Dawid Kulpa: Czy praworządność jest dla polityków, czy dla obywateli?
Przedsiębiorca składa pozew pod koniec lata 2024 roku. Wcześniej zabezpiecza kluczowy dowód z opinii biegłego sądowego. Innymi słowy, tuż po replice pozwanego, sprawa jest kompletna. Gotowa do rozstrzygnięcia. Ale zegar procesowy zatrzymuje się w głuchym milczeniu. Pełnomocnik, równo po roku bezczynności, uprzejmie prosi o podjęcie jakiejkolwiek czynności merytorycznej. W odpowiedzi otrzymuje jednak dziwnej treści zarządzenie, sprawa trafia do kolejki, a prawdopodobny termin rozprawy to ostatni kwartał 2027 roku – pisze Dawid Kulpa, radca prawny, partner w Kancelarii Kulpa Kozak Adwokaci i Radcowie Prawni.

Trzy i pół roku od wniesienia pozwu do dnia, w którym strony po raz pierwszy spojrzą sobie w oczy na sali sądowej. Co więcej, obywatel, naiwnie wierząc we frazesy o praworządności, puka do wyższej instancji, skarżąc się na przewlekłe prowadzenie sprawy. Jednak Sąd Apelacyjny w Warszawie skargę na przewlekłość w tej sprawie oddalił. Dlaczego? Z dwóch powodów.
Czytaj: Dawid Kulpa: Jakie znaczenie dla polskiego sądownictwa ma eksperyment Milgrama?>>
Trzy lata w jednej instancji to niedużo, a prognoz skarżyć nie można
Po pierwsze, trzy lata w jednej instancji to w normach strasburskich (orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka) wcale nie tak dużo. To, że przez rok nikt do akt nie zajrzał jeszcze nie oznacza przewlekłości.
Po drugie, przecież w końcu zarządzenie wydano. A informacja o terminie rozprawy za dwa lata to jedynie „orientacyjna prognoza”. A prognoz przecież nie można skarżyć. Aby mówić o opóźnieniu musimy mówić o przeszłości, a nie przyszłości.
Trudno o bardziej elegancki pokaz dialektyki, w której forma pożera treść.
Gdzie tkwi problem?
W tym jednym uzasadnieniu, jak w soczewce skupia się istota kryzysu legitymacji polskiego sądownictwa.
Nikt tu przecież nie zarzuca sędziom złej woli. Problem leży w bezdusznym, technokratycznym rytuale, który własną niewydolność podnosi do rangi legalnej normy. Instytucje powołana i istniejące wyłącznie do jednego zadania, jakim jest pomoc obywatelom w dochodzeniu ich praw używa wyrafinowanego języka biurokratycznego wyłącznie po to, by usprawiedliwić własną bezczynność.
Wymiar sprawiedliwości przeszkodą w dochodzeniu sprawiedliwości?
Tak rozumiane „prawo” przestaje być żywą tarczą. Wymiar sprawiedliwości staje się murem, przeszkodą w dochodzeniu sprawiedliwości. System oczywiście może schować się za nawet najbardziej absurdalnym uzasadnieniem. Nie jest jednak w stanie odebrać obywatelowi prawa do wyciągania wniosków. A ten, jak mówią nam klienci, jest nadzwyczaj prosty.
Państwo wymaga od obywateli bezwzględnego terminowości, samo powinno świecić przykładem. W przeciwnym razie fioletowy żabot staje się jedynie kostiumem w spektaklu, na który nikt już nie chce kupować biletów.







