W zależności od szkoły różne jest podejście do maseczek. W samej Warszawie są takie placówki, gdzie bez maseczki uczeń nie wejdzie, a dyrektorzy wprost wskazują, że to taki sam obowiązek ucznia, jak przynoszenie choćby książek. W innych nauczyciele mają "zapasy" na czarną godzinę, czyli w celu poratowania zapominalskich.

Czytaj: Uprzejmie proszę o zwolnienie dziecka z COVID-19, bo tak stanowi konstytucja>>

 

Każdy sobie rzepkę skrobie

- Już pierwszego dnia poinformowano nas, że na stanie szkoły są płyny dezynfekcyjne i, że nauczycielki mają zapas maseczek jednorazowych, na wypadek gdyby któreś dziecko zapomniało. Z drugiej jednak strony wychowawczyni powiedziała, że dobrze byłoby gdyby dzieci swoje płyny nosiły, bo nie wiadomo kiedy szkolne zapasy się skończą. Z maseczkami też sytuacja nie jest do końca pewna - mówi mama 7-latki z warszawskie Ochoty.

 

 


Podobnie jest w jednej ze szkół na warszawskim Mokotowie. - Nasza pani również ma zapas maseczek, ale dostała jedynie 20 na 26 dzieci. W tej chwili ma już tylko 18, bo dwójka dzieci w pierwszym tygodniu zapomniała. Z drugiej strony jak ostatnio odprowadzałem syna, widziałem dzieci na korytarzu w czasie przerwy i może 40 proc. miało po pierwsze założone, po drugie poprawnie założone maseczki - mówi tata 8 -latka. - Sytuacja już jest weryfikowana. Do obostrzeń tak się podchodzi, że w mojej szkole szerzy się w najlepsze infekcja wirusowa. Ponoć nie COVID, ale w wielu klasach jest co najmniej kilkoro dzieci chorych, w domu - dodaje jedna z mam z Ochoty.   

 

RPO też zaniepokojony maseczkami

Tematem jest zresztą zaniepokojony także Rzecznik Praw Obywatelskich. W niedawnym wystąpieniu wskazywał, że rodzice skarżą się na wprowadzany w niektórych szkołach obowiązek korzystania przez dzieci z maseczek. Przypomina, że zgodnie z obowiązującym rozporządzeniem Rady Ministrów w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii, uczniowie co do zasady nie są objęci nakazem zasłaniania ust i nosa. - Przewidziano jednak możliwość wprowadzenia takiego ograniczenia przez "kierującego placówką". Wydaje się jednak, że nie rozwiązuje to problemu. Nie określono bowiem jakichkolwiek wskazówek, którymi osoba kierująca placówką ma się kierować przy wprowadzaniu takiego obowiązku. A w tej sytuacji będą powstawać zarzuty o arbitralność takich decyzji - dodaje. Rzecznik zwrócił się do dyrektor Departamentu Kształcenia Ogólnego MEN o stanowisko w obu tych sprawach.

  


W rozporządzeniu brak jednoznacznych wymogów

Dyrektor szkoły może nałożyć na uczniów obowiązek noszenia maseczek, jeżeli widzi taką potrzebę. Rozporządzenie takiego wymogu nie wprowadza, podobnie jak z podziałem klas - szkoły to zrobić "w miarę możliwości". - Rozważaliśmy, co zrobić z obowiązkiem noszenia maseczek i pierwotnie wskazaliśmy, że takiego obowiązku nie będzie. Natomiast tam, gdzie warunki szkolne, bardzo wąskie korytarze, wielkość szkoły bądź stan zagrożenia epidemicznego będzie wskazywał na to, że trzeba będzie podjąć jakieś dodatkowe środki ostrożności, to wtedy dyrektor chyba powinien zalecić osłony nosa i usta w miejscach wspólnych – w korytarzach, klatkach schodowych czy szatniach - mówił szef MEN przed rozpoczęciem roku szkolnego. Kancelaria premiera podkreślała natomiast, że do szkół  trafi 50 milionów maseczek i cztery miliony litrów płynu do dezynfekcji rąk.

Czytaj: Uprzejmie proszę o zwolnienie dziecka z COVID-19, bo tak stanowi konstytucja>>

 

- Tych maseczek i płynów starczy na kilkanaście dni - mówi Krzysztof Baszczyński, wiceprezes ZNP. - Co dalej, nie wiadomo. Nie znamy na razie nawet zasad zamówienia kolejnych zapasów płynu do dezynfekcji. Można spekulować, czy przepisy nie są skonstruowane tak miękko z rozmysłem - zobligowanie wszystkich uczniów do noszenia maseczek na terenie szkoły sprawiłoby, że to MEN lub resort zdrowia musiałyby zapewnić finansowanie  tego zadania. W ten sposób nie jest to doprecyzowane i nie do końca wiadomo, kto ponosi za to odpowiedzialność. Oczywiście samorządy kupują dla szkół maseczki i przyłbice, ale robią to kosztem innych zadań - tłumaczy wiceprezes ZNP.

 

Maseczkę u ucznia trudno wyegzekwować

- Jeśli ludzie wchodzą do tramwaju w maseczce, idą w niej po zakupy, to dlaczego uczniowie w wielkich skupiskach, jakimi są szkoły, mają chodzić bez maseczek? Prawo powinno być jednolite na terenie całego kraju. Oczywiście, będziemy apelować do uczniów o noszenie maseczek, ale tak naprawdę nic nie możemy, gdy uczeń powie, że ma prawo nie nosić. Nie możemy wyprosić go za drzwi, bo musi być w szkole, a my za niego odpowiadamy. Wystarczy dwóch takich "buntowników" w klasie i zaczyna się kłopot. Nie mamy możliwości dyscyplinowania. Nasze wewnętrzne procedury nie pomogą – mówił Prawo.pl Janusz Bęben, dyrektor Technikum nr 3 w Łodzi.

Pomóc dyrektorom ma obowiązująca od 2 września 2020 r. nowelizacja rozporządzenia dotycząca obostrzeń obowiązujących na terenie Polski w czasie epidemii. Na podstawie nowych przepisów dyrektor ma prawo nałożyć na ucznia obowiązek noszenia maseczki i jest to egzekwowane w tym samym trybie, jak w przypadku niezasłaniania ust i nosa w komunikacji miejskiej lub w sklepie. Praktyka pokazuje, że może być to problematyczne, bo część sądów kwestionuje konstytucyjność tych przepisów.

 

Pozew raczej bez sukcesu

Rodzice muszą zapewnić swoim dzieciom maseczki, ale nie muszą z własnej kieszeni finansować środków zabezpieczających dla szkoły - jeżeli ktoś od nich tego żąda, mogą się zwrócić z pytaniem do organu prowadzącego. Ewentualnie sprzęt może kupić rada rodziców, która: “w celu wspierania działalności statutowej szkoły lub placówki, może gromadzić fundusze z dobrowolnych składek rodziców oraz innych źródeł” (art. 84 ust. 6 zd. 1), o ile środki zabezpieczające da się zakwalifikować jako służące do realizacji zadań statutowych szkoły.

 


 

Jeżeli dziecko zachoruje na COVID-19, rodzic może próbować dochodzić od szkoły odszkodowania, jak jednak tłumaczy Prawo.pl Robert Kamionowski z kancelarii Peter Nielsen & Partners Law Office, będzie to sprawa trudna do wygrania. - Jeżeli chodzi o powództwo za narażenie dziecka na niebezpieczeństwo to teoretycznie można to zrobić – pozwanym będzie organ prowadzący lub sama szkoła, bo szkoła jest jednostką budżetową, a dyrektor nie ponosi tu odpowiedzialności osobistej. Ale nie będzie łatwo takiego procesu wygrać, przede wszystkim trzeba udowodnić, że do zakażenia doszło na terenie szkoły, a po drugie, że stało się bo w placówce ponieważ dopuszczono się złamania zasad – np. wytycznych sanepidu oraz wykazać, że pomiędzy tym złamaniem zasad a zakażeniem zachodził adekwatny związek przyczynowy - podkreśla prawnik.

Nawet więc, jeżeli udowodni się, że nauczyciele na dyżurze nie dopilnowali przestrzegania zasad, to trzeba jeszcze wykazać, że w tym czasie doszło do zakażenia COVID-19. Byłaby to dość karkołomna argumentacja, ponieważ dziecko wychodzi z domu i spotyka się z ludźmi nie tylko w szkole. Równie dobrze więc do zarażenia mogło dojść gdzie indziej.