Pomimo, iż faktycznie będziemy mieli do czynienia z małą rewolucją w rozliczaniu podatku dochodowego od osób prawnych,  to estoński CIT z Estonią i tamtejszymi rozwiązaniami podatkowymi ma niewiele wspólnego. Na pewno należy pochwalić MF za to, że w końcu dostrzegło potrzebę zmodyfikowania zasad rozliczania – dość skostniałego -  podatku CIT. Natomiast poza samą słuszną ideą wprowadzenia nowych zasad opodatkowania, projektowane przepisy przewidują szereg ograniczeń i obostrzeń, które znacząco zmniejszają krąg podmiotów, które na owej regulacji faktycznie zyskają.

Zobacz również: Estoński CIT w Polsce coraz bliżej >>

Warunki zbyt trudne do spełnienia

Za podstawowe „blokery” nowych przepisów należy uznać przede wszystkim bardzo szczegółowe warunki, które muszą być spełnione przez firmy mające zamiar skorzystać z „estońskiego CIT-u”, dotyczące m.in. konieczności wykazywania wydatków inwestycyjnych  czy też braku możliwości rozliczenia strat podatkowych). Sporym zaskoczeniem dla wielu przedsiębiorców są również tzw. warunki podmiotowe. Zaznaczyć należy bowiem, że z nowych zasad skorzystają jedynie spółki kapitałowe (inne formy prowadzenia działalności zostały wyłączone spod tej regulacji) o przychodach do 50 mln PLN (wszystkie większe firmy pozostają na zasadach „starych”), których udziałowcami są wyłącznie osoby fizyczne (co wyłącza praktycznie większość spółek działających w ramach grup kapitałowych oraz niemalże wszystkie spółki z kapitałem zagranicznym) oraz zatrudniające co najmniej 3 pracowników (co z kolei zamyka drogę do owych regulacji dla spółek najmniejszych i jednoosobowych).

 


Kierunek słuszny, ale pułapek za dużo

Analizując powyższe aspekty naszego polskiego / „estońskiego” CIT,  można dojść do wniosku, że pomimo obrania słusznego kierunku zmian, Ministerstwo Finansów kolejny raz skupiło się na przygotowaniu szeregu pułapek i ograniczeń, które mogą spowodować mniejsze zainteresowanie ze strony przedsiębiorców niż szacowane 200 tysięcy firm.

Podkreślenia wymaga jednak, że wciąż mówimy o projekcie przepisów, a  co za tym idzie – jak wskazują ostatnie doświadczenia w legislacji podatkowej – wiele może się jeszcze zmienić i pozostaje mieć nadzieję, że w ostatecznej wersji przepisów faktycznie będziemy mieć do czynienia z rozwiązaniem, które będziemy mogli nazywać naszym „estońskim CIT”.

Marcin Zarzycki, doradca podatkowy, partner zarządzający w Kancelarii LTCA