Mikołaj Kozak: Sprzeciwy prokuratorskie powinny zniknąć z systemu prawnego
Nie oceniam sprawy Funduszu Sprawiedliwości. Nie rozstrzygam winy p. Marcina Romanowskiego. Obserwuję jedynie, jak w tej sprawie potykają się wszyscy po kolei i zastanawiam się, czy gorsza jest w życiu bezradność, czy bezczelność. Natomiast to, co jest pewne - sprzeciwy prokuratorskie – zwłaszcza na płaszczyźnie stosowania tymczasowego aresztowania – nigdy nie powinny pojawić się w systemie prawnym. Są, mówiąc dosadnie, zamachem na samodzielność jurysdykcyjną sądu - pisze Mikołaj Kozak, adwokat, Kancelaria Kulpa Kozak Adwokaci i Radcowie Prawni.

W pełni podzielam stanowisko sędziego Konrada Mielcarka, że nie może być tak, by prokurator mógł zablokować wydanie listu żelaznego mocą sprzeciwu, skoro to sąd okręgowy ma wyłączną kompetencję, żeby taki list wydać.
Czytaj: Mika-Kozak: List żelazny dla Romanowskiego powinien być z poręczeniem majątkowym>>
Żurek ws. listu żelaznego dla Romanowskiego: Jest przepis, sąd powinien uwzględnić sprzeciw>>
Marcin Romanowski z listem żelaznym, prokuratura będzie skarżyć>>
Sprzeciw prokuratorski czyli możliwość ingerencji w decyzję sądu
Sprzeciwy prokuratorskie – omawiane wielokrotnie, zwłaszcza na płaszczyźnie stosowania tymczasowego aresztowania – nigdy nie powinny pojawić się w systemie prawnym. Są, mówiąc dosadnie, zamachem na samodzielność jurysdykcyjną sądu, ograniczeniem sądu jako jedynego organu uprawnionego do wydania wiążącej decyzji i pozwalają, bez żadnego uzasadnienia, w takie decyzje ingerować.
Wprowadzono je zresztą w 2021 r., a dziś – Marcin Romanowski (co za czasy i co za życiowa przewrotność!) – korzysta z tego, że sąd, słusznie, nic sobie z nich nie robi. W uzasadnieniu projektu podnoszono, że celem wprowadzenia tego przepisu (art. 281 par. 2 KPK) było „wzmocnienie wpływu prokuratora na decyzję o wydaniu listu żelaznego w postępowaniu przygotowawczym”.
Sądy z kolei – co się zdarzało, a co cytuje sąd w postanowieniu dot. p. Romanowskiego – broniły sądowego charakteru instytucji listu żelaznego. Słusznie – albo coś jest w gestii sądu, albo nie jest. Jeśli ktoś twierdzi inaczej, ten jest w błędzie lub może jeszcze dodać, że wymagana powinna być np. kontrasygnata Ministra Rolnictwa. Takie dywagacje uczyniły sprzeciwy prokuratorskie intelektualnym kabaretem, o – niestety – poważnych skutkach dla samych zainteresowanych.
Sprzeciw prokuratorski jest jak automatyczne światło na klatce schodowej – zapala się po wykryciu niepomyślnego dla prokuratury ruchu sądu. Sedno problemu to właśnie to zapalające się światło – prokurator ma środki zaskarżenia, ale wprowadzenie instytucji sprzeciwu nadaje bezpośredni skutek słowu „weto” wobec decyzji sądu, zanim argumenty zażaleniowe zostaną ocenione przez sąd wyższej instancji. Tylko absurd czy aż głupota racjonalnego ustawodawcy?
Czytaj: Prokurator nadsędzia znów pomocny przy rozliczeniach?>>
Prokurator powinien pozostać uczestnikiem sporu
Przechodząc do głośnej sprawy M. Romanowskiego, uważam, że skoro ustawodawca traktuje wydanie listu żelaznego jako kompetencję sądu, to prokurator powinien pozostawać uczestnikiem sporu, a nie jego arbitrem, czy – gorzej – nadarbitrem. Mam świadomość, że przepisy pozostawiają pole do innej interpretacji, ale czy ktoś jeszcze uważa, że tzw. racjonalny ustawodawca naprawdę jest racjonalny?
Wystarczy włączyć obrady Sejmu, żeby wyrobić sobie zdanie na temat tej formalnej racjonalności. W prawie istnieją różne fikcje – np. doręczenia, milczącej zgody organu i – jak sądzę – również racjonalności ustawodawcy.
Wielka szkoda, że honor, który przypadł M. Romanowskiemu, w postaci zignorowania przez sąd orzekający głupiego przepisu z dobrym merytorycznie uzasadnieniem, tak rzadko bywa udziałem tzw. zwykłych obywateli.
Ważniejsze wyjaśnienia niż upieranie się przy areszcie
Nie dowiemy się dziś, jakie rzeczywiste intencje kryły się za wnioskiem o wydanie listu żelaznego. Jeśli jest choćby cień nadziei, że Romanowski powróci na łono ojczyzny, to warto tę okoliczność sprawdzić. Ta perspektywa jest zresztą lepsza niż dalszy blamaż prokuratury, który rozpoczął jego peregrynacje i rozważanie, czy b. ministra przyjmie Naddniestrze, Kreml, czy Donald Trump. Zwłaszcza, że jeden korespondent w USA, taki jak Zbigniew Ziobro (Polska wystąpiła o jego ekstradycję w związku z Funduszem Sprawiedliwości (red.)) w zupełności Polsce wystarczy.
Jeśli list żelazny się uprawomocni, to liczę na to, że Marcin Romanowski tym razem stawi czoła organom ścigania i wymiarowi sprawiedliwości. Jeśli będzie odwrotnie i okaże się, że sądy się pomyliły, to znajdzie się pod pręgierzem nie tyle prawa, co moralności. Zresztą jeśli wróci, to, moim skromnym zdaniem lepiej wreszcie zacząć odbierać od niego wyjaśnienia, niż upierać się przy areszcie, i obserwować coraz bardziej żenujący spektakl, który jest nam w tej sprawie serwowany. Tym bardziej, że to chluby nie dodaje nikomu. A i poczucia jakiejkolwiek sprawczości raczej też nie.







