Włącz wersję kontrastową
Zmień język strony
Włącz wersję kontrastową
Zmień język strony
Prawo.pl

Sośnierz: Obiecywanie pacjentom wszystkich świadczeń zdrowotnych jest fikcją

Konstytucja RP stanowiąca, że wszyscy mają mieć równy dostęp do świadczeń finansowanych ze środków publicznych nie oznacza, że mamy prawo do wszystkich świadczeń zdrowotnych, jakie istnieją. Przecież z tego obowiązku państwo jeszcze nigdy się nie wywiązało, choć formalnie obowiązuje ustawa o koszyku świadczeń gwarantowanych. To fikcja, gdyż obiecuje się pacjentom wszystkie świadczenia, nie bilansując tego z zasobami - uważa Andrzej Sośnierz, ekspert w dziedzinie ochrony zdrowia, były prezes Narodowego Funduszu Zdrowia.

Sośnierz: Obiecywanie pacjentom wszystkich świadczeń zdrowotnych jest fikcją

Józef Kielar: Czy w Polsce istnieje jeszcze ubezpieczeniowy system ochrony zdrowia skoro bez dotacji z budżetu państwa mógłby zbankrutować ? Wydajemy bowiem na funkcjonowanie NFZ około 200 miliardów złotych, czyli dwukrotnie więcej, niż w latach 2017 – 2018, ale liczba procedur i obsłużonych pacjentów jest porównywalna, a czas oczekiwania na wiele świadczeń jest wciąż bardzo długi?

Andrzej Sośnierz:  Sprawa wygląda jeszcze gorzej. W Polsce po drugiej wojnie światowej tak naprawdę nigdy nie zafunkcjonował system ubezpieczeniowy. Próba jego wprowadzenia - nawet w ograniczonej formie w 1999 r. - szybko się zakończyła. Nawet wcześniej, przed utworzeniem NFZ, który tak naprawdę zakończył proces likwidacji kas chorych, stopniowo różnymi decyzjami deformowano ten system. Po prostu w głowach Polaków nie mieści się sytuacja, że może funkcjonować system, w którym minister zdrowia czegoś nie może. Społeczeństwo oczekuje, że przyjedzie minister, zobaczy i zarządzi, a przede wszystkim  sypnie groszem. Spotkałem się z tym, gdy byłem prezesem NFZ, a wcześniej lekarzem wojewódzkim w Katowicach i dyrektorem Śląskiej Regionalnej Kasy Chorych. Jeśli w jakiejś placówce medycznej wystąpił problem, miałem w zwyczaju wsiąść do samochodu i sam podczas krótkiej, nieoficjalnej wizyty rozpoznać na miejscu, o co chodzi. Gdy byłym prezesem NFZ zacząłem robić to samo. Na wstępie każdej wizyty pytano mnie, czy przyjechałem sam. Najpierw to ignorowałem, ale w końcu zapytałem, o co chodzi? Okazało się, że wizytowani oczekują, że przyjadę w otoczeniu ważnych, podległych mi urzędników. Wskazywano biskupa, za którym jeden niesie brewiarz, drugi otwiera drzwi. Wróciłem do swojego biura i ze śmiechem opowiedziałem: „Słuchajcie, oni ode mnie oczekują, że będę przyjeżdżał ze świtą”. Na co uzyskałem odpowiedź: „No tak, oni mają rację, a pan tak jeździ jak jakaś sierota”. I od tego czasu starałem się zabierać do samochodu jakąś świtę. To jest właśnie Bizancjum. Tak więc system ubezpieczeniowy, a tym bardziej, jeśli zdecentralizowany, w którym minister lub prezes nie może sypnąć groszem, jest trudny do przyjęcia w Polsce. Ci, którzy nieraz wypowiadają sądy, że system ubezpieczeniowy w Polsce się nie sprawdził, po prostu nie wiedzą, o czym mówią wykazując się wielką ignorancją. Uważam, że powinniśmy jednak spróbować, gdyż aktualny, scentralizowany system jest całkowicie dysfunkcjonalny i w dużym stopniu marnuje pokaźne pieniądze, którymi dysponuje. Sądzę, że część społeczeństwa poparłaby takie zmiany, a to, że poprzednia próba została tak szybko zakończona nie było jednak dziełem społeczeństwa, lecz tych, którzy skutecznie manipulowali nastrojami, widząc, że wszechwładza nad pieniądzem wymyka im się z rąk.

 

Czy podziela Pan opinię niektórych ekspertów, że mimo wszystko system jest optymalny, biorąc pod uwagę m.in. jego zasoby i możliwości organizacyjne?

Taka opinia to jak gdyby powiedzieć, że jest źle, ale zawsze może być jeszcze gorzej, więc cieszmy się tym, co mamy i nie ruszajmy tego. No cóż, taki minimalizm też bywa czasem uzasadniony - kiedy wysłuchuję niektórych tzw. ekspertów, to może i lepiej, aby nic nie robili. Niektórzy wskazują, że w porównaniu do wysokości środków finansowych z oficjalnych źródeł, czyli ze składki zbieranej przez ZUS i przekazywanej do NFZ, wyniki działania naszej ochrony zdrowia nie są jednak najgorsze. Ale przy tych opiniach nie biorą pod uwagę drugiego, silnego źródła zasilania ochrony zdrowia jakimi są przychody oficjalne i nieoficjalne. Przecież na końcowy rezultat funkcjonowania ochrony zdrowia wpływa cały prywatny sektor w części finansowanej tylko z kieszeni pacjenta, wpływają liczne nieoficjalne środki i te „znad stołu” i te „spod stołu”, wpływają wszystkie środki za leki, a nawet wydatki na suplementy diety, które też mają przecież jakiś wpływ. Dopiero, gdy to wszystko podliczymy, będziemy mieć porównanie tego, jakie środki przeznaczamy na zdrowie, a jakie uzyskujemy rezultaty. Sądzę, że mamy jednak do czynienia z gigantycznym marnotrawstwem niedostrzeganym przez polityków, a socjaliści cieszą się, że przy tak niskich nakładach uzyskują średnie rezultaty, gdyż oni - jak to oni - zawsze widzą tylko fragment prawdy.

 

Fundamentalna zasada reformy ochrony zdrowia z 1999 r. polegała m.in. na tym, że ubezpieczenie zdrowotne gwarantuje wszystkim ubezpieczonym – bez względu na wysokość opłacanej składki - kompleksową pomoc medyczną w zależności od potrzeb zdrowotnych. Czy konstytucyjna zasada, że wszyscy mają równy dostęp do tych samych świadczeń opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych pozostała tylko na papierze?

Zasada konstytucyjna jest zachowana, czyli wszyscy mają te same trudności z dostępem do świadczeń. Problem jednak w tym, że ci którzy mają większe zasoby finansowe łatwiej te trudności pokonują. A jeśli już odwołał się Pan do Konstytucji, to chciałbym zwrócić uwagę, że zapis konstytucyjny stanowi o tym, że wszyscy mają mieć równy dostęp do świadczeń finansowanych ze środków publicznych, a nie do wszystkich świadczeń zdrowotnych jakie istnieją. To oznacza, że ze środków publicznych nie trzeba – zgodnie z Konstytucją - finansować wszystkich świadczeń, co jak gdyby automatycznie nakłada na władze państwowe konieczność określenia, które świadczenia będą finansowane ze środków publicznych, a które nie i z tego obowiązku państwo jeszcze nigdy się nie wywiązało, choć formalnie mamy ustawę o koszyku świadczeń. To jest ustawa fikcyjna, gdyż tak naprawdę obiecuje wszystkim wszystko, ale nie bilansuje tego z zasobami. Generalnie prawie wszystkie systemy ubezpieczeniowe, niezależnie czego dotyczą, działają na zasadzie solidaryzmu. Wszyscy składają się na odszkodowanie, które otrzymują tylko ci, którym przydarzyło się jakieś zdarzenie objęte ubezpieczeniem. I tutaj ponownie wracamy do koszyka świadczeń. Nikt nie kwestionuje tego, że ubezpieczalnie odpowiadają tylko za te świadczenia, które są objęte umową. Tylko w ubezpieczeniu zdrowotnym ta zasada ciągle nie może się przebić. Powrót do systemu ubezpieczeniowego, na przykład w wydaniu kas chorych, to kolejny powód, żeby w końcu uporządkować zakres świadczeń, które publiczny system opieki zdrowotnej gwarantuje obywatelom. No tak, ale to wymaga pewnej odwagi i powiedzenia w końcu otwarcie, że te świadczenia gwarantujemy, a tamtych nie. Nasza klasa polityczna cechuje się przede wszystkim tchórzostwem, oni po prostu chcą trwać wiecznie na tych swoich synekurach, ciągle chcą, aby ktoś niósł za nimi teczkę, a ktoś inny otwierał drzwi i dlatego nie chcą się narażać i powiedzieć społeczeństwu prawdy.

  

 

Czy faktycznie składka zdrowotna oparta jest na zasadzie solidaryzmu społecznego, skoro nie płacą jej służby mundurowe, sędziowie, prokuratorzy, a rolnicy w niewielkiej wysokości?

Dotyka Pan istotnego problemu. Niestety, również przy wprowadzaniu systemu kas chorych popełnione zostały pewne błędy. Do końca nie stworzono systemu zbierania składek, gdyż  były pewne grupy społeczne lub zawodowe, dla których przyjęto rozwiązania doraźne zostawiając ten problem do późniejszego rozwiązania. I tak, na przykład, powstał problem, kto ma płacić składkę za pracowników, których zatrudnia państwo, czyli np. służby mundurowe, czy sędziów. Ten problem jednak rozwiązano. Za grupy funkcjonariuszy państwowych składkę zdrowotną opłaca państwo. Natomiast wielki problem powstał w przypadku składki zdrowotnej opłacanej przez rolników. Przed 2012 r. budżet państwa opłacał ją bowiem za wszystkich rolników, niezależnie od wielkości gospodarstwa. Zakwestionował to Trybunał Konstytucyjny. Problem nie został jednak do końca rozwiązany. Obecnie rolnicy posiadający powyżej sześciu hektarów (z wyjątkiem działów specjalnych produkcji rolnej) płacą składkę miesięczną w wysokości złotówki od hektara przeliczeniowego. Natomiast za tych, którzy mają mniej, niż sześć hektarów, płaci budżet państwa. Niech państwo płaci za tych ubezpieczonych taką stawkę, aby była ona taka, jaką płacą średnio inni obywatele. Czy rolnik to gorszy obywatel? Przy takim niezrozumieniu tego, skąd biorą się pieniądze na ochronę zdrowia, ostatnio pojawiają się głosy, aby w ogóle zlikwidować składkę zdrowotną, a finansowanie ochrony zdrowia całkowicie przenieść do budżetu państwa, jednocześnie likwidując i tak już szczątkowy system ubezpieczeniowy. To naprawdę głupie pomysły. Przecież to właśnie dzięki temu, że mamy składkę zdrowotną wpływy pieniędzy do NFZ są stabilne. W naszej sytuacji niskich kompetencji klasy politycznej taki sposób finansowania NFZ jest po prostu bezpieczny, gdyż - czy oni chcą, czy nie chcą - pieniądze w określonej kwocie trafiają do budżetu NFZ i żaden działacz tego nie może zmienić. Jeśli wysokość finansowania będzie ustalana w corocznie uchwalanej ustawie budżetowej, wtedy zacznie się wielkie gmeranie przy tym budżecie i wysokość kwoty, która będzie wpływać do NFZ będzie ustalana dowolnie, doraźnie. Składki zdrowotnej należy więc bronić jak niepodległości. Za utrzymaniem systemu ubezpieczeniowego, a wręcz za jego wzmocnieniem przemawia również i taki argument, że niezależna kasa chorych mogłaby się upomnieć o to, aby państwo chcąc ubezpieczać rolników płaciło za nich realną, uczciwą stawkę. Przy aktualnym podporządkowaniu tych marionetek, jakimi stali się dyrektorzy oddziałów NFZ, nikt z nich nawet się nie zająknie w tej sprawie, gdyż zaraz go odwołają i na tym skończy się jego „kariera”.

 

Co jest, a co nie powinno być, finansowane ze składki zdrowotnej?

To jest właśnie pytanie o koszyk świadczeń. Dopóki obracamy się w sferze słów i deklaracji, to wielu polityków i ekspertów potwierdza, że taki koszyk jest potrzebny, ale kiedy przychodzi do realizacji, wtedy wszyscy zawijają ogon pod siebie i tworzą taki koszyk jak właśnie obowiązujący, czyli wszystko. Jeśli nie stać nas na odwagę, to skopiujmy po prostu jakiś koszyk z innego państwa np. z Niemiec albo Holandii. Dla asekurantów zawsze to bezpieczniej powołać się na jakieś inne państwo. Obliczmy, ile pieniędzy potrzeba na sfinansowanie świadczeń zawartych z koszyka, to jest naprawdę do zrobienia, i ustalmy wysokość składki zdrowotnej na takim poziomie, aby pieniędzy starczyło. Proste? Proste!

 

Czy w ograniczeniu wynagrodzeń w publicznej ochronie zdrowia należy szukać oszczędności skoro według Krzysztofa Bukiela, byłego przewodniczącego OZZL lekarze walczyli o nie kilkadziesiąt lat?

Zajmowanie się sprawą wysokości wynagrodzeń i istniejących w tej chwili wysokich kominów płacowych, to zajmowanie się problemem od niewłaściwej strony. Przecież to, że powstały takie kominy, to rezultat, a nie jakaś przypadłość, która spadła na nas jak grom z jasnego nieba. Jest to nieuchronny i przewidywalny rezultat szeregu decyzji podejmowanych przez rządzących Polską socjalistów, którzy chcąc „dobrze” uzyskali rezultaty „jak zwykle”. To jest w ogóle problem, że gdy wystąpią zjawiska negatywne, nie analizujemy, które nasze decyzje je spowodowały i z których decyzji należy się wycofać, tylko wydajemy następne, nowe, jeszcze lepsze decyzje. Czy słyszał ktoś analizę tego, co zrobiliśmy źle? Nie. My zawsze dobrze mówimy, dobrze chcemy, dobrze robimy. A rezultat? Przecież te wysokie wynagrodzenia, które teraz denerwują polityków, to rezultat działania kilku aktów prawnych, w tym wymogów kadrowych stawianych przez NFZ (a tak naprawdę ministra zdrowia) placówkom medycznym, to też rezultat ustawy o sieci szpitali oraz ustawy o najniższych wynagrodzeniach. Czy ktoś postuluje, aby te przyczyny usunąć? Nie. Oni nawet często nie rozumieją, dlaczego te akty prawne tak zadziałały. Powstaje natomiast nowy, głupi pomysł, aby uchwalić ustawę o najwyższych wynagrodzeniach. Więc ja podpowiem następną głupią ustawę, gdy będziemy już mieli ustawę o najniższych i o najwyższych wynagrodzeniach, to uchwalmy jeszcze ustawę o tym, co pomiędzy. Sejm będzie miał zajęcie.

 

 

Środowiska związane z Lewicą proponują m. in. wprowadzenie 12 proc. podatku zdrowotnego liczonego od podstawy opodatkowania PIT/CIT, podatku tłuszczowego oraz przekierowaniu 80 proc. akcyzy z alkoholu bezpośrednio do NFZ. Co Pan na to?

Tego nawet nie chce mi się komentować. Podnoszenie podatków to specjalność lewicy. Poza tym, nie o takie pieniądze chodzi i czy budżet ubezpieczyciela to ma być jakaś składanka? A kiedy już tak poruszamy się w oparach absurdu, to podsunę jeszcze inny pomysł, podatek od oddychania. To tak trochę w duchu aktualnych trendów. Przecież oddychając emitujemy do atmosfery dwutlenek węgla i w ten sposób szkodzimy planecie. Może dostanę za to nagrodę od Grety Thunberg.

 

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Linki w tekście artykułu mogą odsyłać bezpośrednio do odpowiednich dokumentów w programie LEX. Aby móc przeglądać te dokumenty, konieczne jest zalogowanie się do programu. Dostęp do treści dokumentów LEX jest zależny od posiadanych licencji.

 

Polecamy książki prawnicze o tematyce zdrowotnej