Obejmując obowiązki prezesa Naczelnej Rady Adwokackiej, obiecał pan, że samorząd będzie nieść wysoko sztandar adwokatury i dbać o swoje dobre imię. Czy zrealizował pan te plany?
To było zobowiązanie złożone na pogrzebie śp. Joanny Agackiej-Indeckiej, która zginęła w katastrofie smoleńskiej. Uważam, że je wypełniłem. Władzy publicznej nie udało się wprowadzić żadnych regulacji, które ograniczyłyby samorządność adwokacką czy podważyły zawodową pozycję adwokata. A takie zapowiedzi ze strony polityków przecież były. Jednak bardziej, niż kontestować, staraliśmy się przekonywać i współpracować. Doceniono to. Także Trybunał Konstytucyjny nie zakwestionował obowiązkowej przynależności do samorządu. Wspólnie z przedstawicielami innych zawodów zaufania publicznego, a więc m.in. z lekarzami, architektami czy radcami prawnymi, przekonywaliśmy, że jeżeli zniesiona zostałaby przynależność do samorządów, to obywatele utraciliby pewność, kto świadczy im pomoc, a władza publiczna wkroczyłaby w przestrzeń zastrzeżoną dla samorządności. Konferencji prezesów zawodów zaufania publicznego, której przewodniczyłem, udało się wpłynąć na polityków. Zwieńczeniem był początek zjazdu adwokatury w listopadzie 2010 r. Potwierdził, że jesteśmy środowiskiem, które przeszło bardzo długą drogę, z niemal całkowitego marginesu do aktywnego uczestnika debaty publicznej. A przecież nie zaniedbaliśmy wewnętrznej przemiany. Wprowadziliśmy informatyczny rejestr adwokatów, legitymacje z czipem, nowe regulaminy wykonywania zawodu.