizacja rozwiąże problem niedźwiedzi
Bartosz Romowicz, poseł Polski 2050, wcześniej burmistrz Ustrzyk Dolnych pochodzi z Bieszczad. Mieszka tam od 37 lat. Pamięta, że 20 lat temu dzikie zwierzęta w pobliżu ludzkich siedzib widywano bardzo rzadko. Teraz jest inaczej. W jego ocenie nowelizacja ustawy przyjęta przez Sejm, nie rozwiąże problemu niedźwiedzi. Po pierwsze, nie wyłącza odpowiedzialności karnej osoby, która będzie dokonywała płoszenia. W przypadku, gdyby wskutek płoszenia niedźwiedź doznał takich obrażeń, że poniósłby śmierć, to czy płoszyłby go myśliwy, czy osoba z grupy interwencyjnej, poniesie odpowiedzialność karną na podstawie przepisów ogólnych.
Po drugie, ta ustawa nie koreluje z rozporządzeniem ministra środowiska z dnia 23 marca 2005 r. w sprawie szczegółowych warunków wykonywania polowania i znakowania tusz, gdzie w par. 13 czytamy: "myśliwy może oddać strzał do zwierzyny znajdującej się od niego w odległości nie większej niż 40 m - w razie strzału śrutem lub kulą z broni o lufach gładkich”. Czyli płoszący będzie musiał podejść na odległość 40 m. Jeżeli strzał będzie skuteczny, wypłoszy niedźwiedzia i niedźwiedź ucieknie do lasu. A jeżeli strzał będzie nieskuteczny, to taki niedźwiedź rozjuszony nieudanym płoszeniem w ciągu 4-5 sekund dopadnie strzelającego i na miejscu rozszarpie – tłumaczy Bartosz Romowicz.
Poseł podkreśla, że ustawa jest potrzebna, ale projekt poselski został źle przygotowany, o czym mówił minister Henning- Klosce od roku.
Jeśli Senat wniesie poprawki, a powinien, ustawa wróci to do Sejmu. Ostatecznie okaże się, że będzie obowiązywała od lipca, a problem, jest teraz - w marcu, kwietniu – mówi Bartosz Romowicz.
Ubolewa, że choć problem narasta od 2018 roku, to do tej pory nikt nic z tym nie zrobił. Przypomina, że na terenie RDOŚ Rzeszów, a w szczególności w powiecie leskim doszło już do 70 zdarzeń człowiek- niedźwiedź. W całym roku będzie ich ok. 300-350. W tamtym roku było 220 zdarzeń. Zdaniem posła to pokazuje jak to lawinowo rośnie problem. W jego ocenie, aby rozwiązać „niedźwiedzi problem” należy zabezpieczyć około 5 mln zł najlepiej dla regionalnej dyrekcji lasów państwowych w Krośnie na to, by leśnicy wspólnie z naukowcami zliczyli populację niedźwiedzia w Bieszczadach.
Trzeba policzyć niedźwiedzie. Wiedzieć, ile ich jest. Statystyki GUS podają, że rok do roku liczba niedźwiedzi na Podkarpaciu spadła, a to totalna bzdura, bo rośnie ona lawinowo. Inną liczbę podają ekolodzy, inną leśnicy. Jak już będziemy wiedzieć, jak jest naprawdę, trzeba ustalić, jaki powinien być poziom populacji, który jest akceptowalny – uważa Romowicz.
Wylicza dalej, że należy zabezpieczyć środki na obrożowanie tych niedźwiedzi, które schodzą do ludzi, żeby wiedzieć czy to jest jednorazowe zejście czy notoryczne.
Jeżeli to zrobimy, to dopiero wtedy można usiąść do debaty, co dalej zrobić z niedźwiedziami w Bieszczadach – uważa Bartosz Romowicz.
Samorządowcy chcą odstrzału niedźwiedzia
Nowelizacja ustawy nie budzi wielkich nadziei w Adamie Piątkowskim, wójcie gminy Solina.
Trzeba zredukować populację i tyle. Wszyscy to wiedzą i nic w tym temacie nie robią. Trzeba wziąć przykład Słowacji. Tam zmniejszają populację. Problemem niedźwiedzia zajmują się tam nie samorządy a rząd, bo to on ma narzędzia, siły i środki, żeby to w odpowiedni sposób regulować. Ma naukowców, którzy się tym zajmą – uważa Adam Piątkowski.
Podkreśla, że niedźwiedzi jest coraz więcej. Opuszczają środowisko leśne, podchodzą do gospodarstw, robią szkody. Przypomina, że 20 lat temu to niedźwiedzia nikt w okolicy nie widział. Przekonuje, że identyfikacja genetyczna, ustalenie liczby niedźwiedzi, jaka ma być wielkość populacji na danym obszarze nie jest zadaniem samorządów.
Niech ci, którzy objęli niedźwiedzia ścisłą ochroną robią to w taki sposób, żeby było bezpiecznie dla ludzi, bo to jest najważniejsza sprawa – podkreśla Adam Piątkowski.
Wójt potwierdza, że niedźwiedzie czynią w gminie wiele szkód, ale ludzie ich nie zgłaszają, bo odszkodowania są zbyt małe.
- Na Słowacji płaci się za utracone korzyści. U nas cenę rynkową, która nie odzwierciedla nakładów na hodowlę. I krzywdzi się w ten sposób rolników czy hodowców np. drobiu, bo jeżeli za kurę płaci się np. 35 zł, to na rynku kura kosztuje więcej, a gdzie jest karma, gdzie opieka. Ludzie uznają, że szkoda czasu na pisanie. A zdarzeń i zgłoszeń jest dużo, tyle, że część ludzi nawet nie chce, żeby to ewidencjonować. Myślę, że nawet 50 proc. szkód nie jest zgłaszana ze względu na wysokość odszkodowania – szacuje wójt gminy Solina.
Dlaczego niedźwiedzie wychodzą z lasu
Mateusz Świerczyński, przewodniczący Rady Gminy Cisna, leśnik, także uważa, że nowelizacja ustawy nie rozwiąże problemu. W gminie Cisna spotkania człowiek - niedźwiedź są codziennością. Problemów jest z roku na rok coraz więcej.
Dane nadleśnictwa pokazują, że populacja niedźwiedzi się stale zwiększa, a działania, mam wrażenie podejmowane są głównie na piśmie. Na przykład w ubiegłym roku ministerstwo wystąpiło z pomysłem grupy interwencyjnej, która miała nam pomagać i odpowiadać na każdy telefon. Telefonu do tej pory nie uruchomiono i nikt nie wie, kiedy to się stanie i czy taka grupa kiedykolwiek powstanie. Oni chcą to zrobić na umowę zlecenie, wypierając odpowiedzialność za działalność tej grupy poza siebie. Nie wiadomo co z ubezpieczeniem. Realnych działań nie widzimy żadnych. Widzimy jedno. Jeśli populacja niedźwiedzia przyrastała i takich zdarzeń będzie coraz więcej – podsumowuje Mateusz Świerczyński.
W jego ocenie, w dyskusji publicznej na ten temat spotykają się dwa światy. Są ci, którzy chcą za wszelką cenę chronić niedźwiedzia i ci, którzy wiedzą, że każdy teren, każe środowisko, każdy las ma swoją ograniczona pojemność i nie jest już w stanie wyżywić takiej populacji. Zwraca uwagę, że populacja niedźwiedzia czas przyrasta, bo nie ma one nie mają żadnego naturalnego wroga. Potrzebują pożywienia. Las przestaje im wystarczać. Po drugie niedźwiedzie mają jakiś swój areał. Jedne przepędzają drugie. Coraz bardziej zbliżają się do siedlisk ludzkich.
Niedźwiedzi będzie coraz więcej
Zdaniem przewodniczącego Rady Gminy Cisna, jednym z rozwiązań, które mogłyby się przyczynić do poprawy bezpieczeństwa jest sfinansowane miejsca przetrzymywania odpadów, aby nie wydobywały się z nich zapachy wabiące niedźwiedzie. Sceptycznie ocenia powstanie grupy interwencyjnej. Zwraca uwagę, że Bieszczady to olbrzymi teren.
Zrobienie jednego posterunku nic nie da, bo grupa musiałaby szybko przemieszczać się z jednego miejsca do drugiego nawet dziesiątki kilometrów. Na papierze, to może i ładnie wygląda, ale realnie nie widzę żadnej szansy, żeby to działało. Powinniśmy się obudzić, skoro doszło do ataku śmiertelnego. Jestem ciekawy co się stanie, jeśli ktoś ucierpi na swoim podwórku w wyniku spotkania z niedźwiedziem, bo na razie jest taka narracja, że to było w lesie. Ale z drugiej strony, czy człowiek nie ma prawa wejść do lasu? To absurd – uważa Mateusz Świerczyński.
Zwraca uwagę, że w marcu i kwietniu niedźwiedzie w lesie nie mają co jeść, dlatego podchodzą pod siedziby ludzi. Niedługo las zacznie je karmić i tych spotkań będzie mniej. Leśnicy szacują, że w Bieszczadach jest ponad 300 niedźwiedzi, a 20 lat temu było ich około 30 – 40, to pokazuje jak bardzo dynamicznie ta populacja przyrasta. Stawia pytanie co będzie jeśli populacja wzrośnie do 500 czy 1000 sztuk. Uważa, że trzeba znaleźć jakieś kompromisowe rozwiązanie, wytyczyć granicę i powiedzieć, że życie człowieka jest wartością najwyższą.





