Katarzyna Kubicka-Żach: Jak oceni pan samorząd z perspektywy małych miast – co się przede wszystkim udało i zmieniło sytuację mieszkańców na korzyść? Niedawno obchodziliśmy rocznicę 30-lecia.


Artur Tusiński, burmistrz Podkowy Leśnej, prezes Unii Miasteczek Polskich: Najważniejszy element upodmiotowienia samorządów to przekazanie im władztwa nad majątkiem, własnych finansów i nadanie osobowości prawnej. Potem powoli kształtował się proces decyzyjny, który skutkuje budżetami obywatelskimi, zaangażowaniem społecznym i identyfikacją mieszkańców danego obszaru z własnymi sprawami, co przekłada się na ich zaufanie do samorządu jako instytucji.

 

Dlaczego władztwo nad majątkiem jest tak ważne?

Własność to pełne prawo do rozporządzania majątkiem w ramach autonomicznych decyzji rad gmin. Nikt nie wie lepiej, co jest potrzebne mieszkańcom i nikt nie jest w stanie trafniej wydać pieniędzy na zaspokojenie tych potrzeb, niż samorząd, a to przecież mieszkańcy. Każde zarządzanie centralne, bez względu na szczebel, a już zwłaszcza zarządzanie z perspektywy Sejmu, który ingeruje w nawet te najdrobniejsze kwestie życia lokalnych społeczności, jest złe. Są rozwiązania ogólne, które mogą zadowolić część samorządów. Jednak społeczności lokalnych jest prawie 2,5 tysiąca, najważniejsze jest więc, żeby we własnym gronie mogły one w pełni odpowiedzialnie decydować o tym, co mają zrealizować obecnie, i w którą stronę chcą dążyć. Stąd tak dużą uwagę zwracają samorządy na dokumenty strategiczne, takie jak strategia rozwoju gminy.

 


Czyli ważne jest też uczestnictwo społeczności lokalnej w zarządzaniu jednostką?

Tworzenie strategii rozwoju jest dzisiaj procesem uspołecznionym. Jeszcze na początku, w latach 90. i po roku 2000 włodarze gmin zatrudniali zewnętrznych ekspertów do ich opracowywania. Powstawał dokument burmistrza, radnych i ekspertów. Dzisiaj nie wyobrażam sobie i nie słyszałem, żeby nie był to bardzo uspołeczniony i partycypacyjny proces, począwszy od ustalania reguł.

 

Rozumiem, że mieszkańcy chcą brać w nim udział, ale samorząd musi ich poinformować czy zaprosić?

Jak najbardziej, bez dobrej informacji, dwukierunkowej komunikacji, nic się nie zadzieje. Bez udziału mieszkańców, zarządzanie gminą przypomina sposób działania rad narodowych z lat 80., kiedy przyjeżdżał naczelnik i wraz z nim nakreślone przez niego zadania. A wiemy, że niekoniecznie musiały one odpowiadać lokalnej społeczności.

 

Co jeszcze się udało?

Bliski dystans pomiędzy ośrodkiem decyzyjnym, a potrzebami mieszkańców. W małych miejscowościach my wszyscy się świetnie znamy i dużo o sobie wzajemnie wiemy. Sprawstwo i szybkość reakcji są bardzo istotne w codziennym zarządzaniu.

 

A co najbardziej ogranicza samorządność – brak pieniędzy czy odbieranie kompetencji? Które z takich działań są najbardziej dotkliwe? Czego nie udało się dotąd zrealizować?

Nie udało się dokonać trzeciego etapu reformy, który miał być zwieńczeniem całego procesu, czyli oddania całego władztwa nad stanowieniem lokalnego prawa wspólnotom lokalnym. O kształcie i zasadności przeprowadzonych przez samorządy inwestycji infrastrukturalnych decydują mieszkańcy.

Bez względu na to czy dzieje się to za sprawą wybranych radnych, czy osób udzielających się w procesie konsultacyjnym. Według mnie brakuje dwóch rzeczy: pełnej niezależności finansowej od arbitralnych decyzji zapadających poza samorządem i tego, żeby prawo dotyczące lokalnych społeczności mogło w największym zakresie być stanowione w gminach. To konflikt pomiędzy centralizacją, a procesem demokratyzacji na najniższym szczeblu. 

Czytaj też: Olgierd Geblewicz: Samorządom nie powinno odbierać się kompetencji>>

 

Zgadza się pan, że dochodzi do recentralizacji?

Absolutnie. Proces decentralizacji jest cofany. Oprócz zabierania samorządom kompetencji, jest to też stanowienie prawa, które z jednej strony przyznaje nam jakieś kompetencje, z drugiej ogranicza je. To na przykład ustawa umożliwiająca gminom wprowadzanie czasowego zakazu handlu alkoholem, która wskazała jednocześnie ramy, w jakich samorząd może się poruszać. Mogliśmy sobie na przykład ustalić, że ograniczamy handel do 22. Jednak wiele gmin turystycznych chciałoby mieć prawo bardziej dopasowane do swoich potrzeb. W moje gminie uznaliśmy, że 21 byłaby lepszą godziną.

Inne bardzo drastyczne przykłady to stawki za wodę według regulatora ustalonego przez Wody Polskie czy ceny za odbiór i zagospodarowanie odpadów, gdzie każda nowa regulacja zabiera możliwość swobodnego kształtowania systemu samorządom i wprowadza coraz większy chaos.

 

Samorząd napotyka w swym działaniu na wiele przeszkód, barierą jest też złe prawo. Które przykłady są Pana zdaniem najbardziej problematyczne i jak można je usunąć?

Brak stabilności prawa i niestabilna wykładnia są dużym problemem. Kiedy orzecznictwo jest ustabilizowane i jednokierunkowe, proces jest zrozumiały i powoli wszyscy zaczynają się do niego stosować. Brak stabilności i znaczne różnice interpretacyjne powodują, że nie wiemy na czym stoimy, a dotyczy to też mieszkańców. Tymczasem interpretacje i orzeczenia organów nadzoru są różnorodne, uchwała jednej rady gminy i drugiej o tej samej treści są często traktowane różnie, to widać po decyzjach wojewodów i regionalnych izb obrachunkowych.

Jednolitości brakuje, to jest bolączka dla gmin i innych jst oraz urzędów. Ciągłe zmiany prawa, orzecznictwa czy jego wykładni w połączeniu z coraz częstszymi próbami „ręcznego” sterowania procesem administracyjnym, wprowadza chaos. Coraz gorzej merytorycznie przygotowane są także kadry oceniające akty prawa miejscowego w jednostkach nadzoru prawnego. Pisma są często kompletnie niezrozumiałe i niezgodne z prawem. Pokazała to m.in. wysyłana przed 10 maja „prośba” wojewody o udostępnienie danych mieszkańców na cel  wyborów. Czyli „wymuszanie” zachowań i działań niezgodnych z prawem.

 

Jakie sfery działania samorządu wymagają według pana najszybszego usprawnienia i co uważa Pan za największe zagrożenie w przyszłości?

Problemy finansowe samorządów narastają. Decyzje dotyczące zmniejszania obciążeń podatkowych są potrzebne, ale one uderzają potem także w tych mieszkańców, bo nie mają możliwości  gospodarowania tą utraconą kwotą, jaka była wcześniej w budżecie, na zaspokojenie swoich potrzeb. Samorząd jest w dużej mierze oparty na wpływach z podatków lokalnych. Są one bardzo ustrukturyzowane i nie mamy możliwości pełnej swobody ich regulacji, bo wszędzie są rygorystyczne widełki. Ogranicza nam się duży komponent, jakim jest wpływ z podatków od dochodów PIT.

Dalej oświata – coraz gorsze rozwiązania, z roku na rok coraz mniej nam się przekazuje pieniędzy, a rosną wymagania i nakłady, płace nauczycieli i świadomość w edukacji. Wiele gmin dokłada drugie tyle do subwencji oświatowej, a w wielu gminach subwencja nie starcza na pensje nauczycielskie.

 

Czytaj też: Andrzej Płonka: Samorząd jeszcze spełnia swoją rolę>>

 

Co jest najważniejsze z perspektywy małych miasteczek?

Na dzień dzisiejszy to debata o finansach, kryzys pokazał słabość całego systemu. Ujawniła się zachłanność jednej strony, strony rządowej, która ma wszystkie narzędzia i bezradność drugiej - samorządowej. Spadek dochodów w kwietniu nie ma uzasadnienia ekonomicznego, powinien on nastąpić praktycznie pod koniec maja, a my powinniśmy odczuć te braki dopiero w czerwcu. Ministerstwo Finansów przedstawia prognozy dochodów samorządów na  podstawie sytuacji sprzed 2 lat. W 2018 r. wzrosły one znacznie, w 2019 r. jeszcze bardziej, wygląda więc to tak, jakby strona rządowa finansowała swoje wydatki z wydatków mieszkańców, czyli  kredytowała się nie swoimi pieniędzmi. Wymaga to zmiany systemu redystrybucji podatków, cyfryzacji i technologii, istnieje możliwość rozliczenia PIT-u lokalnego i nie powinny zdarzać się takie sytuacje.

 

Jak się mają braki kadrowe w samorządach do ewentualnej konieczności zwolnień czy ograniczeń wynagrodzeń pracowników?

 

Braki kadrowe w samorządach niestety są, każdy samorząd prowadzi własną gospodarkę finansową, jeśli rosną nam wydatki bieżące, to bardzo często je tniemy, też oszczędzamy na administracji. Nakaz odgórny, żeby obniżać pensje pracownikom, kiedy mówiło się o podwyżkach koniecznych w samorządach, jest nieuzasadniony. W mojej gminie długie lata np. szukaliśmy fachowca od dróg, nie zgłosił się nikt kto chciałby pracować za pieniądze które jesteśmy w stanie zaoferować, dotąd go nie mamy. Zwyczajnie nie stać nas jest na dobrego fachowca, przegrywamy walkę o pracownika z rynkiem.

Każdy samorząd będzie musiał podjąć decyzję indywidualnie, w zależności od swojej sytuacji. Nie zamierzam, obcinając pensje, w ten sposób karać pracowników, choć pewnie nie będzie nagród czy premii, cięcie pensji jest ostatecznością, szczególnie gdy słyszy się o tych niebotycznych kwotach pensji, nagród, odpraw i premii w administracji rządowej.

Można postawić pytanie, czy jeśli w każdym roku dokładamy 30-40 proc. do pensji nauczycieli, to w pierwszej kolejności powinniśmy zrezygnować z tych wydatków z naszego budżetu? Nie, musimy znaleźć rozwiązanie, a w tej walce dzisiaj jesteśmy osamotnieni. Rząd ma zupełnie inne priorytety.