Lex ODO Oferta specjalna
Włącz wersję kontrastową
Zmień język strony
Prawo.pl

Dr Marcin Klonowski: Koronny świadek. Koronny dowód?

Chociaż na zeznaniach świadków koronnych opiera się niejeden proces karny, ich znaczenie nie zawsze przebija się do powszechnej świadomości. Ostatnio, za sprawą głośnych postępowań karnych, pojęcie świadka koronnego odmieniane jest jednak przez wszystkie przypadki. Myląca nazwa nie jest przy tym głównym problemem tej instytucji. Jest nim także treść składanych depozycji, a przede wszystkim sposób oceny ich wiarygodności przez organy ścigania i sądy - pisze dr Marcin Klonowski Adwokat, Klonowski | Kancelaria Prawa Karnego Gospodarczego.

marcin klonowski

Pierwszym istotnym problemem jest już sama nazwa tej instytucji – „mały świadek koronny”. Nie jest to pojęcie ustawowe, lecz potoczne. I niestety – mocno mylące. Mały świadek koronny nie jest odrębnym statusem procesowym, tak jak świadek koronny z ustawy o świadku koronnym. To potoczna nazwa rozwiązania przewidzianego w art. 60 par. 3 k.k., czyli tzw. „sześćdziesiątki”. Przepis ten przewiduje, że sprawca, który współdziałał z innymi osobami w popełnieniu przestępstwa i ujawnił organom ścigania informacje o osobach uczestniczących w jego popełnieniu oraz o istotnych okolicznościach czynu, może liczyć na nadzwyczajne złagodzenie kary, a nawet na warunkowe zawieszenie jej wykonania.

Czytaj: Prokurator nadal nadaje status małego świadka koronnego, bo prezydent zawetował ustawę>>

Świadek z nazwy

Już samo to pokazuje, z kim mamy w rzeczywistości do czynienia. Nie ze świadkiem stojącym z boku, lecz z podejrzanym, który popełniał przestępstwa wspólnie z innymi osobami. Osoba taka stara się poprawić własną sytuację procesową. Najważniejsze jest jednak to, że najczęściej składa wyjaśnienia jako podejrzany, a nie – jak mogłaby sugerować nazwa instytucji – zeznania jako świadek. To z pozoru jedynie pojęciowe rozróżnienie ma jednak kolosalne znaczenie dla oceny wiarygodności takich depozycji. Na gruncie polskiego prawa karnego składanie nieprawdziwych wyjaśnień przez podejrzanego co do zasady nie jest karalne – wiąże się to z przysługującym mu prawem do obrony. Być może zbyt daleko idącym stwierdzeniem byłoby, że podejrzany ma „prawo do kłamstwa”, ale niewątpliwie za samą nieprawdę zawartą w wyjaśnieniach nie odpowiada karnie tak jak świadek składający fałszywe zeznania.

Pokazuje to, że mały świadek koronny jest świadkiem przede wszystkim z nazwy. W chwili, w której powstaje kluczowy dowód, mamy najczęściej do czynienia raczej z „podejrzanym koronnym”. W istocie jest to podejrzany, który nie tylko nie ponosi odpowiedzialności karnej za sam fakt złożenia nieprawdziwych wyjaśnień, lecz także – z natury swojej sytuacji procesowej – może mieć interes w tym, aby niektóre fakty przedstawiać inaczej, w sposób korzystniejszy dla siebie. To powinno mieć zasadnicze znaczenie przy ocenie takich dowodów.

Depozycje pod (zepsutą) lupą

To, że materiału dowodowego dostarcza sam podejrzany, nie oznacza, że wyjaśnienia „małego świadka koronnego” są z góry niewiarygodne. Tak samo błędne byłoby jednak traktowanie ich jak prawdy objawionej tylko dlatego, że podejrzany zdecydował się współpracować z prokuraturą. Polski proces karny nie zna formalnej teorii dowodów. Każdy dowód może posłużyć sądowi do dokonania ustaleń faktycznych. Klientów często dziwi, że nawet jedna pomawiająca relacja może doprowadzić do skazania. Nie chodzi jednak o liczbę dowodów, lecz o ich jakość. Ta zaś nierzadko pozostawia wiele do życzenia.

Na przestrzeni lat w orzecznictwie sądów powszechnych oraz Sądu Najwyższego ugruntowała się linia, zgodnie z którą depozycje małych świadków koronnych powinny być weryfikowane ze szczególną starannością. Trzeba badać, czy relacja jest logiczna, stanowcza i konsekwentna, czy pomawiający nie zmienia wersji wraz ze zmianą swojej sytuacji procesowej, skąd posiada wiedzę o opisywanych zdarzeniach oraz czy jego relacja odpowiada ich logice. Szczególnego znaczenia nabiera pytanie o motywację. Czy podejrzany obciąża również siebie, czy przede wszystkim innych? Czy opisuje wspólnie popełnione przestępstwo, czy raczej przerzuca odpowiedzialność na współoskarżonych? Ze względu na zainteresowanie pomawiającego wynikiem procesu taki dowód powinien podlegać szczególnie wnikliwej ocenie, obejmującej również poszukiwanie bezpośredniego lub pośredniego potwierdzenia jego relacji.

Doświadczenie pokazuje jednak, że z takimi depozycjami często trudno skutecznie polemizować w procesie. Prokuratury, a za nimi niekiedy także sądy, przyznają walor wiarygodności pomawiającym wyjaśnieniom nawet wtedy, gdy pozostają one w sprzeczności nie tylko z wyjaśnieniami innych oskarżonych, lecz także z pozostałym materiałem dowodowym. Co więcej, w wielu sprawach pojawia się realny problem z procesową weryfikacją takich relacji. Jeżeli pomawiającym jest współoskarżony, nie ma on obowiązku odpowiadania na pytania obrońcy oskarżonego, którego obciąża. Może w ogóle odmówić składania wyjaśnień albo, zasłaniając się niepamięcią, ograniczyć się do podtrzymania wyjaśnień złożonych w śledztwie. Już samo istnienie rozbudowanego orzecznictwa Sądu Najwyższego dotyczącego zasad oceny tego rodzaju dowodów pokazuje, że problem jest realny. Tym bardziej że wadliwa ocena depozycji pomawiających niejednokrotnie prowadziła do uchylania zapadłych wyroków.

 

Mały świadek koronny do zmiany?

Krytyka samej instytucji małego świadka koronnego nie powinna, w mojej ocenie, prowadzić do postulatu jej likwidacji. W wielu sprawach dotyczących przestępczości zorganizowanej przełamanie solidarności sprawców może być jedynym sposobem na osiągnięcie podstawowego celu śledztwa, czyli skuteczne wykrycie i ściganie takich przestępstw. Problem polega raczej na tym, czy obecna konstrukcja tej instytucji zapewnia wystarczające gwarancje przed sytuacją, w której korzyść procesowa zaczyna premiować nie prawdę, lecz wersję zdarzeń najbardziej użyteczną dla oskarżenia. Przepisy wymagają więc pewnej korekty, natomiast praktyka ich stosowania – istotnej zmiany.

Na poziomie prawnym zmiany z pewnością wymagałoby uzależnienie zastosowania instytucji z art. 60 par. 3 k.k. od wniosku prokuratora. Formalnie ostateczną decyzję podejmuje sąd i to on powinien badać, czy ustawowe przesłanki zostały spełnione. Obecnie przepis ten jest jednym z tych, które przyznają prokuratorowi nadmiernie silną pozycję względem sądu. Poza tym ogólne przepisy procesowe zawierają instrumenty pozwalające nie tylko na prawidłowe gromadzenie takich dowodów – w tym chociażby rejestrowanie depozycji na etapie śledztwa – lecz przede wszystkim na ich właściwą ocenę. Kluczową rolę odgrywa tu zasada swobodnej oceny dowodów: każdy dowód powinien być oceniany zgodnie z zasadami prawidłowego rozumowania oraz wskazaniami wiedzy i doświadczenia życiowego.

Diabeł tkwi więc nie tyle w szczegółach regulacji, ile w praktyce sądowej. Problem dotyczy przede wszystkim sposobu stosowania przepisów, a zwłaszcza zasady swobodnej oceny dowodów. Jeżeli depozycje pomawiającego nie znajdują potwierdzenia w pozostałym materiale dowodowym albo pozostają z nim w sprzeczności, sąd powinien podchodzić do nich ze szczególną ostrożnością. Jeżeli zaś brak jest realnej możliwości zweryfikowania depozycji złożonych w śledztwie w toku rozprawy, ich walor dowodowy powinien być odpowiednio ograniczony. Taka sytuacja nie tylko wzmacnia znaczenie motywacji pomawiającego, lecz także istotnie utrudnia osobie pomawianej skuteczną obronę.

Użyteczność instytucji małego świadka koronnego nie powinna przysłaniać widocznych słabości tej regulacji. Koronny świadek nie tworzy automatycznie koronnego dowodu. Im większa jest nagroda za obciążenie innych, tym bardziej rygorystyczna powinna być weryfikacja pomawiających depozycji.

 

Polecamy książki prawnicze