TSUE: Kombatantom niełatwo pozywać Niemców przed polskimi sądami
Twórcy i nadawcy kontrowersyjnego niemieckiego serialu „Nasze matki, nasi ojcowie” mogą być pozywani przed polskimi sądami tylko w ograniczonych przypadkach i nie co do wszystkich roszczeń – uznał w czwartek Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Chodzi o sprawę 102-letniego kombatanta, Zbigniewa Radłowskiego, którego oburzyło przedstawienie żołnierzy Armii Krajowej jako antysemitów. W Polsce toczy się też proces z powództwa innego kombatanta – Stanisława Zalewskiego - dotyczący stosowania zwrotu „polskie obozy”, a inny akowiec, Karol Tendera, zmarł przed rozstrzygnięciem swojej skargi.

Radłowski to żołnierz Armii Krajowej, więzień obozu Auschwitz-Birkenau, powstaniec warszawski i działacz kombatancki. Podczas wojny pomagał też w ratowaniu i ukrywaniu Żydów. Oburzyła go emisja w Telewizji Polskiej serialu wojennego wyprodukowanego m.in. przez niemiecką publiczną stację ZDF. Z pozwem wystąpił też Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej, liczący ok. pięciu tysięcy żyjących jeszcze kombatantów.
Sprawa toczy się już od 2013 r. Trafiła najpierw do Sądu Okręgowego w Krakowie, ale przeszła wszystkie instancje, aż do Sądu Najwyższego. Chodziło o naruszenie dóbr osobistych przez pokazanie w serialu AK-owców jako antysemitów i współpracowników Niemców w Holokauście. Serial był pokazywany w różnych stacjach TV nie tylko w Niemczech i Polsce, ale także w całej Europie (niemiecki tytuł: Unsere Mütter, Unsere Väter, natomiast w wersji angielskiej znany jako: Generation War). Zdaniem powodów serial narusza ich dobra osobiste, takie jak prawo do dumy narodowej, prawo do kultywowania tożsamości narodowej, prawo do niezakłamanej historii, prawo do godności i dobrego imienia, a także prawo do znaku będącego symbolem AK.
Sąd Najwyższy ma wątpliwości
Niemcy podnosili głównie brak jurysdykcji polskich sądów do zajmowania się taką sprawą. Ponieważ podobne sprawy były już na wokandzie TSUE, ale dotyczyły głównie internetu, a nie telewizji, to Sąd Najwyższy zdecydował się wystąpić ze swoimi pytaniami prejudycjalnymi.
TSUE miał odpowiedzieć na pytania, które sądy są właściwe do rozpatrzenia powództwa mającego za przedmiot:
- świadczenie niepieniężne zmierzające do usunięcia skutków naruszenia dóbr osobistych (w tym nakazanie złożenia oświadczenia obejmującego przeprosiny za pośrednictwem kanałów telewizyjnych, w których serial ten był emitowany w poszczególnych państwach członkowskich), a także umieszczania przed każdą emisją tego serialu, bez względu na jej miejsce, oświadczenia odpowiedniej treści,
- świadczenie pieniężne zmierzające do uzyskania naprawienia krzywdy wynikającej z naruszenia dóbr osobistych, w tym z rozpowszechnienia tego serialu w innych państwach członkowskich.
Chodziło zarówno o emisję w TV, jak i w internecie. Sąd Najwyższy poprosił o interpretację art. 5 pkt 3 w związku z motywami 11 i 12 rozporządzenia 44/2001/WE w sprawie jurysdykcji i uznawania orzeczeń sądowych oraz ich wykonywania w sprawach cywilnych i handlowych.
Rozdzielili telewizję od internetu
TSUE zniuansował sytuację. Uznano, że polskim sądom, mimo emisji zagranicznego serialu naruszającego dobra osobiste w telewizji i w Internecie, nie przysługuje w odniesieniu do nadawców telewizyjnych jurysdykcja krajowa do rozpoznania całości powództwa. W razie emisji zagranicznego serialu w telewizji, polskim sądom przysługuje jurysdykcja krajowa jedynie do rozpoznania powództwa przeciwko producentowi, mającego za przedmiot świadczenie niepieniężne zmierzające do usunięcia skutków naruszenia dóbr osobistych (w tym nakazanie złożenia przeprosin za pośrednictwem kanałów TV, w których emitowano serial), a także umieszczania przed każdą emisją tego serialu oświadczenia odpowiedniej treści, w zakresie, w jakim uregulowania krajowe na to zezwalają. Polskie sądy są też właściwe do rozpoznania powództw o świadczenia pieniężne zmierzające do uzyskania naprawienia krzywdy wynikającej z rozpowszechnienia serialu nad Wisłą. Jeśli serial byłby emitowany w zagranicznych stacjach, to w tamtych krajach należy składać analogiczne powództwa.
Co do internetu - polskim sądom (jako tego państwa, w którym znajduje się centrum interesów osoby fizycznej lub prawnej), jurysdykcja do rozpoznania takich powództw w całości przysługuje jedynie w ograniczonym zakresie - tylko wtedy, gdy sporna treść zawiera obiektywne i możliwe do zweryfikowania elementy pozwalające na bezpośrednie lub pośrednie indywidualne zidentyfikowanie tej osoby. I tu kolejne poważne zastrzeżenia – sama przynależność do określonej grupy (np. formacji wojskowej takiej jak Armia Krajowa) nie jest wystarczająca do uznania, że dana osoba została indywidualnie zidentyfikowana.
A co ze Światowym Związkiem Żołnierzy Armii Krajowej? Jeśli treści internetowe dotyczą tej formacji i pozwalają na jej identyfikację, stowarzyszenie może dochodzić całości szkody przed sądami państwa, w którym znajduje się centrum jego interesów, czyli w tym konkretnym przypadku – w Polsce.
Teraz sprawa wróci na wokandę Sądu Najwyższego (sygn. II CSKP 459/23), który zadawał pytania prejudycjalne sędziom w Luksemburgu.
Prawnicy zauważają, że to nie jest pierwsza taka sprawa w TSUE, a linia orzecznicza ewoluuje na przestrzeni lat.
Orzecznictwo TSUE od lat próbuje dostosować wykładnię przepisów do realiów nowych technologii. Początkowo rozszerzało uprawnienia powoda do dochodzenia swoich praw przed sądem kraju zamieszkania, teraz natomiast dominuje zawężająca jurysdykcja. Dla praktyków oznacza to konieczność śledzenia orzecznictwa na bieżąco, gdyż wybór forum i uzasadnienie właściwości sądu może mieć decydujące znaczenie dla sprawy z zakresu ochrony dóbr osobistych – podkreślają Robert Małecki, adwokat, wspólnik w kancelarii Małecki Pluta Dorywalski Wiegner sp. j. i jego współpracownik Kacper Nowacki.
Przywołują w tym kontekście kilka głośnych spraw przed TSUE. W 1995 r. sędziowie orzekali w sprawie dotyczącej artykułu prasowego rozpowszechnionego w kilku państwach (C-68/93). Trybunał dopuścił wytoczenie powództwa w każdym z nich, ale z istotnym zastrzeżeniem, że sąd danego państwa może orzekać tylko o tej części szkody, która powstała na jego terytorium. Jest to tzw. zasada mozaiki. Pokrzywdzony chcący uzyskać pełne odszkodowanie musiał w praktyce pozywać w miejscu siedziby wydawnictwa lub prowadzić postępowania w wielu krajach równolegle.
Po ponad dekadzie (sprawa C-509/09, e-Date) TSUE ocenił, że zasada mozaiki nie przystaje do realiów internetu. Publikacja online różni się od prasy tym, że jest dostępna (co do zasady) bez ograniczeń czasowych i geograficznych, a jej zasięg nie daje się przypisać do konkretnego terytorium. TSUE wprowadził w związku z tym nowy łącznik: centrum interesów życiowych poszkodowanego. Sąd tego państwa (najczęściej będącego miejscem zamieszkania powoda) uzyskuje jurysdykcję do rozpoznania całości sprawy, a nie tylko jej krajowego wycinka.
Wreszcie była „polska” sprawa C-800/19 (Mittelbayerischer Verlag KG). Po sprawie e-Date orzecznictwo TSUE zaczęło zawężać możliwość pozywania w centrum interesów życiowych poszkodowanego. Trybunał doprecyzował granice łącznika z e-Date. Jurysdykcja sądu centrum interesów życiowych do rozpoznania całości roszczenia przysługuje tylko wtedy, gdy kwestionowana treść zawiera elementy pozwalające na bezpośrednie lub pośrednie zidentyfikowanie konkretnej osoby. Nie każda publikacja online, choćby krzywdząca, otwiera tę drogę. Teraz dzisiejszy wyrok, odpowiadając na pytanie o serial telewizyjny emitowany równocześnie w telewizji i w internecie w kilku państwach członkowskich, rozróżnia te dwa kanały dystrybucji i ogranicza zakres roszczeń niepieniężnych, których można dochodzić przed sądem innym niż państwo produkcji - w szczególności co do żądania przeprosin kierowanych do widzów w innych krajach – podsumowuje mec. Małecki.
„Polskiej” sprawie z TSUE uważnie przygląda się też Nuno Teixeira Castro, portugalski prawnik specjalizujący się w internecie i cyberbezpieczeństwie, wykładający na Uniwersytecie Lizbońskim. Dziwi go, że w przypadku jurysdykcji co do emisji telewizyjnych TSUE w zasadzie poszatkował całą Unię Europejską na poszczególne kraje. Utrudni to, zwłaszcza osobom fizycznym, dochodzenie roszczeń w potencjalnie nawet 27 różnych państwach.
Kiedyś pokonali Niemców, teraz przegrywają z czasem
Rozstrzygnięcie sprawy Radłowskiego w TSUE trwało 15 miesięcy, Trybunał nie zgodził się bowiem na zastosowanie przewidzianego w art. 105 regulaminu postępowania trybu przyśpieszonego. Dlatego wiekowi powodowie muszą walczyć nie tylko z przeciwnikami procesowymi, ale i z upływającym czasem. Większość żyjących jeszcze kombatantów II wojny światowej (w tym żołnierzy AK) to osoby urodzone w latach 20-tych XX wieku, czyli mają obecnie już prawie sto lat.
Zniecierpliwiony wolnym tempem spraw sądowych – zarówno polskich, jak i unijnych - jest Stanisław Zalewski, prezes Polskiego Związku Byłych Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych. Podaje przykład kombatanta Karola Tendery (1921-2019), więźnia kilku niemieckich obozów koncentracyjnych, który procesował się ze stacją ZDF o zwrot „polskie obozy”, ale już niestety zmarł i nie doczekał końca procesu.
Coraz częściej mam wrażenie, że polski sąd, rozstrzygający sprawy „polskich obozów”, po prostu czeka na moją śmierć. Wiedząc, że mam już ponad sto lat, nie przyspiesza rozpraw. A wtedy ten problem rozwiąże się sam – mówi Zalewski.
Dziesięć lat temu sam Zalewski pozwał znaczące regionalne bawarskie media: Mittelbayerischer Verlag KG oraz rozgłośnię radiową Bayerischer Rundfunk. Powodem były ich publikacje, w której obóz w Treblince nazwano „polskim obozem zagłady”. Dla byłego więźnia Auschwitz nie jest to jedynie błędne określenie. To przypisywanie Polakom odpowiedzialności za zbrodnie III Rzeszy i naruszenie jego godności oraz tożsamości narodowej. Domagał się przeprosin oraz zapłaty 50 tysięcy złotych na rzecz swojego związku byłych więźniów. To w jego sprawie TSUE wydał wyrok z 17 czerwca 2021 r. (C-800/19).
Po wyroku TSUE sprawa toczy się nadal – ze zmiennym szczęściem – przed Sądem Apelacyjnym w Warszawie oraz Sądem Najwyższym, ale jeszcze daleko do jej finału. W sprawie Zalewskiego co pewien czas interweniuje Rzecznik Praw Obywatelskich (RPO), prof. Marcin Wiącek, ponieważ ma ona de facto charakter precedensowy i wpisuje się w linię orzeczniczą dotyczącą możliwości dochodzenia przez polskich obywateli roszczeń przeciwko zagranicznym wydawcom w związku z naruszeniem dóbr osobistych, w tym tożsamości i godności narodowej.
RPO w swoich interwencjach powołuje się na możliwość zastosowania przepisów par. 79 ust. 2 i 3 Regulaminu urzędowania sądów powszechnych, które dotyczą nadzoru nad sprawnością postępowań. Ostatnia interwencja RPO miała miejsce pod koniec kwietnia br.
Mogą być kolejne takie sprawy
Ustalenie odpowiedzialności za emisje telewizyjne może być istotne, gdyż polskie stacje TV decydują się na emisje kolejnych kontrowersyjnych filmów z historią w tle, takich jak dokument „Wśród sąsiadów” w reżyserii Yoava Potasha wyemitowany przez TVP na jesieni ubr. (obecnie jest on dostępny w serwisie internetowym stacji). Film opowiada o losach żydowskich mieszkańców miejscowości Gniewoszów koło Radomia (zarówno w okresie Holokaustu, jak i już po wojnie). Emisja filmu wywołała mocno krytyczne reakcje z różnych stron politycznej barykady, a poseł Dariusz Matecki skierował w tej sprawie interpelację nr 13612 do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego (MKiDN). Zdaniem pos. Mateckiego film zawiera treści polonofobiczne, które szkalują naród polski, deformują obraz II wojny światowej i manipulują przekazem historycznym w duchu niemieckiej propagandy.
Film przedstawia Polaków jako opętanych nienawiścią, donosicieli z czerwonymi oczami, szantażujących Żydów, łączy ich działania ze scenami z Auschwitz, sugerując odpowiedzialność za Holocaust. Ukazuje niemieckich żołnierzy jako tych, którzy ratują żydowskie dzieci, podczas gdy Polacy je tropią i wydają, pomija realia niemieckiego terroru i masowych represji za pomoc Żydom. Atakuje nowelizację ustawy o IPN z 2018 r., fałszywie przedstawiając ją jako element polityki „represji” wobec prawdy o Holocauście. To nie jest tylko film. To jest antypolska agitka w hitlerowskim stylu, której miejsce – w normalnie funkcjonującym państwie – nie jest w publicznej telewizji, ale w archiwach propagandy - czytamy w interpelacji.
Maciej Wróbel, wiceminister w MKiDN odpowiedział jednak, że zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa resort nie ma podstaw prawnych do ingerowania w treści programowe emitowane przez TVP. Przynajmniej na razie żadna organizacja społeczna nie zdecydowała się też na wytoczenie powództwa przeciwko TVP i producentom filmu, ale postępowanie wyjaśniające w sprawie tego filmu prowadzi Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji (KRRiT). Agnieszka Glapiak, przewodnicząca KRRiT powołała się w tej kwestii na art. 10 ust. 2 ustawy z 29 grudnia 1992 r. o radiofonii i telewizji (Dz. U. z 2022 r. poz. 1722), który pozwala wszcząć takie postępowanie z urzędu, albo po otrzymaniu jakiejś skargi od widza. Mimo upływu ponad pół roku, jeszcze nie ma konkluzji tego postępowania.
Wyrok TSUE z 18 czerwca 2026 r., C-232/25.
Linki w tekście artykułu mogą odsyłać bezpośrednio do odpowiednich dokumentów w programie LEX. Aby móc przeglądać te dokumenty, konieczne jest zalogowanie się do programu. Dostęp do treści dokumentów LEX jest zależny od posiadanych licencji.










