- Mark Zuckerberg, kiedy tworzysz Metaverse, Rosja rujnuje prawdziwe życie na Ukrainie! Prosimy o zakazanie dostępu do FB i Instagrama z Rosji, dopóki czołgi i pociski zaatakują nasze przedszkola i szpitale! - napisał w sobotę na Twitterze Mychajło Fedorow, ukraiński wicepremier i minister transformacji cyfrowej. Nick Clegg, brytyjski polityk, wicepremier Wlk. Brytanii w latach 2010-2015, obecnie dyrektor w FB odpisał wicepremierowi Ukrainy, że wojna na Ukrainie jest niszczycielska, a zespoły w Meta (dawniej Facebook)  podejmują w odpowiedzi szereg kroków. Między innymi zlikwidowali sieć kont podszywających się pod niezależne media, zakazali reklamy rosyjskich mediów, mocniej zaangażowali się w weryfikację faktów. Później Clegg dodał, że otrzymaliśmy od wielu rządów i UE wnioski o podjęcie dalszych kroków w stosunku do rosyjskich mediów kontrolowanych przez państwo. - Biorąc pod uwagę wyjątkowy charakter obecnej sytuacji, w tej chwili ograniczymy dostęp do Russia Today  i Sputnika w całej UE.

Czytaj również: Kary do 50 mln zł i ślepe pozwy - mają utemperować dyskurs w sieci >>

 

Morawiecki rozmawia z szefem Googla

Tyle, że to za mało. - Zablokowanie tych kont to pierwszy krok. Nadszedł czas, aby usunąć pajęczynę kont, która rozpowszechnia fałszywe wiadomości o rosyjskiej inwazji na Ukrainę - mówi Janusz Cieszyński, pełnomocnik rządu do spraw cyberbezpieczeństwa. Dlatego w niedzielę premierzy czterech krajów: Polski, Estonii, Litwy i Łotwy do szefów Meta (właściciela Facebooka i Instagrama), You Tube, Googla i Twittera wystosowali apel o większe zaangażowanie w walkę z dezinformacją. O tym w poniedziałek premier Mateusz Morawiecki rozmawiał z Sundarem Pichaiem, prezesem Google'a. - Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za to, co się dzieje w tym szczególnym dla świata czasie. Firmy, rządy, instytucje, w końcu obywatele, którzy są odbiorcami informacji. Bądźmy ostrożni w sieci, nie dajmy sobą manipulować - napisał po rozmowie premier Morawiecki na Facebooku. I dodał, że Pichai poinformował go, że w związku z decyzjami kilku rządów, w tym Polski, Google zablokował dostęp do niektórych rosyjskich kanałów YouTube w tych krajach. Wyłączył też w mapach Google informacje o natężeniu ruchu - to utrudnia planowanie ataków Rosjanom, ale także ucina spekulacje na temat ruchów ich wojsk. Eksperci, ale także premier Morawiecki, uważają jednak, że to za mało, a problem jest ogromny. - Z pewnością to nie koniec, bo skala problemu jest ogromna. Dlatego liczę, że te działania będą prowadzone w pełnym zakresie - zapewnił polski premier.

 

Jak duża jest siła dezinformacji i zasięg rosyjskich trolli

- W ostatnich dwóch godzinach w przestrzeni polskich social mediów poprzez konta dystrybuujące narracje na rzec Rosji przeciw Ukrainie przeprowadzono punktowy atak dezinformacyjny dotyczący braku gotówki. Celem ataku jest pośrednie wywołanie paniki - poinformował w poniedziałek popołudniu Instytut Badań Internetu i Mediów Społecznościowych. 28 lutego zaś odnotował ponad 9 tys. prób dezinformacji w przestrzeni polskiego internetu i mediów społecznościowych. Widoczny wzrost incydentów o 12 proc. w ostatnich 24h. 24 i 25 lutego eksperci Instytutu zidentyfikowali działanie przynajmniej trzech zorganizowanych grup roboczych, prowadzących dezinformację w obszarze polskich mediów społecznościowych – szczególnie w kanałach Facebook i Twitter.

Sprawdź: Zatrudnianie cudzoziemców - udzielanie zezwolenia na pobyt czasowy i pracę poz zmianach >

Łączne dotarcie komunikatów tych grup estymowane jest na poziomie 2 milionów kontaktów z informacjami. Instytut Kościuszki opisał zaś przykładowe fałszywe narracje. Ostrzega, że często wykorzystywane są stare lub sfabrykowane materiały audiowizualne do celów zaciemnienia obrazu sytuacji lub do przedstawienia sukcesów armii rosyjskiej, czy również rzekomych okrucieństw armii ukraińskiej. - Rosjanie promują narrację, wedle której Ukraina jest niezdolna do stawienia oporu zbrojnego, jej armia jest w stanie dezintegracji, a poszczególne miasta poddają się w obliczu rosyjskiej inwazji - ostrzega Instytut. Najnowszym przykładem jest potężna eksplozja w Czerkasach z której filmik obiegł wszystkie media. - Ten filmik nie jest z Czerkas - zdementowały władze obwodu. Dlatego premierzy czterech krajów apelują do gigantów internetowych o większe zaangażowanie w walkę w cyberprzestrzeni.

Czytaj też: Jak rozmawiać z dziećmi i uczniami na temat sytuacji w Ukrainie – rekomendacje dla nauczycieli i pedagogów szkolnych >

O co apeluje czterech premierów 

Premierzy w liście wskazują, że agresję na Ukrainę poprzedziła długa i dobrze udokumentowana kampania dezinformacyjna w celu stworzenia podatnego gruntu dla rosyjskiej inwazji oraz jej fałszywego uzasadnienia i racjonalizacji zarówno w społeczności międzynarodowej, jak i wśród ludności rosyjskiej.  - Rosyjski rząd dąży do szerzenia kłamstw, zamieszania i wątpliwości co do tego, co się dzieje, oraz do podważania morale i jedności demokratycznego świata.  Rosyjski rząd zaangażował się również w masową kampanię dezinformacyjną, aby usprawiedliwić światu i własnemu narodowi swoją agresywną wojnę i ukryć popełniane w jej trakcie zbrodnie. Chociaż platformy internetowe podjęły znaczne wysiłki, aby zaradzić bezprecedensowemu atakowi rządu rosyjskiego na prawdę, nie zrobiły wystarczająco dużo. Rosyjska dezinformacja jest od lat tolerowana na platformach internetowych. Nadszedł czas na zdecydowane działania.  Zachęcamy do podjęcia kilku natychmiastowych kroków  - podkreślają.

Co proponują? Aktywne zawieszanie kont zaangażowane w zaprzeczanie, gloryfikowanie lub usprawiedliwianie wojen agresji, zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości, zaangażowanie się w lokalne inicjatywy weryfikowania informacji, dostosowanie algorytmów tak, aby pomagały użytkownikom znajdować wiarygodne informacje oraz zamknięcie kont serwisów informacyjnych kontrolowanych przez Rosję i Białoruś. - Jesteśmy gotowi udzielić wszelkiej pomocy i dalszych informacji w celu wsparcia realizacji tych i innych środków, które są niezbędne dla ochrony nie tylko Ukrainy, ale także demokracji, które pielęgnujemy i pielęgnujemy w wolnym świecie - kończą list Kaja Kallas, premier Estonii, Kirsjanis Karins, premier Łotwy, Ingridia Simonyte, premier Litwy i Mateusz Morawiecki, premier Polski.

Czytaj: Ośmieszające treści w internecie - kto za nie odpowiada? >

- W skrócie mówią: musicie zrobić więcej w walce z rosyjską propagandą i dezinformacją - mówi wprost Janusz Cieszyński. - Mają do tego pełne możliwości, bo już robią to wobec innych na co dzień. Powinni działać tak jak  polska administracja, wojewodowie, samorządowcy, setki tysiące osób z dnia na dzień zmobilizowało się, aby pomóc Ukrainie, a przedstawiciele największych platform zawiedli - podkreśla Cieszyński. Przypomnijmy choć o zablokowaniu na FB konta Konfederacji na początku stycznia 2022 roku, czy Donalda Trumpa na Twitterze w 2021 roku.

Dr Jan. J. Zygmuntowski, wiceprzewodniczący Polskiej Sieci Ekonomii i wykładowca Akademii Leona Koźmińskiego uważa, że ciągłe błaganie o reakcję pokazuje, że mamy problemy z naszą cyfrową suwerennością. - Kilku ekspertów już wskazywało - czas włączyć Big Tech do pakietu sankcji. Najwyższy czas zacząć działać - podkreśla.

Tyle, że póki co takie działania i sankcje się nie pojawiają. Prawnicy zwracają zaś uwagę, że polskie przepisy już pozwalają zablokować treści sprzeczne z prawem, ale wymagają aktywności odpowiednich organów.

 


Na co już pozwalają przepisy

Zgodnie z art. 14 ust. 1 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną, nie ponosi odpowiedzialności za przechowywane dane ten, kto w razie otrzymania urzędowego zawiadomienia lub uzyskania wiarygodnej wiadomości o bezprawnym charakterze danych lub związanej z nimi działalności niezwłocznie uniemożliwi dostęp do tych danych. - Gdyby Facebook, czy inny portal został poinformowany przez polski sąd lub inny właściwy urząd o tym, że dane konto lub dana treść na tym koncie jest sprzeczna z prawem, powinien zablokować dostęp do tego konta lub treści, aby uniknąć odpowiedzialności - mówi Maciej Gawroński, radca prawy, partner w kancelarii Gawroński & Partners. - Niestety giganci podchodzą do zgodności z prawem oportunistycznie. Amerykańska definicja compliance, czyli „zapewniania zgodności” nie oznacza jak u nas „zapewnienie zgodności z prawem”, ale „unikanie postępowań przeciwko firmie”. W związku z tym Facebook może być mniej wrażliwy wtedy, gdy nie boi się wszczęcia czy skutków postępowania przeciwko sobie. A Polska ma udokumentowaną ścieżkę nieudolności dochodzenia odpowiedzialności względem organizacji - dodaje mec. Gawroński.

Czytaj też: Odpowiedzialność hostingodawcy jako podmiotu przetwarzającego - kiedy może być wyłączona? >

Tymczasem drogą do wykazania nielegalności danej treści czy konta w internecie mogą być przepisy art. 117 par. 3 Kodeksu karnego, czyli nawoływanie lub pochwalanie wojny napastniczej, a także art. 128 par. 2 kk - przygotowania do usunięcia przemocą organu konstytucyjnego. - Informacje na ten temat gigant powinien pozyskać od kompetentnego organu. Oprócz sądu powszechnego, zapewne mogą to być służby takie jak ABW czy SKW - podkreśla mec. Gawroński. Bez takich działań póki co walka z dezinformacją będzie jak walka z wiatrakami. - Efektywnie Facebook koncentruje się na tym, żeby ponosić jak najmniejsze koszty swojej działalności i do zgodności z prawem podchodzi w taki sam sposób – czyli jak najtaniej - kwituje Gawroński.

Czytaj też: Komunikacja internetowa oparta na tekście, czyli socjopsychologiczny i praktyczny wymiar e-mailowania >

Co robi Polska i Polacy, by walczyć z fake newsami

Aby zapobiec rozprzestrzenianiu się fałszywych informacji, a także, aby blokować konta dystrybuujące tego typu treści, powstała nowa inicjatywa „Demaskujemy dezinformację”. To inicjatywa Michała Sadowskiego, założyciela firmy Brand24, czyli jednego z najbardziej znanych na świecie narzędzi do monitorowania ekspozycji firm w internecie. - Nasza maluteńka cegiełka. Podjęliśmy decyzję, aby udostępnić darmowo nasze narzędzie organizacjom, których zadaniem jest walka z dezinformacją. Internet jest terenem działań wojennych. Od kilku dni widzimy wzmożoną ilość wzmianek zaprojektowanych w celu siania nienawiści do Ukrainy i uchodźców uciekających przed wojną. Wyłapywanie kłamliwych zwrotów takich jak "operacja pokojowa", czy "sprowokowana Rosja" jest pierwszym etapem walki i demaskowania tych manipulacji. Część organizacji otrzymała już dostępy. Część korzystała już od dawna. Kolejne zapraszamy do kontaktu. Sami również będziemy monitorować dyskusję, demaskować i publikować ostrzeżenia - mówi Michał Sadowski.

Naukową i Akademicką Sieć Komputerową – Państwowy Instytut Badawczy, czyli NASK, 25 lutego stworzył na Twitterze i Facebooku profil #WłączWeryfikację na którym dementuje fake newsy. Treści, które wzbudzają wątpliwości można zgłaszać na mail: informacje@nask.pl. Przez trzy dnia zgłoszono 21 profili. 

Od lat też działa Stowarzyszenie Demagog, które na swojej stronie demagog.org.pl walczy z fałszywymi informacjami. Także Polska Agencja Prasowa wspólnie z GovTech Polska w ubiegłym roku uruchomiła fakehunter.pap.pl. Pierwotnie jego celem było demaskowanie nieprawdziwych wiadomości dotyczących wirusa SARS-CoV-2, teraz zaczęli też te dotyczące wojny na Ukrainie.

Instytut Kościuszki już w grudniu przygotował podręcznik pt. "Z tarczą - jak się chronić przed dezinformacją" . Fundacja Panoptykon przypomniała zaś swój przewodnik dla dziennikarzy pt. Stop dezinformacji", w którym między innym radzi jak weryfikować źródła informacji.

Z drugiej strony grupa Anonymous od niedzieli propaguje taki post: Wejdźcie na Google Maps, znajdźcie jakąś restaurację lub inny biznes, wystawcie im opinie i napiszcie, co dzieje się na Ukrainie, może dzięki temu uświadomimy więcej osób z Rosji że to ich kraj jest agresorem i podpowiada co pisać po rosyjsku: Российские солдаты убивают невинных детей и стариков в Украине, расстреливают автобусы, детские сады и больницы! Настоящие новости подвергаются цензуре в вашей стране! Остановить. Путина! Portale mają więc dwie strony, bo najważniejsze informacje czołowi politycy, w tym Ukrainy, przekazują na Twitterze.