- Ustawa wdrażająca DSA w założeniu miała chronić obywateli, w szczególności dzieci. Po raz kolejny do dobrych rozwiązań doklejono przepisy, które są nie do obrony i po prostu szkodzą – uzasadnia Karol Nawrocki w nagraniu zamieszczonym na YouTube.

Jak tłumaczy, już podczas prac nad ustawą miał poważne zastrzeżenia co do założeń, które „oddają kontrolę nad treściami w internecie urzędnikom podległym rządowi, a nie niezależnym sądom”. Uprawnienia do blokowania treści w internecie miały bowiem zyskać: Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji w przypadku platform wideo oraz Urząd Komunikacji Elektronicznej w przypadku treści pozostałych.

Te przepisy złagodził jeszcze Senat, dodając do ustawy poprawki. Jedna z nich zakładała, że decyzje UKE i KRRiT o zablokowaniu treści nie będą miały rygoru natychmiastowej wykonalności - ale tylko, jeśli zostanie wniesiony wobec nich sprzeciw do sądu. 

– Niestety, te wątpliwości nie zostały usunięte. Zamiast realnej kontroli sądowej, wprowadzono rozwiązanie absurdalne. Sytuacja, w której o tym, co wolno w internecie, decyduje urzędnik podległy rządowi, przypomina konstrukcję Ministerstwa Prawdy z książki George’a Orwella „Rok 1984” - ocenił prezydent. 


Jak miało wyglądać blokowanie treści

Ministerstwo Cyfryzacji, które przygotowało nowe przepisy, przekonywało, że nie ograniczą one wolności słowa, a wręcz przeciwnie – ukrócą praktykę arbitralnego usuwania wpisów przez administratorów platform internetowych, od decyzji których będzie można się odwołać.

- Usuwane miały być tylko treści nielegalne, które dotyczą konkretnych poważnych przestępstw (m.in. rozpowszechnianie treści pornograficznych z udziałem dzieci, kradzież tożsamości, zlecenie zabójstwa, handel ludźmi, namawianie do samobójstwa). Katalog treści objętych procedurą nakazową ustawy jest zamknięty – zapewniał resort cyfryzacji.

Prawo zgłoszenia treści do zablokowania mieli otrzymać wszyscy użytkownicy platform internetowych, a także określone służby (prokuratura, policja, Krajowa Administracja Skarbowa, Straż Graniczna) oraz tzw. zaufany podmiot sygnalizujący.

O wcześniejszych wątpliwościach pisaliśmy w tekście: Nie cenzura, ale pole do nadużyć. Projekt o blokowaniu treści poddany krytyce).