Dawid Kulpa: Jakie znaczenie dla polskiego sądownictwa ma eksperyment Milgrama?
W latach 60-tych XX w. Stanley Milgram pokazał coś, co do dziś budzi niepokój. Zwykli ludzie są w stanie przekraczać oczywiste granice, jeśli robią to stopniowo, krok po kroku, pod okiem autorytetu. Przez lata eksperyment był poddawany krytycznym ocenom. Wskazywano na jego sztuczność i pewne elementy manipulacji. Niemniej jednak, w swoim podstawowym wniosku pozostaje odporny na krytykę. Kilka lat temu wrócili do niego polscy psychologowie społeczni Tomasz Grzyb i Dariusz Doliński. Nie odtworzyli całego eksperymentu. Sprawdzili jeden, najważniejszy dla wyników badań moment: czy człowiek wykona krok, po którym trudno się już wycofać? - pisze Dawid Kulpa, radca prawny, partner w Kancelarii Kulpa Kozak Adwokaci i Radcowie Prawni.

To właśnie ta chwila odpowiada sytuacji, w której uczestnik po raz pierwszy słyszy wyraźny sygnał, że drugiej osobie – wskutek mojej decyzji – dzieje się krzywda. Wynik był tożsamy z tym sprzed 60 lat. Mimo różnić generacyjnych, kulturowych, czy geograficznych, zdecydowana większość uczestników ten krok wykonała, godząc się na cierpienie drugiego. Nie dlatego, że była okrutna. Nie dlatego, że została zmuszona. Uczestnicy działali w przekonaniu, że biorą udział w pozytywnym społecznie przedsięwzięciu prowadzonym przez autorytet. Każdy kolejny ruch był niewielki i racjonalny. Problem ujawniał się dopiero z perspektywy całości. W tym tekście stawiam prowokującą tezę, że podobne obserwacje płyną z sali rozpraw. W praktyce wymiaru sprawiedliwości decyzje rzadko zapadają jednorazowo. Są efektem kolejnych rozstrzygnięć, z których każde - oceniane osobno - wydaje się ograniczone i odwracalne. Najlepiej widać to na przykładzie, nomen omen, „tymczasowego” aresztowania.
Czytaj: Ustawa zawetowana, tymczasowe aresztowania nadal będą nadużywane?>>
Mechanizm małych kroków. Tymczasowy areszt jako punkt bez powrotu
W teorii jest to środek zabezpieczający prawidłowy tok postępowania. Decyzja tymczasowa, nieprzesądzająca o winie. W praktyce często staje się punktem, który ustawia całą dalszą sprawę. Decyzja o areszcie zapada wcześnie, przy niepełnym materiale dowodowym. Następnie pojawiają się kolejne rozstrzygnięcia. O przyjęciu określonej wersji zdarzeń jako bardziej „prawdopodobnej”. O oddaleniu wniosków dowodowych obrony. Ostatecznie o przedłużeniu aresztu.
Każda z tych decyzji, o ile rozpatrywana jako samodzielna, „broni się”. Czasem lepiej, czasem gorzej. Praktycy wiedzą jednak, że postępowanie karne tworzy pewien ciąg zdarzeń, który obronie trudno przerwać. Z każdym miesiącem fizycznej izolacji człowieka rośnie zarówno poznawczy, ale i systemowo-instytucjonalny koszt zmiany kierunku. Uchylenie aresztu - a zwłaszcza późniejsze uniewinnienie - oznaczałoby konieczność pośredniego przyznania, że wcześniejsze, wielokrotne decyzje aparatu państwa były kardynalnym błędem. Dlatego system - co pokazuje codzienna praktyka - znacznie chętniej koryguje szczegóły, niż decyduje się na radykalną zmianę kursu.
Instytucjonalna logika systemu
W świetle powyższych badań uprawnione jest pytanie o sens takiej, a nie innej struktury instytucjonalnej. Zwłaszcza, że - niestety - nierzadko na sali rozpraw obrońcy widzą tę niezaskarżalną w trybie Kodeksu postępowania karnego „jedność socjologiczno-ekonomiczna” urzędników tego samego aparatu państwa.
A interesem państwa jest ochrona jego zasobów. Tych niematerialnych takich jak zachowanie reputacji profesjonalistów, potwierdzonej agregowanymi dosyć dowolnie danymi statystycznymi. Ale i tych zasobów bardziej przyziemnych, takich jak ryzyko wypłaty odszkodowań za niesłuszne skazanie lub oczywiście niesłuszny areszt. Nie doszukiwałbym się też, w tym o czym piszę, jakiejkolwiek złej woli. To obiektywny, w pewnym sensie nieunikniony i wynikający z istoty pracy w każdej dużej organizacji, problem. Weźmy pod uwagę, że mówimy o grupie osób, które funkcjonują w tej samej, zamkniętej kulturze instytucjonalnej. Co więcej, zarówno sędziowie państwowi, jak i prokuratorzy są uczeni, że standardem zawodowym jest posługiwanie się sformalizowanym językiem uzasadnień, w którym łatwiej opisać ryzyko procesowe niż jednostkowy dramat wolnościowy. Lojalność wobec procedury i struktury bywa w ten sposób utożsamiana z realizacją misji państwowej. Wreszcie, tak prokuratorzy, jak i sędziowie działają przecież w ramach podobnych ograniczeń organizacyjnych, budżetowych i statystycznych, gdzie każda zmiana kursu generuje koszty systemowe.
Co istotne, problem nie dotyczy formalnej, ustawowo gwarantowanej odrębności ról procesowych. W teoretycznym ujęciu postępowania karnego uczestnicy procesu jawią się jako odrębne, równoważące się siły. Jednak to teoria. Piszę raczej o praktyce, która dla postrzegania państwa i jego aparatu ma znaczenie bardziej fundamentalne niż język ustaw.
Instytucjonalne bezpieczniki zdrowego rozsądku
W tym sensie powrót do dyskusji o instytucjach znanych z II Rzeczypospolitej - sędziach śledczych, sądach przysięgłych czy sędziach handlowych - nie powinien być odczytywany jako nostalgiczna rekonstrukcja dawnych form. Chodzi o coś znacznie prostszego. O wprowadzenie w kluczowych punktach procesu takich bezpieczników, które przerywają automatyzm działania jednolitego, wprawdzie elitarnego, ale wciąż urzędniczego aparatu państwa. Sędzia śledczy kontrolował najwrażliwszą fazę użycia władzy represyjnej. Sąd przysięgłych ograniczał pełne zmonopolizowanie sądowej fazy procesu przez profesjonalny aparat państwowy. Sędziowie handlowi wnosili do sporów gospodarczych doświadczenie realnej znajomości prowadzenia biznesu, związanych z tym obaw i leków z jednej strony, ale i biznesowego wyrachowania i cynizmu, z drugiej. Wszystkie te instytucje łączy przecież jedna myśl. Tam, gdzie państwo najgłębiej ingeruje w wolność, własność i reputację człowieka, nie wystarcza sama wewnętrzna samokontrola systemu. Potrzebny jest – niejako z natury rzeczy – zewnętrzny, niezależny i zdroworozsądkowy punkt widzenia. I właśnie dlatego moje przemyślenia nie są nakierowane „przeciwko”, czy to sądom, czy prokuraturze, czy państwu. Przeciwnie, to spojrzenie na państwo tak, jak opisuje je pierwszy przepis Konstytucji: Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli. Nie dobrem jednej instytucji, jednego środowiska ani jednej procesowej roli.
Także wymiar sprawiedliwości - sąd, prokuratura i obrona - istnieje nie po to, aby bronić własnej nieomylności, lecz po to, aby służyć temu wspólnemu dobru wszystkich obywateli. I jeśli eksperyment Milgrama ma dziś czegoś uczyć wszystkich aktorów polskiego wymiaru sprawiedliwości, to właśnie tego. Największą gwarancją sprawiedliwości nigdy nie będzie sam przepis ustawy ani przekonanie o własnej nieomylności, lecz gotowość, by w odpowiednim momencie zatrzymać się i zadać najprostsze pytanie: czy kolejny formalnie poprawny krok nadal prowadzi nas ku sprawiedliwości, czy już tylko ku systemowej obronie wcześniejszych decyzji?





