Katarzyna Arasiewicz: System orzeczniczy sabotuje sam siebie
W przypadku oczywistych chorób przewlekłych i genetycznych, dobrze udokumentowanych medycznie, komisje mogłyby orzekać zaocznie, a pacjenci otrzymywać orzeczenia na stałe. Tymczasem system sabotuje sam sobie. Orzecznicy mają możliwość wydawania orzeczeń na dłuższy okres, ale rzadko z niej korzystają. To pozwoliłoby odciążyć system i uwolnić wiele zasobów – mówi w rozmowie z Prawo.pl Katarzyna Arasiewicz, prawniczka z Kancelarii Meritum Katarzyna Arasiewicz i mediatorka przy Sądzie Okręgowym we Wrocławiu.

Beata Dązbłaż: W internecie nie brakuje porad, jak przygotować się do komisji orzeczniczej. Niektóre z nich sugerują, by nie wyglądać zbyt dobrze, ubrać się skromnie, zrezygnować z makijażu czy pokazać zmęczenie. Za chwilę wrócimy do tego, skąd biorą się takie rady. Najpierw jednak zapytam: co na ten temat mówi prawo? Jak najlepiej przygotować się do komisji orzeczniczej?
Katarzyna Arasiewicz: Ciężko jest rozmawiać o czymś, co nie działa. Sama usłyszałam na spotkaniu w Ministerstwie Rodziny z ówczesnym pełnomocnikiem rządu ds. osób niepełnosprawnych Łukaszem Krasoniem, że polskie orzecznictwo to truchło i nie warto o nim rozmawiać. W takim sensie, aby nie rozmawiać o tym, co nie działa, ale mówić o zmianach i propozycjach tych zmian.
Uważam, że należy zrobić wszystko, żeby oddolnie zmienić sposób orzekania w komisjach orzeczniczych i podejście samych orzeczników do osób z niepełnosprawnościami i ich opiekunów. I nie da się zrobić tego przepisami prawa, bo ono nie mówi, czy się malować na komisję, czy nie. Prawo to życie, a życie to prawo, ale nie wszystkie aspekty życia reguluje prawo. To nie zawsze jest jedyny środek, który powinien być zastosowany.
Rzeczywiście w sieci krąży wiele mitów o tym, jak się przygotować do komisji orzeczniczej i na co orzecznicy zwracają uwagę. Ale te mity powinny zostać obalone właśnie oddolnie, żeby orzecznicy nie zwracali uwagi na to, jak ktoś wygląda, czy jest zadbany. Orzecznicy powinni zwracać uwagę na dostarczone dokumenty. Na ich podstawie powinni się przygotować do komisji. Orzecznik w komisji powinien być wybrany adekwatnie do schorzenia, o którym orzeka – tak mówi rozporządzenie w sprawie orzekania o niepełnosprawności i stopniu niepełnosprawności.
Czytaj w LEX: Orzecznictwo o niepełnosprawności - poradnik na przykładach >
Ale często tak nie jest.
Niestety, i wszyscy o tym doskonale wiedzą. Nawet najlepiej przygotowany wniosek o orzeczenie czy merytoryczne odwołanie nie zawsze przynoszą określony skutek, bo komisje orzecznicze mają swój tajny system, który potrafi nie orzec niepełnosprawności osobie z wadą genetyczną, jak np. zespół Downa czy dystrofia mięśniowa Duchenne’a. Co w efekcie skutkuje odwołaniem do sądu i przedłużeniem oczekiwania na orzeczenie, bez należnych świadczeń!
Oczywiście do komisji należy przygotować się jak najlepiej pod względem merytorycznym, zarówno w zakresie schorzenia i niepełnosprawności, jak i ich wpływu na codzienne funkcjonowanie. Proszę mi wierzyć, że rodzice dzieci z niepełnosprawnościami oraz osoby ubiegające się o orzeczenie robią to. Są coraz lepiej wyedukowani i przygotowani.
Jednak wiele osób wychodzi z komisji z płaczem, bo przez kilka dni nie mogą pogodzić się z tym, że komisja nie uznała ich merytorycznej argumentacji i nie przyznała orzeczenia w ogóle albo przyznała je bez punktów, które pomogą dziecku w rehabilitacji i leczeniu. Jeśli odwołują się tylko od jednego punktu, którego nie przyznano w orzeczeniu, a komisja nie przyznaje orzeczenia w ogóle – często są w szoku. Zgłaszają się do mnie w kwestii odwołania dopiero po wielu dniach, nadal nie dowierzając.
W takich sytuacjach mam wrażenie, że system naprawdę nie działa. Często decyzje komisji są niczym nieuzasadnione, na zasadzie „kopiuj-wklej”. Nierzadko jest to po prostu błąd, co bardzo trudno wytłumaczyć osobom starającym się o orzeczenie, a bez odwołania nie da się tego cofnąć.
Czytaj też w LEX: Nowe uprawnienia pielęgniarek i fizjoterapeutów w zakresie orzecznictwa >
Bardzo często opiekunowie i osoby z niepełnosprawnościami mówią, że czują się upokorzeni po komisji. Starsze dzieci, które więcej rozumieją, także to czują i często nie chcą iść na komisję. Szczególnie jeśli powtarza się ona co rok, dwa, trzy lata – a tak jest bardzo często. Z czego wynika to upokorzenie? Te dobre rady krążące po internecie być może wynikają z tego, aby się przed nim uchronić.
Uważam wręcz, że wytwarza się czasami trauma pokoleniowa. System nie dba o osoby w najtrudniejszym położeniu i zawodzi ich. Podwójny zawód jest wtedy, gdy na komisji czujemy się rozumiani, ktoś zainteresował się faktycznie naszą sytuacją, ale orzeczenie tego nie uwzględnia. Albo ktoś nie dostaje orzeczenia wcale, albo na bardzo krótki okres.
W zeszłym tygodniu pisałam odwołanie osobie powyżej 16. roku życia od daty ważności orzeczenia, przy widocznej wadzie genetycznej, która się nie cofnie. To jest akurat sprawa w ZUS-ie. Orzeczenie wydano na rok. Dla lekarzy, rodziców, samej osoby oczywiste jest, że choroba będzie postępować, wywoływać dalsze skutki zdrowotne, ale dla orzeczników - nie. I to jest sprzeczne z przepisami obowiązującego prawa – skracanie okresów ważności orzeczeń przy wadach genetycznych i chorobach przewlekłych, nieuleczalnych.
Należy iść w tym kierunku zmiany systemu – zgodnie z wiedzą medyczną, aby uznać, że choroby nieuleczalne, przewlekłe, które niosą za sobą choroby współistniejące, nie znikną – i uwzględnić to w systemie orzecznictwa.
Dlatego mówię o oddolnych zmianach – należy robić wszystko, aby komisje orzecznicze i organy nadzoru nad nimi, mieli świadomość, że starający się o orzeczenie są świadomi tego, jak ich choroba wpływa na ich funkcjonowanie, leczenie i terapię. Są wyedukowani, jeśli chodzi o ich chorobę i funkcjonowanie w związku z nią.
W odwołaniach podkreślam zawsze, ile czasu trzeba poświęcić na rehabilitację, opiekę, pomoc, dowożenie, zajęcia dodatkowe, wsparcie. Wierzę, że to wpływa na zrozumienie przez orzeczników sytuacji tych osób aby nie wydawali absurdalnych decyzji. Wierzę, że pewne rzeczy można oddolnie naprostować, żeby coś weszło w kanon orzecznictwa. Na przykład, że osoby z wadami genetycznymi będą dostawać orzeczenia na stałe, adekwatnie do naruszenia sprawności organizmu, ponieważ osoba z zespołem Downa nie posiądzie wiedzy matematycznej, a chory z dystrofią mięśniową Duchenne’a nie cofnie z czasem zaniku mięśni, pomimo rehabilitacji.
Czy prawo chroni przed takim stwierdzeniem, które zacytuję za matką, która usłyszała je na komisji orzekającej swojego dziecka – że świadczenie pielęgnacyjne jest jej chyba potrzebne na paznokcie, bo miała je pomalowane i zadbane. Co rodzic może zrobić w takiej sytuacji? Jak się bronić? Bo czy to jest tylko zwykły brak kultury i empatii?
Nie wierzę, że taka wypowiedź orzecznika znalazłaby się w protokole po komisji. A wtedy nie można wnieść zarzutów do tego protokołu. Ciężko zakwalifikować takie stwierdzenie, bo nie jest obraźliwe, wulgarne i nie jest hejtem. A równocześnie jest to sugestia, że nie należy się świadczenie, bo ktoś w opinii orzecznika wyda je np. właśnie na paznokcie. Gdyby padło na komisji coś obraźliwego, wulgarnego albo hejt, wtedy można złożyć zawiadomienie do prokuratury i wszcząć procedurę karną. Ale nie wierzę, by rodzicie mieli na to siły i czas.
To też wskazuje na to, że system zawodzi, bo nie ma w takiej sytuacji linii obrony. Zawsze można poskarżyć się przewodniczącemu zespołu orzeczniczego. Ale w sytuacji, gdy orzeczników brakuje i przewodniczący zabiegają o nich, nie można mieć gwarancji skuteczności takiej skargi.
Czy osoba starająca się o orzeczenie w powiatowym zespole ma prawo otrzymać protokół po posiedzeniu komisji orzekającej? Co w takim protokole powinno się znaleźć, czy prawo to reguluje? Wiele osób komentuje, że w protokołach nie ma żadnych wartościowych informacji po komisji.
Oczywiście ma takie prawo w powiatowym czy miejskim zespole, podobnie jak w wojewódzkim zespole, jak również ma prawo wglądu do akt, przy odwołaniu do sądu, ponieważ na każdym etapie jest stroną postępowania. Dlatego też powiedziałam, że zapewne takie zdanie o świadczeniu na paznokcie nie znalazłoby się w protokole po komisji. Po drugie – często bardzo długo trzeba czekać, aby dostać protokół po komisji. Na odwołanie jest 14 dni, dlatego protokół powinien być przesłany niezwłocznie. Przepisy mówią ogólnie o tym, co ma się w nim znaleźć, tj. notatka z przebiegu komisji i wnioski, ale nie ma szczegółowych wskazań. Więc jeśli orzecznik zada nieadekwatne pytanie na komisji, to nie znajdzie się ono w protokole. Dlatego osobom, które się odwołują, nawet nie polecam starania się o ten protokół. Chyba że na komisji wydarzyło się coś, co ewidentnie nadaje się do skargi lub zawiadomienia.
O co rodzic ma prawo się ubiegać, jeśli chodzi o sam przebieg komisji? Czy może żądać obecności lekarza o specjalizacji, która dotyczy niepełnosprawności i choroby dziecka, żeby np. choroby rzadkiej i funkcjonowania, które jest jej konsekwencją, nie oceniał okulista? Czy osoba orzekana albo jej opiekun prawny mają na to wpływ?
Rozporządzenie w sprawie orzekania o niepełnosprawności i stopniu niepełnosprawności mówi o tym, kto powinien być wybierany do komisji orzeczniczych. Ale to nie jest obligatoryjne i nie oznacza, że lekarz danej specjalizacji faktycznie tam będzie. W swoich odwołaniach piszę, jakich specjalistów widzielibyśmy w przypadku konkretnej osoby. Podobnie w odwołaniu do sądu wskazuję na specjalizacje biegłych sądowych. Problem w tym, że niektórych specjalizacji jest bardzo mało albo wcale. Z tym problemem od lat borykają się komisje orzecznicze.
Podam przykład z ostatniej mojej sprawy. Zajmuję się odwołaniem do sądu osoby, która potrzebuje biegłego ortopedy dziecięcego. W kraju jest ich tylko kilku, dodatkowo żaden nie wyraził zgody na orzekanie w innym sądzie. Dlatego moja klientka nie będzie miała opinii lekarza ortopedy dziecięcego, bo go nie ma w jej sądzie. Mamy czekać półtora roku. To jest droga przez mękę.
Podobnie jest ze specjalistami w komisjach. Możemy żądać specjalisty z danej dziedziny, ale teraz pozostaje wybór – czy chcemy, żeby komisja odbyła się w rozsądnym czasie, czy będziemy czekać na specjalistę np. półtora roku. A za tym idzie kwestia rehabilitacji naszego dziecka z niepełnosprawnością. Z czego w tym czasie będzie ono korzystało bez orzeczenia. System zrzuca na nas tę odpowiedzialność. Ale trzeba pamiętać o tym, że w sądzie przynajmniej mamy prawo odnieść się do opinii biegłego sądowego, złożyć tak zwane zarzuty i na przykład wnieść o zmianę biegłego albo o opinię uzupełniającą. A w powiatowym czy wojewódzkim zespole nie mamy do tego prawa, bo jedynym naszym narzędziem jest odwołanie do organu wyższego rzędu.
Ja także znam sytuacje, gdy pediatra orzeka o rzadkiej chorobie nefrologicznej, a lekarz pierwszego kontaktu o wadzie genetycznej. Ale też weźmy pod uwagę, że lekarze nie są poza wiedzą powszechną, poza internetem – ta wiedza jest obecnie dostępna dla każdego bez większego wysiłku. Jednak czasami, sądząc po przebiegu komisji, mam wrażenie, że jesteśmy w dwóch różnych światach. Dla przykładu we Wrocławiu jest skład komisji, który osobom z zespołem Downa nie orzeka niepełnosprawności. Chyba zakłada absurdalnie, że ta wada genetyczna jest tak powszechna, że nie ma konieczności orzekania o niepełnosprawności.
Czytaj też w LEX: Ulga rehabilitacyjna na przykładach >
Chcę, żeby jasno wybrzmiało w naszej rozmowie to, że są również dobrze działające komisje orzecznicze, z których ludzie nie wychodzą upokorzeni. I zdarzają się również sytuacje odwrotne – kiedy ktoś nieuczciwie chce otrzymać orzeczenie o niepełnosprawności i symuluje chorobę na komisji.
W każdej grupie społecznej zdarzają się patologie – to oczywiste, a więc są także i tutaj. Jednak to jest niewielki odsetek spraw. Natomiast co do dobrze działających komisji orzeczniczych – oczywiście, że są i mam na to przykłady z praktyki. Jest wiele sytuacji, że gdy zmienia się zespół orzeczniczy, jest więcej empatii i zrozumienia – i o tym klienci często mówią. Myślę, że bardzo ważny jest czynnik ludzki związany z poziomem empatii i współczucia. A także kwestia, ile czasu mają orzecznicy na przygotowanie się do komisji, zapoznanie się z dokumentacją, jak sami do tego podchodzą. Jeśli mają czas na dogłębną analizę dokumentów, to osobiste spotkanie jest już tylko dopełnieniem wydania satysfakcjonującego orzeczenia.
Dlatego uważam, że w wielu sytuacjach oczywistych chorób przewlekłych, wad genetycznych, jeśli jest pełna, dobrze opisana dokumentacja, komisje mogłyby być zaoczne. I te osoby mogłyby dostawać orzeczenie na stałe. Tymczasem system sabotuje sam siebie, bo orzecznicy dostali do ręki narzędzie, czyli listę chorób – na które mogą wydawać orzeczenia na dłuższy okres, a tego nie robią. Uwolniłoby to wiele zasobów.
Czytaj też w LEX: Zatrudnianie pracowników niepełnosprawnych - uprawnienia niepełnosprawnych i korzyści dla pracodawców >





