Szkolenia online Przekształcenie OPS w CUS – problemy, ryzyka i wyzwania wdrożeniowe 24.08.2026 r., godz. 8:00
Zmień język strony
Prawo.pl

Syreny zawyły, informacji brak - alarm na Lubelszczyźnie obnażył luki w systemie ostrzegania

Włączenie syren alarmowych, po naruszeniu polskiej przestrzeni powietrznej przez niezidentyfikowany obiekt, miało ostrzec mieszkańców przed potencjalnym zagrożeniem. Problem polega na tym, że za alarmem nie poszła szybka i spójna informacja wyjaśniająca, co się dzieje i jak należy się zachować. Eksperci wskazują, że sam sygnał syreny nie wystarcza, a ostatnie wydarzenia na Lubelszczyźnie pokazały słabości systemu komunikacji kryzysowej.

syrena alarmowa
Źródło: iStock

W trakcie zmasowanych rosyjskich ataków na Ukrainę doszło do naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej. Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych poinformowało, że w czwartek o godz. 3.40 wykryto niezidentyfikowany obiekt. Do jego rozpoznania i przechwycenia skierowano myśliwiec F-16. O godz. 3.46 obiekt zanikł z radarów, a prawdopodobne miejsce jego upadku zlokalizowano w pobliżu miejscowości Tarnawa-Kolonia w województwie lubelskim. Według strony ukraińskiej miał to być pocisk manewrujący Ch-101 rosyjskiej produkcji.

W Lublinie i kilku innych miejscowościach regionu ok. godz. 3.50 uruchomiono syreny alarmowe. Alarm odwołano tuż przed godziną 4.00 nad ranem. Wśród mieszkańców niemal natychmiast pojawiły się jednak pytania, dlaczego wraz z alarmem nie przekazano informacji o przyczynie zagrożenia, np. przez alert Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. Wielu mieszkańców podkreśla, że po przebudzeniu przez syreny, nie mogli znaleźć żadnych oficjalnych komunikatów, a brak informacji wywoływał stres i niepewność.

Pierwszą informację o przyczynie alarmu podał, na podstawie własnych ustaleń, Paweł Buczkowski z Wirtualnej Polski, potem kolejne media. Tymczasem na kanałach urzędów odpowiedzialnych za zarządzanie kryzysowe - zarówno na stronach internetowych, jak i w mediach społecznościowych - panowała cisza. Lubelski Urząd Wojewódzki pierwszą informację o przyczynach alarmu umieścił na Facebooku dopiero o godz. 7.33, prawie cztery godziny po alarmie. Były to suche fakty podane przez Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych.

Czytaj w LEX: Zadania JST w razie ogłoszenia mobilizacji i w czasie wojny >

Karolina Gałecka, rzeczniczka prasowa MSWiA, dopytywana przez dziennikarzy, dlaczego nie uruchomiono alertu RCB, odpowiedziała, że w momencie, gdy służby otrzymały informacje o zagrożeniu, poinformowane zostały media: PAP, TVP i Polskie Radio.

Równocześnie podjęto działania w zakresie uruchomienia wysyłki alertu RCB, ale został on wstrzymany w związku z odwołaniem zagrożenia z powietrza – poinformowała Gałecka.

Rządowe Centrum Bezpieczeństwa poinformowało później, że to właśnie syreny alarmowe są najszybszym sposobem ostrzegania.

- W związku z naruszeniem przestrzeni powietrznej Rzeczypospolitej Polskiej na terenie 17 powiatów uruchomiony został system syren alarmowych. Działanie podjęto niezwłocznie po otrzymaniu informacji z Centrum Operacji Powietrznych MON, stosując najszybszą i najbardziej bezpośrednią formę ostrzeżenia mieszkańców przed bezpośrednim zagrożeniem” - napisało RCB.

Dodało, że w sytuacjach wymagających błyskawicznej reakcji to syreny alarmowe pozostają najskuteczniejszym i najszybszym narzędziem powiadamiania.

Podczas opisywanego incydentu czas krytyczny wynosił około 13 minut. W tym okienku czasowym kluczowe było natychmiastowe dotarcie z informacją do jak największej liczby osób, co umożliwił uruchomiony system ostrzegania. Równolegle komunikat o zagrożeniu przekazany został do środków masowego przekazu - napisało w komunikacie RCB.

System alarmowania i ostrzegania o zagrożeniu z powietrza w Polsce - zobacz szkolenie online w LEX >

RCB podkreśliło ponadto, że wszystkie podjęte procedury oraz mechanizmy informacyjne zadziałały prawidłowo i zgodnie z przyjętymi schematami operacyjnymi.

Przeczytaj także: Wiceszef MON: dobrze byłoby, żeby po ustaniu zagrożenia mieszkańcy otrzymywali SMS-y

Syrena to za mało

Zdaniem ekspertów problem nie dotyczy samego uruchomienia alarmu, lecz braku równoległej komunikacji. Jak podkreśla Sergiusz Parszowski, prezes think-tanku Obserwatorium Bezpieczeństwa, ekspert ds. zarządzania kryzysowego i ochrony ludności, syrena informuje wyłącznie o wystąpieniu zagrożenia. Nie wskazuje jednak jego rodzaju.

Zgodnie z rządowym poradnikiem bezpieczeństwa, informacjami publikowanymi przez samorządy i tym czego uczymy na szkoleniach dla mieszkańców, po usłyszeniu syreny alarmowej mieszkaniec powinien szukać informacji co się dzieje i jak się zachować w komunikatach wysłanych przez alerty RCB, aplikacje Regionalnego Systemu Ostrzegania, na stronach internetowych lokalnych samorządów. Tutaj, z tego co się orientuję, takiej informacji zabrakło – mówi Sergiusz Parszowski.

Ekspert zwraca uwagę, że taki sam sygnał alarmowy może oznaczać zarówno zagrożenie z powietrza, awarię przemysłową, uwolnienie substancji niebezpiecznych wskutek pożaru jakiegoś składowiska lub nielegalnego magazynu, przerwanie tamy czy inne sytuacje kryzysowe. Dlatego sam alarm dźwiękowy powinien być jedynie elementem większego systemu ostrzegania.

Czytaj też w LEX: Zarządzanie ciągłością działania w urzędzie – Plan odtworzeniowy I plan ciągłości działania urzędu >

Według niego, jeżeli procedura uruchamiania syren jest scentralizowana i informacja o zagrożeniu przekazywana jest od administracji centralnej do wojewodów oraz samorządów, to równolegle powinien być przekazywany gotowy, ustandaryzowany komunikat przeznaczony do publikacji we wszystkich kanałach informacyjnych Podkreśla jednak, że w dynamicznych sytuacjach będzie to utrudnione, dlatego komunikaty informacyjne mogą pojawiać się trochę później niż włączenie syreny alarmowej.

Zwłoka między jednym a drugim musi być naprawdę krótka. Powinna jednak obowiązywać zasada: jeżeli trzeba włączyć syreny alarmowe, to równocześnie powinien zostać przekazany gotowy  komunikat, który ma być zamieszczony na stronach internetowych, pojawić się w mediach i aplikacjach ostrzegawczych – wskazuje Sergiusz Parszowski.

Przeczytaj także: Żółty trójkąt powinien być widoczny, a syrena i komunikat nie pozostawiać wątpliwości 

Zabrakło komponentu ostrzegania

Podobnie sytuację ocenia Michał Miśko, ekspert ds. zarządzania kryzysowego i ochrony ludności, twórca profilu "zarządzanie kryzysowe" na Facebooku. Jego zdaniem syreny zostały uruchomione zgodnie z „procedurą”, która mówi o ostrzeganiu i alarmowaniu. W tym wypadku zabrakło tego drugiego komponentu, czyli właściwego ostrzegania.

Ekspert przypomina, że obowiązujące rozporządzenie MSWiA z dnia 14 maja 2025 r. w sprawie alarmów i komunikatów ostrzegawczych zakłada równoczesne wykorzystywanie różnych kanałów informacyjnych. Oprócz ogłoszenia alarmu (sygnał modulowany trzyminutowy) jednocześnie uruchomienie wszystkich środków o których mowa w przepisach mogą to być m.in. alerty RCB, Regionalny System Ostrzegania oraz komunikaty przekazywane przez środki masowego przekazu. W jego ocenie tłumaczenie, że sytuacja była zbyt dynamiczna, by wykorzystać alert RCB, nie rozwiązuje problemu. Nawet jeśli wiadomości SMS nie docierają jednocześnie do wszystkich odbiorców, powinny stanowić jeden z elementów systemu.

Zamówienia publiczne w ochronie ludności i obronie cywilnej – praktyczne wskazówki - czytaj w LEX >

Miśko zwraca też uwagę na inną słabość obecnych rozwiązań. Wskazuje, że idealnym modelu powinno to wyglądać następująco: służby zarządzania kryzysowego otrzymują informację o konieczności uruchomienia alarmu z powodu zagrożenia z powietrza.

Problem polega na tym, że obecnie obowiązujący system prawny nie rozróżnia rodzajów alarmów. Ten sam sygnał może oznaczać zagrożenie z powietrza, zagrożenie radiologiczne, pożar, konieczność ewakuacji lub inne niebezpieczeństwo. Formalnie mamy więc do czynienia jedynie z ogłoszeniem alarmu. Dlatego równocześnie z uruchomieniem syren należy przekazać informację, jakiego rodzaju zagrożenie wystąpiło oraz jak mieszkańcy powinni się zachować. Można to zrobić za pośrednictwem komunikatów emitowanych w radiu i telewizji. Na poziomie centralnym takie działania może podejmować minister, natomiast gminy i powiaty dysponują przede wszystkim lokalnymi kanałami komunikacji –  uważa Michał Miśko.

Takie rozwiązania przewidują zresztą obowiązujące przepisy. Rozporządzenie wskazuje, że wraz z ogłoszeniem alarmu należy stosować również inne formy ostrzegania m.in.  umieszczanie w przestrzeni publicznej odpowiednich znaków graficznych (charakterystycznego żółtego trójkąta ostrzegawczego) dla osób głuchych i niedosłyszących.

Zamiast SMS-owych alertów RCB, można rozważyć nowocześniejsze rozwiązania, np. powiadomienia typu pop-up lub komunikaty push wyświetlane na ekranach telefonów za pośrednictwem aplikacji mObywatel, technologię Cell Broadcast do wysyłania wiadomości tekstowych do wielu telefonów na danym obszarze – mówi Michał Miśko.

Zobacz szkolenie online w LEX: Aplikacja mObywatel i jej wpływ na funkcjonowanie urzędu >

Brakuje standardów i jednolitego systemu

Eksperci wskazują również na problem braku jednolitych procedur informacyjnych. Obecnie część samorządów wykorzystuje własne systemy SMS, część publikuje komunikaty w mediach społecznościowych, inne ograniczają się do stron internetowych. Wiele samorządów nie robi zaś nic w tym zakresie. Nie istnieje jednak ogólnokrajowy standard przekazywania informacji mieszkańcom.

Zdaniem Michała Miśko problem wynika także z braku spójnego systemu wymiany informacji pomiędzy poszczególnymi szczeblami zarządzania kryzysowego. Nadal dominuje model kaskadowego przekazywania informacji między gminami, powiatami, wojewodami i administracją centralną.

Do dziś nie mamy spójnego, ogólnokrajowego systemu przepływu informacji na różnych szczeblach zarządzania kryzysowego.  Jedna gmina używa własnego systemu dokumentowania przebiegu zmiany, inna własnego, a jeszcze inna żadnego. Ostatecznie do RCB trafiają szczątkowe, a nie całościowe informacje – podnosi Michał Miśko.

Realizacja zadań ochrony ludności i obrony cywilnej w samorządzie wojewódzkim - czytaj w LEX >

 

Gdzie brakuje informacji pojawiają się plotki i dezinformacja

Na znaczenie informacji zwraca uwagę także dr hab. Mariusz Szyrski, profesor UKSW, ekspert od zarządzania kryzysowego oraz ochrony ludności i obrony cywilnej. Wskazuje, że celem państwa powinno być nie tylko ostrzeganie przed zagrożeniem, ale również ograniczanie chaosu, niepewności i dezinformacji, która pojawia się, gdy precyzyjnej i wiarygodnej informacji brak.

Ludność musi wiedzieć nie tylko, że pojawiło się zagrożenie, ale także kiedy ono ustało i jakie działania należy podjąć – zaznacza dr hab. Mariusz Szyrski.

Jego zdaniem skuteczny system powinien opierać się na trzech filarach:

  1. komunikacie, że istnieje realne zagrożenie,
  2. regularnym przekazywaniu informacji o rozwoju sytuacji kryzysowej – jeśli zdarzenie nadal trwa,
  3. jednoznacznym komunikacie kończącym, który informuje, że zagrożenie zostało odwołane.

Systemy wykrywania, powiadamiania, ostrzegania i alarmowania o zagrożeniach w JST - czytaj w LEX >

Dr hab. Szyrski zwraca uwagę, że brak informacji kończącej może spowodować, że ludność pozostanie w stanie niepewności informacyjnej.

Współcześnie tę lukę bardzo szybko wypełniają plotki i niezweryfikowane informacje w mediach społecznościowych. Jeżeli rzeczywiście zostanie wprowadzona zasada wysyłania komunikatów „uspokajających” po zakończeniu zagrożenia, będzie to krok we właściwym kierunku. Takie rozwiązanie odpowiada współczesnym standardom zarządzania kryzysowego, w których komunikacja z ludnością jest procesem ciągłym od pierwszego ostrzeżenia aż do jednoznacznego poinformowania o zakończeniu zdarzenia kryzysowego – podkreśla Mariusz Szyrski.

Przypomina, że system ostrzegania ludności nie służy wyłącznie przekazywaniu informacji. Jego zadaniem powinno być także budowanie zaufania do państwa. Społeczeństwo powinno mieć pewność, że w sytuacji kryzysowej otrzyma zweryfikowaną i precyzyjną informację.

Planowanie zadań obronnych przez organy JST - czytaj w LEX >

Samorządowcy wolą kręcić rolki

Michał Miśko wskazuje też na inny systemowy problem: organizację wielu samorządów. Jak zauważa, jednostki odpowiedzialne za zarządzanie kryzysowe często dysponują minimalnym personelem, podczas gdy znacznie większe zasoby kierowane są do działań promocyjnych i komunikacyjnych.

Bywa, że w takich wydziałach zatrudnionych jest po pięć, dziesięć a nawet więcej osób. Włodarze samorządów  bez problemu ogłaszają nabory na stanowiska związane z promocją czy tworzeniem materiałów do mediów społecznościowych, natomiast znacznie rzadziej poszukują specjalistów od zarządzania kryzysowego. Tymczasem to właśnie w gminach i powiatach brakuje dziś kadr zajmujących się bezpieczeństwem i reagowaniem w sytuacjach nadzwyczajnych – wskazuje Miśko.

Czytaj też w LEX: Współpraca przedsiębiorców z organami państwowymi w zakresie realizacji zadań obronnych >

Sergiusz Parszowski zwraca uwagę, że na niektórych profilach w mediach społecznościowych każdego dnia pojawia się nawet kilkanaście rolek dotyczących różnych wydarzeń, spotkań czy aktywności lokalnych władz. Nie ma problemu, by takie materiały były publikowane na bieżąco, a nawet transmitowane na żywo. Tymczasem pojawia się problem organizacyjny, gdy trzeba szybko zamieścić komunikat dotyczący bezpieczeństwa mieszkańców.

Oczywiście trzeba uwzględnić, że w tym przypadku od momentu ogłoszenia alarmu do jego odwołania minęło zaledwie kilkanaście minut, co niewątpliwie utrudniało działania informacyjne. Nie zmienia to jednak faktu, że komunikat o zagrożeniu powinien pojawić się możliwie szybko i równolegle z uruchomieniem syren alarmowych - podkreśla Sergiusz Parszowski.

Czytaj też w LEX: Organizacje społeczne w systemie bezpieczeństwa publicznego >

 

Polecamy prawnicze książki samorządowe