Do maja wydawało się, że Budka Suflera uniknie sporów o prawo do nazwy, bo zarejestrowała ją jako znak towarowy. O tym, kto ma do niej prawo decyduje regulamin złożony w Urzędzie Patentowym, który nie jest publicznie dostępny. Na podstawie oficjalnych informacji można jednak zakładać, że zespół nie będzie mógł koncertować bez udziału lub zgody Krzysztofa Cugowskiego.

Dwa głosy przeciw jednemu

Romuald Lipko w wywiadzie dla "Dziennika Wschodniego" powiedział, że Budka to spółka cywilna i o jej losach stanowi większość, a on i Tomasz Zeliszewski chcą wrócić na scenę. Krzysztof Cugowski studzi ich pomysł na reaktywację po pięciu latach. - Po pierwsze, razem z panami Lipko i Zeliszewskim mamy chronioną nazwę i logo zespołu w Urzędzie Patentowym. Po drugie, jesteśmy też wspólnikami Budka Suflera Production i to jest firma, która jest właścicielem wszystkich wydawnictw. To wszystko istnieje, nagle przecież nie zniknęło. Zobaczymy, co się dalej wydarzy – powiedział Cugowski Dziennikowi Wschodniemu. Kto ma rację?

 



 

Decyduje regulamin

Budka Suflera została zarejestrowana w Urzędzie Patentowym jako znak słowno-graficzny przez warszawską kancelarię patentową. Zgłaszającymi, a jednocześnie uprawnionymi do znaku są Cugowski Krzysztof, Lipko Romuald, Zeliszewski Tomasz - Budka Suflera Production spółka cywilna z Dąbrowicy. Prawo to wygasa w kwietniu 2021 roku. Mikołaj Lech, rzecznik patentowy i autor bloga o prawie ochrony znaków towarowych wskazuje, że co do zasady, wszyscy trzej mają wspólne prawo ochronne. - To, kto może dysponować znakiem towarowym, reguluje regulamin znaku złożony w Urzędzie Patentowym, który nie jest publicznie dostępny. Skłaniam się jednak ku temu, że albo będzie zgoda wszystkich członków, albo nikt nie będzie mógł samodzielnie używać tej nazwy – podkreśla Mikołaj Lech.

Lepsza rejestracja nazwy jako znaku towarowego

Dr Aleksandra Sewerynik, prawnik i muzyk, autorka bloga Prawo muzyki, potwierdza, że co do zasady, nazwa przysługuje każdemu członkowi zespołu, o ile nie została zarejestrowana.  - Jeżeli jest inaczej, dana osoba musi udowodnić, że to prawo przysługuje tylko jej, a inny członek zespołu nie może się na nią powoływać w ramach swojej działalności artystycznej. Jak tego dokonać? Jacek Miłaszewski, radca prawny, współautor bloga o prawie muzycznym wyjaśnia, że są różne sposoby na wykazanie prawa do nazwy zespołu muzycznego. - Można powołać się na prawo autorskie, niezarejestrowany znak towarowy, albo właśnie zarejestrowany. Prawnicy zgodnie jednak podkreślają, że tylko wczesna inwestycja w ochronę nazwy może zagwarantować w przyszłości szybsze i tańsze rozwiązanie sporu prawnego.

Edyta Demby-Siwek, dyrektor Departamentu Badań Znaków Towarowych Urzędu Patentowego RP także uważa, że najlepszą metodą ochrony nazwy jest  zarejestrowanie jej jako znaku towarowego. -  To ułatwia postępowanie na późniejszym etapie. Idziemy do sądu i przedstawiamy dokument w postaci świadectwa ochronnego, które mówi o przyznanym nam prawie wyłącznym na daną nazwę – wyjaśnia Edyta Demby -Siwek. O wiele trudniej dochodzić jest swoich praw na podstawie prawa autorskiego. Ponadto, we wspomnianym już regulaminie, można ustalić  wszystkie zagadnienia, które mogą być w przyszłości potencjalnie konfliktowe. To jest swojego rodzaju kontrakt między członkami zespołu, podpisany jeszcze w czasach zgody. I w sprawie Budki Suflera ten właśnie kontrakt zdecyduje, czy dwaj muzycy wylansują przeboje na miarę Jolki, Balu czy Tanga.
 



 

Muzycy nie mogą być na bakier z prawem

Aleksandra Sewerynik dodaje, że nazwa zespołu jest specyficznym dobrem osobistym, swoistym pseudonimem artystycznym. - W braku umownych ustaleń członków zespołu, bardzo trudno jest rozstrzygnąć, kto może się posługiwać tą nazwą. Dlatego warto o to zadbać, bo fani chcą wiedzieć, czy idą na koncert "prawdziwego" zespołu. Zakładają, że znana im nazwa, oznacza określony skład muzyków, repertuar, atmosferę itp. – mówi Sewerynik. Jak? Właśnie zawierając umowę, kiedy panuje jeszcze zgoda i muzycy są w stanie się dogadać. W wykazie zarejestrowanych znaków towarowych możemy znaleźć m.in. TSA (zgłaszający Andrzej Nowak), Lady Pank (zgłaszającym Jan Borysewicz), Lombard (zgłaszający Grzegorz Stróżniak), Varius Manx (zgłaszający Janson Beata Ansosn).  Na tej podstawie można wnioskować, że tylko zgłaszający, a nie wszyscy członkowie zespołu, mają prawo do jego nazwy. Ponadto w bazie urzędu są też Tulia, Kapitan Nemo czy też Mr. Zoob.

Nazwa łudząco podobna

Muzycy, którzy nie zadbali o swoje prawa, mogą zostać zaskoczeni. Tak było z Papa Dance. Okazało się, że prawo do nazwy nie należy do zespołu, a do osób trzecich – producentów muzycznych. Ta niewiedza mogła zespół kosztować prawie milion złotych.  Znane są jeszcze inne przypadki, np. gdy na scenie chcą działać dwa zespoły pod tą samą nazwą, które wcześniej grały razem. Muzycy dawnego Kombi grają osobno pod szyldami Kombi i Kombii (z uwagi na fakt, że jeden z liderów posiada prawa autorskie do dawnej nazwy i logotypu, drugi zespół posiada zmieniony logotyp oraz nagrywa i występuje pod nazwą Kombii). Czy to znaczy, że została otwarta furtka dla takich potencjalnych podmiotów wykonawczych jak Llao Chee, Comma, Variuss Manxx albo Lejdi Pank lub DeDamplings? Prawnicy jednoznacznie mówią, że wiąże się to z dużym ryzykiem i zdecydowanie odradzają takie postępowanie.

Aleksandra Sewerynik mówi wyraźnie, że takie działanie jest dopuszczalne tylko wtedy, gdy lider lub inna osoba nie rości sobie praw do wyłączności na nazwę. Jeszcze inaczej poradzili sobie z podobnym problemem muzycy dwóch zespołów Kat i dwóch zespołów Piersi. Aby w każdym przypadku było jasno zakomunikowane – z którym z tej dwójki ma się do czynienia – jeden zespół pozostał przy starej nazwie, a drugi wyróżnia się użyciem w nazwie nazwiska lidera. I tak mamy zespoły Kat oraz Kat & Roman Kostrzewski i Kukiz i Piersi oraz Piersi.
 

Warto przeczytaćETS: „BEATLE” nie może być znakiem towarowym dla wózka inwalidzkiego