Skala zjawiska -  według rozmówców Prawo.pl - jest duża. Ministerstwo Sprawiedliwości twierdzi, że trudno to ocenić, bo nie chodzi jedynie o delegację do sądów okręgowych i apelacyjnych, ale też do sądów równorzędnych i innych wydziałów. Do tego dochodzą też delegacje do Ministerstwa Sprawiedliwości i Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury. Pod koniec 2018 r. i pod koniec 2017 r. tylko w MS sędziów na delegacji było po 165, dla porównania w 2014 - 128, w 2015 - 136, a w 2016 - 165. 

 


- Z naszej perspektywy - sędziów rejonowych - tych delegacji jest coraz więcej i co gorsze - są coraz dłuższe. A to oznacza coraz więcej pracy i zatory na szczeblu gdzie jest jej najwięcej - mówi jeden z sędziów. Wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak w rozmowie z Prawo.pl przyznaje, że każda delegacja osłabia sąd, ale przy obecnym systemie jest to instytucja niezbędna bo - jak mówi - ratuje przed spowolnieniem sądy wyższej instancji. 

Zobacz w LEX: Świadczenia pieniężne dla sędziów >

Problem podstawowy - zablokowanie etatu

Sędziowie podkreślają, że podstawowym problemem delegacji jest to, że wiążą się z zablokowaniem etatu i to bywa, że nawet na 10 lat (wymieniają przypadki delegacji do Ministerstwa Sprawiedliwości). 

Czytaj: Sędziowie o dyscyplinarkach - mamy mniej praw niż przestępca>>

- Sądy okręgowe z delegacjami do sądów apelacyjnych sobie radzą - bo biorą sędziów na delegacje z sądów rejonowych. Ale sądy rejonowe zostają - kolokwialnie mówiąc - bez rąk do pracy. Bo ci oddelegowani sędziowie niby są, ale tak naprawdę są w innym sądzie i nie ma możliwości, żeby miejsca po nich zapełnić nowymi osobami - mówi sędzia Sądu Rejonowego Gdańsk-Południa Dorota Zabłudowska (członek zarządu SSP "Iustitia"). 

Sędziowie z delegacji - co też jest pewną prawidłowością - rzadko wracają. By etat po nich został odblokowany, muszą zostać nominowani do sądu do którego ich delegowano, a to też długa procedura. W przypadku tych, którzy trafili do ministerstwa etat jest zablokowany, tak długo jak długo w resorcie pracują. 

Zobacz w LEX: Immunitet sędziego >

- Czy to jest problem? Jeżeli wydział załóżmy liczy pięć osób i koleżanka zostaje delegowana do sądu okręgowego, to do pracy zostają cztery osoby, ale tylko teoretycznie. Bo wśród nich jest przewodniczący i jego zastępca, którzy ze względu na funkcję i pełnienie innych obowiązków mają mniejszy wpływ spraw. Każda osoba oddelegowane oznacza znaczny przyrost spraw na pozostałych sędziów. I to jest odczuwalne - dodaje Zabłudowska.

Kilka lat w ministerstwie bez orzekania

Sędzia Bartłomiej Starosta z Sądu Rejonowego w Sulęcinie, przewodniczący Stałego Prezydium Forum Współpracy Sędziów, zwraca uwagę na jeszcze inną kwestię. W jego ocenie poważną konsekwencją wieloletniej delegacji do MS jest zmniejszenie doświadczenia zawodowego sędziego. 

- Jeśli ktoś od lat nie ma bezpośredniego kontaktu z salą sądową, tylko wykonuje jakieś czynności urzędnicze, to niewątpliwie powstaje u niego również obawa przed powrotem na salę rozpraw i pewnego rodzaju uzależnienie się od wykonywania funkcji urzędniczej. Teraz wyobraźmy sobie, że taka osoba wróci do dawnego wydziału albo trafi do innego, bo jest to możliwe, lub do sądu wyższego szczebla, bo awansował pracując w Ministerstwie - podkreśla.   

Czytaj: MS chce bezwzględnego dożywocia, prawnicy mówią o pogrzebaniu resocjalizacji>>

Perspektywa pracy w resorcie może być kusząca bo - jak mówią rozmówcy Prawo.pl - nie ma obowiązku prowadzenia rozpraw kilka razy w tygodniu, nie trzeba pisać uzasadnień orzeczeń, a nadal przysługuje sędziowskie wynagrodzenie i dodatki za pracę w ministerstwie. Jako przykład podają m.in. ryczałt mieszkaniowy dla osób spoza Warszawy. 

- Oburzające jest też to, że sędziowie pracujący w ministerstwie przez wiele lat, zgłaszają się do awansu z sądu rejonowego do sądu okręgowego czy apelacyjnego - co obserwujemy choćby w ostatnim czasie. To jest skandal i trzeba mieć naprawdę duży tupet, żeby faktycznie nie wykonując zawodu sędziego od lat, ubiegać się o awans na równi z sędziami orzekającymi - mówi ostro sędzia Starosta.

Zmiany konieczne

Sędziowie nie mają wątpliwości, że zmiany są konieczne. W ich ocenie dobrym rozwiązaniem byłoby czasowe ograniczanie delegacji. Jak mówią delegacja powinna jedynie służyć sprawdzeniu, czy dany sędzia nadaje się do pracy w sądzie wyższego rzędu. 

- Powiedzmy przez pół roku i decyzja, czy zostaje czy wraca do swojego sądu rejonowego. Myślę, że to wystarczający okres, by wyrobić sobie zdanie na jego temat i zorientować się, czy taka osoba byłaby mile widziana w sądzie okręgowym albo i apelacyjnym. To nie może być tak, że sędziowie delegowani są wykorzystywani jako uzupełnienie braków kadrowych, to nie temu ma służyć - mówi sędzia Zabłudowska.

Sędzia Starosta dodaje, że w przypadku delegacji do Ministerstwa Sprawiedliwości, powinno następować zrzeczenie się urzędu lub bezterminowe zawieszenie na czas nowej pracy. 

Czytaj: MS: Wyższe kary dla zabójców, pedofilów i... nieletnich>>

- Jeśli nawet przyjąć, że w pewnym zakresie takie delegacje są potrzebne, to powinny być jedynie czasowe, a nie trwać latami. Jednocześnie powinno się to wiązać ze zrzeczeniem się urzędu sędziowskiego z możliwością powrotu do zawodu. Osoby które przez długi okres pracują w Ministerstwie, nie są już sędziami, bo nie wykonują funkcji orzeczniczych, nie mają kontaktu z salą sądową. Stają się urzędnikami i często pracują na zlecenie konkretnych polityków - dodaje. 

 


MS: problem jest, dobrego wyjście nie ma   

W ocenie wiceministra sprawiedliwości Łukasza Piebiaka nie ma dobrego wyjścia z tej sytuacji, a rezygnacja z delegacji oznaczałaby przesunięcie problemów, na które narzekają sędziowie sądów rejonowych do sądów okręgowych czy apelacyjnych. (Więcej w wywiadzie, który opublikujemy w poniedziałek). 

- Bo naturalne ubytki są zawsze na wszystkich poziomach i konieczne jest ich uzupełnienie. Generalnie zawsze uzupełnia się kadry z dołu, a nie z góry, zaś sędziowie są chętni by się sprawdzić wyżej w nowych kategoriach spraw czy w drugiej instancji. Chętnych na delegacje do sądów niższych raczej nie znaleźlibyśmy, a nie da się na dłuższy czas delegować sędziego wbrew jego woli  - dodaje.

W jego ocenie rozwiązaniem będzie zapowiadany kolejny etap reformy sądownictwa - likwidacja sądów apelacyjnych i jednolite stanowisko sędziowskie. 

- Dlaczego? Jeżeli wszyscy sędziowie będą sędziami sądów powszechnych, to będzie można ich elastycznie przydzielać do tych sądów - w danym okręgu - gdzie potrzeby są największe. I nie będzie to wpływało na warunki finansowe pracy, bo te będą jednolite. Nie będzie jakimś despektem, że ktoś z sądu drugiej instancji będzie musiał pójść na jakiś czas do sądu pierwszej instancji i tam orzekać. Bo dzisiaj to tak jest postrzegane - mówi wiceminister.

Zapewnia, że resort stara się dłuższe delegacje rekompensować sądom poprzez przesuwanie etatów tam gdzie są bardziej potrzebne, po analizie obsady faktycznej a nie teoretycznej.

Zrzeczenie się urzędu zablokowałoby delegacje

Zrzeczenie się urzędu sędziów delegowanych do resortu - w ocenie wiceministra Piebiaka, również nie jest dobrym rozwiązaniem. Przypomina, że sędzia, który zrzekł się urzędu i chce wrócić do orzekania musi przejść całą drogę - poprzez Krajową Radę Sądownictwa i prezydenta. 

- Sędzia nie może być pewien, że w takiej sytuacji będzie mógł wrócić do orzekania, a nadto wie, że to wszystko trwa długo. Gdybyśmy więc wprowadzili takie rozwiązanie to przypuszczam, że chętnych do pracy w MS byłoby niewielu lub nie byłoby wcale. Sędziowie delegowani do MS są przywiązani do swojego statusu i nie sądzę by godzili się na takie ryzyko - podkreśla.