Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej 3 października br. wydał wyrok, za sprawą którego sądy mogą albo "odfrankowić" kredyt, albo unieważnić umowę. Jak szacują prawnicy, po tym orzeczeniu liczba pozwów dotyczących kredytów frankowych może wzrosnąć z kilku tysięcy do nawet kilkudziesięciu tysięcy, a to z kolei może prowadzić do sparaliżowania sądów. 

 


Zabraknie biegłych? 

Sami biegli przypominają, że bardzo często strony podnoszą konieczność ustalenia całkowitego kosztu kredytu i rzeczywistej rocznej stopy procentowej. Wnoszą o opisanie obiegu środków finansowych, jakie towarzyszyły udzieleniu kredytu indeksowanego czy denominowanego do CHF.

Krzysztof Michrowski, wpisany na listę biegłych sądowych z dziedziny bankowości i inżynierii finansowej przy Sądzie Okręgowym w Warszawie twierdzi, że proces tworzenia takiej opinii jest bardzo skomplikowany i czasochłonny.  - Samo wyliczenie wartości przedmiotu sporu dla wprawionego biegłego, dysponującego stworzonymi przez siebie arkuszami kalkulacyjnymi, trwa około tygodnia. W bardziej skomplikowanych przypadkach dotyczących funkcjonowania rynku walutowego i roli banku jako jego uczestnika, może zająć nawet dwa miesiące - mówi. 

Do tego - jak mówią biegli –  dochodzi konieczność i zapoznania się ze sprawą i przeprowadzenia bardzo szczegółowych obliczeń, np. za pomocą arkusza kalkulacyjnego. Szacują, że przygotowanie takiej opinii przeciętnie trwa ok. 100 godzin. W ich ocenie, biorąc pod uwagę liczbę koniecznych opinii i specjalistów którzy mogliby to robić, biegłych po prostu zabraknie

Nie chodzi o skomplikowane opinie?

Jednak inni rozmówcy Prawo.pl podkreślają, że nie chodzi o skomplikowane opinie, a o wyliczenia, do których wystarczy znajomość Excela i  umiejętność liczenia.   -  Opinia opiera się tylko na samym wyliczeniu, biegły już nic więcej nie robi, tylko oblicza wartość spłat przy złotówkach oprocentowanych LIBOR-em i porównuje z wpłatami dokonanymi przez klientów. Z takiego zestawienia wychodzi nadpłata do zwrotu klientowi przez bank - mówi radca prawny Damian Nartowski z WN Legal Wątrobiński Nartowski.

Czytaj: Sąd i prokurator zdecydują z jakich dokumentów skorzysta biegły>>

Wtóruje mu radca prawny Tomasz Konieczny, kancelaria Konieczny, Grzybowski, Polak dodając, że nie obawia się by biegłych do spraw frankowych mogło zabraknąć. - To świetny interes. Biegli zarabiają na takich opiniach przynajmniej kilka tysięcy złotych. A ja widzę - po tych latach procesowania się - że nazwiska biegłych często się powtarzają. Czyli są tacy biegli, którzy mają już wyrobioną metodologię, wzory obliczeń i spore doświadczenie w wydawaniu opinii na potrzeby spraw „frankowych”.  Nie narzekają na brak pracy, mają w kolejce wiele pisemnych opinii do wydania oraz zaplanowanych wizyt w sądzie w celu ustnych wyjaśnień, a mimo to nie odmawiają przyjmowaniu kolejnych tego typu zleceń ze strony sądów – mówi. 

I dodaje, że lista biegłych nie jest zamknięta i zawsze może wzrosnąć. - Najczęściej są to biegli z zakresu bankowości, ekonomii i finansów, ale nie muszą. Mogą to być biegli z zakresu rachunkowości lub księgowości. I w zasadzie nawet najlepiej sobie radzą ci biegli, którzy z bankowością nie mają wiele wspólnego, gdyż starają się abstrahować od ocen i skupiają tylko i wyłącznie na matematyce - mówi. 

Czytaj:  Ustawa o biegłych pilnie potrzebna i nadal w... pracach koncepcyjnych>>
 

Bank - najlepszym biegłym... kpc na to pozwala

W ocenie prawników, którzy reprezentują frankowiczów, biegli w takich sprawach nie są potrzebni, a to, że sądy ich powołują wynika jedynie z "nadmiernej ostrożności". 

-  Jest szereg narzędzi z procedury cywilnej do wykorzystania, tak by nie było konieczności powołania biegłego. Myślę jednak, że sędziowie chcą mieć taką opinie jako podkładkę. Wszystko po to, by uniknąć zakwestionowania braku opinii w apelacji i ułatwić sobie procedowanie, często kosztem wydłużenia postępowania i zwiększenia opłat ponoszonych przez kredytobiorcę. W mojej ocenie jest to jednak drugorzędne, bo jeśli bank nie kwestionuje założeń matematycznych a tylko zasadę, to przecież spieramy się tylko czy taki kredyt może istnieć, czy nie. A nie o liczby - mówi Damian Nartowski. 

I jak dodaje, że gdyby sądy zobowiązywały banki do przedstawiania swoich wyliczeń, które porównywane byłyby z wyliczeniami kredytobiorcy, a nie decydowały się na powoływanie biegłych, to procesy z jednej strony byłyby szybsze, z drugiej tańsze. 

- Kwestia zaliczki na opinie biegłego to jest od 1000 do 3900 zł. Słyszeliśmy też o takich przypadkach, w których przy prostych wyliczeniach związanych z kredytem, zaliczki sięgały kilku tysięcy złotych, a biegli podawali też - naszym zdaniem - absurdalną liczbę godzinę pracy - zaznacza mecenas.

Czytaj: Sądy częściej orzekną na korzyść frankowiczów>>
 

Rozwiązanie - mecenas Konieczny - wskazuje Kodeks postępowania cywilnego, podnosząc że to nie sąd ma dokonywać wyliczeń.  -Jest możliwe następujące rozwiązanie.  - My – czyli strona powodowa - przedkładamy wyliczenia, bank zazwyczaj je neguje. W wielu postępowaniach udało mi się jednak przekonać sędziego, że obowiązek wynikający z postępowania cywilnego, leżącego po stronie pozwanego ustosunkowania się do twierdzeń powoda, wymaga zarówno odniesienia się co do zasadności, jak i wysokości żądania. Zwykle bowiem banki kwestionują powództwo co do zasady i co do wysokości, nie odnosząc się konkretnie do tego drugiego albo kwestionując wyliczenia nie tyle ze względu na błędy rachunkowe, co ze względu na przyjęcie określonego założenia do wyliczeń, np. kredytu nieindeksowanego z pozostawieniem oprocentowania według formuły LIBOR + marża - dodaje. 

 


Z art. 230 Kodeksu postępowania cywilnego wynika, że gdy strona nie wypowie się co do twierdzeń strony przeciwnej o faktach, sąd, mając na uwadze wyniki całej rozprawy, może fakty te uznać za przyznane - czyli w tym przypadku uznać, że spór w zasadzie sprowadza się do zasady, a nie do wysokości żądania. Może też - jak dodaje Konieczny - korzystając z art. 212 par. 1 K.p.c. oraz art. 230 K.p.c. – zobowiązać pełnomocnika banku do szczegółowego odniesienia się do obliczeń przedstawionych przez kredytobiorcę, z których wywodzi on wysokość roszczenia, np. pod rygorem uznania tych wyliczeń za niekwestionowane. 

Obaj prawnicy przyznają, że bank przy swoich systemach i zasobach ludzkich staje się więc "najlepszym biegłym w tym zakresie", bo ma odpowiednie dane i w stanie "szybko i tanio to policzyć".