Budżetu nie stać na obniżkę podatków
Rząd rozważa obniżkę PIT przez m.in. podniesienie kwoty wolnej i progu podatkowego, co - według wyliczeń Ministerstwa Finansów - ma kosztować 70 mld zł. Ekonomiści zwracają uwagę, że obniżka podatków wpływa co do zasady na wzrost PKB, ale w obecnej sytuacji budżetowej nie ma na nią miejsca. Już niedługo mogą być konieczne oszczędności wymuszone przez ustawę o finansach publicznych.

Rząd wraca do jednej z obietnic wyborczych z 2023 r. - podwyżki kwoty wolnej od podatku z obecnych 30 tys. zł do 60 tys. zł,. Początkowo planowano, że zmiana wejdzie w życie z początkiem 2024 r., jednak - z powodu napiętej sytuacji finansowej budżetu - była wielokrotnie przesuwana. Jednocześnie członkowie koalicji rządzącej deklarowali, że wywiążą się z tej obietnicy do końca obecnej kadencji parlamentu.
Ministerstwo Finansów poinformowało PAP, że "prowadzone są prace analityczne dotyczące różnych wariantów zmian parametrów skali podatkowej" w 2027 r.. Według wyliczeń MF, podniesienie kwoty wolnej do 60 tys. zł kosztowałoby budżet państwa 58,6 mld zł. Z kolei podniesienie progu podatkowego z 120 tys. zł do 140 tys. zł kosztowałoby 11,6 mld zł. Łącznie byłby to koszt 70,2 mld zł.
Jednak 16 czerwca 2026 r. wiceminister finansów Jarosław Neneman ostrzegał podczas Kongresu Podatkowego Konfederacji Lewiatan, że sytuacja finansów publicznych jest trudna, a w 2027 r. Polska może odnotować najwyższy deficyt budżetowy w Unii Europejskiej. Mówił wówczas, że w okresie wyborczym może być trudno przeprowadzić reformy. Jednocześnie zapowiadał zmiany uszczelniające podatki, w tym m.in. dużą nowelizację ustaw PIT i CIT. Ostatnio jednak MF przedstawiło nową wersję projektu, z której usunięto większość zmian ograniczających ulgi w PIT i CIT.
Mimo iż zapowiedź obniżki PIT cieszy podatników, to powstaje pytanie, czy budżet to wytrzyma. Przypomnijmy, że w ustawie budżetowej na 2026 r. deficyt, czyli przewaga wydatków nad dochodami, wynosi 271,7 mld zł. Jednocześnie w 2026 r. dług publiczny ma wynieść 65,1 proc. PKB, co oznacza przekroczenie progu ostrożnościowego 60 proc.
Zobacz w LEX: Kalendarz najważniejszych zmian w podatkach w 2026 r. >
Nie ma miejsca na dodatkowe wydatki
Jak zaznacza, dr Marcin Mrowiec, główny ekonomista Grant Thornton oraz ekspert Business Centre Club, w obecnej sytuacji nie ma miejsca na prezenty przedwyborcze.
- Polska ma jeden z najwyższych w UE deficytów od kilku lat – i przewidywane wysokie deficyty na lata kolejne. Absolutnie nie ma miejsca na żadne prezenty przedwyborcze, a tym bardziej na takie, których koszty idą w grube dziesiątki miliardów złotych. Zgodnie z oficjalnymi prognozami rządowymi, najpóźniej na koniec przyszłego roku osiągniemy pułapy długu, które w kolejnych latach wymuszą zmniejszanie deficytu, a więc jakąś kombinację (tu decyzje są zawsze polityczne) obniżania wydatków i podnoszenia podatków. W tym kontekście pomysły zwiększania wydatków są niestosowne. Nie ma miejsca na dodatkowe wydatki - alarmuje dr Marcin Mrowiec.
Przypomina, że Polska zadłuża się w bezprecedensowym tempie: średnio co trzy lata zwiększamy zadłużenie o bilion (tysiąc miliardów) złotych. Tylko w tym roku, zgodnie z oficjalnymi rządowymi danymi, wzrost zadłużenia ma sięgnąć od 390 do 420 miliardów złotych. Zaś zgodnie z planem budżetu państwa na ten rok, łączne dochody mają wynieść niecałe 650 mld zł, a zgodnie ze Strategią Zarządzania Długiem, wzrost długu publicznego ma wynieść co najmniej 390 mld zł.
- Jeśli sytuacja międzynarodowa potoczy się w stronę eskalacji na Bliskim Wschodzie, wzrost inflacji może być bardzo znaczący, zaś koszty odsetkowe w ciągu kilku lat mogą wymknąć się spod kontroli… To scenariusz „podwójnego uderzenia”, w ramach którego z jednej strony i tak będzie trzeba ograniczać wydatki (na mocy progów w ustawie o finansach publicznych), a dodatkowo możemy zostać „uderzeni” znacznie wyższymi niż obecnie się to przewiduje kosztami odsetkowymi - mówi dr Mrowiec.
Zaznacza, że odpowiedzialne prowadzenie finansów publicznych powinno polegać na mówieniu wyborcom całej prawdy (w tym: jak duża część naszych wydatków idzie z zadłużenia), oraz przygotowywaniu buforów na lata „chude”. - My tymczasem mamy lata „tłuste” (solidny wzrost PKB, bardzo wysokie napływy funduszy unijnych) – i rekordowe deficyty – i dyskutujemy rekordowe obietnice dalszego ich zwiększania… - podsumowuje ekonomista.
Przewodnik po zmianach w Ordynacji podatkowej od 1.10.2026 r. - zobacz w LEX >
Obniżka podatków korzystna, ale nie teraz
Jacek Fundowicz, wiceprezes zarządu Instytut Prognoz i Analiz Gospodarczych, zwraca uwagę, że obniżka podatków wpływa co do zasady na wzrost PKB, ale w obecnej sytuacji budżetowej nie ma na nią miejsca.
- Zawsze popieram zmniejszanie podatków, ponieważ mają działanie prowzrostowe. W przypadku PIT obniżenie podatków wpływa na szybszy wzrost konsumpcji, co podnosi tempo wzrostu PKB, a w konsekwencji wpływa na wzrost wpływów podatkowych. Tylko, że ten pozytywny efekt budżetowy widoczny jest z opóźnieniem i rozłożony w czasie. W tej chwili sytuacja finansów publicznych jest bardzo zła. Na skutek rekordowo rozdętego deficytu budżetowego, dług publiczny rozrósł się do takich rozmiarów, że już niedługo niezbędne będzie zastosowanie zapisanych w ustawie o finansach publicznych bardzo rygorystycznych rozwiązań oszczędnościowych. Nie wygląda zatem, by rząd miał przestrzeń na zwiększanie kwoty wolnej albo podnoszenie progu podatkowego - mówi Jacek Fundowicz.
Nie wyklucza jednak, że w przypadku gdyby sondaże wskazywały na nieuchronną porażkę rządzącej koalicji, rząd mógłby na koniec swojej kadencji przegłosować obniżenie podatków, aby po pierwsze podnieść trochę swoje notowania, a po drugie zostawić swoim następcom bardzo twardy orzech do zgryzienia - konieczność sfinansowania tej "kiełbasy wyborczej".
Pytanie o deficyt
Mariusz Zielonka, główny ekonomista Konfederacji Lewiatan, uważa z kolei, że nie należy demonizować deficytu, ponieważ działa on stymulująco na gospodarkę, a pieniądze z obniżki PIT przełożą się na wzrost konsumpcji.
- Zapowiedzi uszczelnienia systemu czy wprowadzania kolejnych parapodatków, to kropla w morzu potrzeb zasypania deficytu. Ten mechanizm się nie uda, po prostu. Minister finansów zapowiada kolejne obciążenia, raczej pozorując działania, które mają zmniejszyć deficyt. Tymczasem ten deficyt działa stymulująco na gospodarkę. Wystarczy spojrzeć, co zrobiły środki (wchodzące w deficyt) z pożyczki SAFE. Nasz przemysł wystrzelił do wartości dawno nieobserwowanych. Oczywiście, że budżet powinno się tworzyć z ograniczeniami i to na czasy niepokoju i niestabilności. Nasz budżet taki nie jest, to oczywiste, ale też nie demonizowałbym tego deficytu, dopóki mamy własną walutę, własny bank centralny i dość stabilny poziom wzrostu (nawet prognozowany), jak i inflacji - mówi Mariusz Zielonka.
Jego zdaniem, zwiększenie progów podatkowych to środki, które realnie zostaną w kieszeniach obywateli. W większości te środki zostaną wydane w kraju, napędzając konsumpcję.
Czytaj też w LEX: Polityka podatkowa w zakresie sprzedaży detalicznej paliw na przykładzie Polski i Niemiec w okresie podwyższonej inflacji w latach 2022–2023 >
Konieczna reforma podatków
Również Kamil Sobolewski, główny ekonomista Pracodawców RP, uważa, że obniżka podatków jest co do zasady w warunkach polskich lepszym wyborem, niż zwiększanie wydatków, szczególnie transferów społecznych. Wynika to z faktu, że sektor publiczny za dużo wydaje - już ponad 51 proc. PKB. Zaś chcąc pozyskać wpływy w tej skali, wywołuje negatywne efekty wtórne, powiększa szarą strefę, demotywuje do pracy, wysiłku i podejmowania ryzyka.
Jego zdaniem wyższa kwota wolna zostawiłaby oszczędności w rękach osób słabiej zarabiających, a także zniechęciła do pracy w szarej strefie. Sprawiedliwym rozwiązaniem byłaby waloryzacja progów podatkowych i kwoty wolnej co roku wskaźnikiem wzrostu przeciętnej płacy. Wymagałoby to jednak to zmiany ustawy. W sytuacji, gdy płace rosną, PIT jest podatkiem automatycznie rosnącym.
Jego zdaniem, szczególnie niebezpieczne jest narastanie różnicy między drugim progiem podatkowym, wynoszącym 120 tys. zł, a tzw. 30-krotnością składek ZUS. W 2026 r. maksymalna roczna podstawa wymiaru składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe wynosi 282 600 zł.
-Ta różnica jest ogromna, a osoby zarabiające między 120 a 280 tys. zł płacą zarówno pełne składki na ZUS, jak i podatek 32 proc., czyli zostaje im mniej niż połowa ew. podwyżki. To promuje tzw. erozję bazy podatkowej, czyli zmniejszanie części dochodów opodatkowanych według skali na rzecz innych form i szarej strefy. Moim zdaniem drugi próg i 30-krotność powinny być zrównane, zaś kwota wolna powinna być zróżnicowana w zależności od statusu podatnika, np. wieku, posiadania dzieci. Przy ryzyku weta prezydenta jakiekolwiek kompleksowe zmiany podatków wydają się jednak niewykonalne - mówi Kamil Sobolewski.
Czytaj też w LEX: Zakaz monetyzacji długu wynikający z Konstytucji RP i prawa unijnego a polski program luzowania ilościowego >






