Paweł Lewandowski, wiceminister kultury, napisał we wtorek na Twitterze, że wersja dyrektywy o prawie autorskim (DSM)  przygotowana przez Komisję Prawną Parlamentu Europejskiego ogranicza wolność dyskursu w mediach i jest niezgodna ze stanowiskiem polskiego rządu uwzględnionym w projekcie Rady. Dodał, że rekomenduje wszystkim polskim europosłom odrzucenie tej wersji dokumentu. Chodzi o poprawki przyjęte 20 czerwca 2018 r. przez komisję. Tymczasem już  w czwartek 5 lipca europosłowie zdecydują, czy wersja wypracowana przez Komisję Prawną (JURI) zostanie przyjęta jako oficjalne stanowisko PE w trójstronnych negocjacjach z Radą UE i Komisją Europejską. Jeśli europosłowie postanowią nie przyznać Komisji JURI mandatu negocjacyjnego, debata o ostatecznym kształcie dyrektywy będzie musiała się odbyć na posiedzeniu plenarnym Parlamentu.

 


 

Protestują i apelują

List do polskich europosłów z apelem o głosowanie przeciwko przyznaniu Komisji JURI mandatu do negocjacji wysłało dziewięć organizacji pozarządowych. Podpisały go fundacje: ePaństwo, Panoptykon, Culture Shock, Pole Dialogu, Centrum Cyfrowe, Sieć Obywatelska Watchdog PolskaHelsińska Fundacja Praw Człowieka. Podkreślają w nim, że widzą dużą wartość w otwartym internecie i regulacji uwzględniającej prawa użytkowników i dlatego proszą o poparcie pomysłu, by debatę o reformie prawa autorskiego przeprowadzić na posiedzeniu plenarnym.

List przeciwko dyrektywie w obecnym kształcie do europosłów oraz premiera Mateusza Morawieckiego przesłały też organizacje pracodawców:  Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, Krajowa Izba Gospodarcza, Związek Pracodawców Technologii Cyfrowych Lewiatan, Związek Cyfrowa Polska oraz Startup Poland i  Fundacja Centrum Cyfrowe. Kontrowersje wzbudzają dwa artykuły: 11 wprowadzający tzw. podatek od linków oraz art. 13 mówiący o filtrowaniu. Wszyscy zgodnie ostrzegają, że przyjęcie ich negatywnie wpłynie na konkurencyjność całego sektora związanego z nowoczesnymi technologiami. Jedynie Izba Wydawców Prasy (IWP) przekonuje, że zmiana prawa  to jedyny ratunek dla niezależnego dziennikarstwa.
Do czwartku 5 lipca, do godz. 15  na znak protestu przeciwko sposobowi uchwalania nowej unijnej dyrektywy nie działa też Wikipedia.

O co chodzi z podatkiem od linków

W przypadku "podatku od linków” tak naprawdę nie chodzi o nową daninę, ale wprowadzenie praw pokrewnych dla wydawców prasy (z  ang.  ancillary copyrights). Jak wyjaśnia Fundacja Centrum Cyfrowe wersja dyrektywy popierana przez Komisję JURI w praktyce oznacza, że na korzystanie z danego artykułu  będzie  potrzebna nie tylko zgoda  samego autora, ale też wydawcy. W efekcie bez takiej zgody nie będzie można korzystać z krótkich fragmentów artykułów, tzw. snippetów.  .Zdaniem Fundacji Cyfrowe Centrum te przepisy uderzają jednak w otwarty obieg informacji w sieci – szkodząc startupom tworzącym innowacyjne usługi informacyjne. - Ucierpią też małe, lokalne redakcje, których nie obejmą porozumienia licencyjne negocjowane między dużymi graczami - uważa Alek Tarkowski, współzałożyciel i prezes Fundacji Centrum Cyfrowe. - Mogą one nie być wystarczająco interesującymi partnerami do porozumień licencyjnych ze względów ekonomicznych.

IWP zapewnia jednak, że rozwiązanie to jest korzystne przede wszystkim dla małych i średnich, także lokalnych wydawców, których nie stać na prowadzenie długotrwałych i kosztownych procesów sądowych w obronie swych praw.

Resort kultury ma jednak inne zdanie. - Polska od początku sprzeciwiała się objęciu ochroną każdego, nawet najkrótszego fragmentu publikacji prasowej, tak jak przewidywał to pierwotny projekt Komisji. Zgodnie z akceptowanym przez Polskę projektem Rady UE, państwa członkowskie będą mogły uzależnić ochronę fragmentów od ich oryginalności. W takim wypadku prawo pokrewne służyłoby wydawcom wyłącznie jako środek skuteczniejszej ochrony praw autorskich, które i tak im przysługują – tłumaczy Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.  I przypomina, że Polska nie poparła zmian dyrektywy o prawie autorskim* na jednolitym rynku cyfrowym zaproponowanej przez Komisję Europejską jesienią 2016 r. Następnie nasz kraj wraz z innymi państwami UE zaproponował  korzystniejsze rozwiązania, które zostały przyjęte przez Radę UE. Tymczasem obecny  projekt istotnie różni się od propozycji Komisji Europejskiej. Polski rząd nie akceptuje więc żadnych rozwiązań zmierzających do ograniczania wolności słowa w Internecie. Tu chodzi właśnie  m.in. o objęcie ochroną krótkich fragmentów artykułów prasowych.

Zaproponowane przez komisję JURI brzmienie, w odróżnieniu od ogólnego podejścia Rady, nie pozwala jednak państwom członkowskim na uzależnienie ochrony prawem pokrewnym od „oryginalności” materiału prasowego bądź jego fragmentu. Nie wyłącza też ochrony w przypadku treści z których wydawca prasowy korzysta na podstawie licencji niewyłącznej, a także przewiduje dłuższy czas ochrony (5 letni) w stosunku do jednego roku przyjętego przez Radę. W obu przypadkach jest on znacznie krótszy niż zaproponowany przez Komisję termin 20 lat. W konsekwencji zaproponowany przez Komisję JURI art. 11 jest niezgodny ze stanowiskiem polskiego Rządu.

 


 

Druga strona sporu

Organizacje pracodawców twierdzą zaś, że wydawcy już obecnie są wystarczająco chronieni. Izba Wydawców Prasy ma jednak inne zdanie. - Obecnie treści prasowe są bezprawnie kopiowane i udostępniane na stronach internetowych wielu podmiotów. Wydawcy i dziennikarze nie otrzymują należnych rekompensat, a większość wpływów z reklamy w sieci wędruje do światowych gigantów technologicznych, zwiększających swą atrakcyjność dzięki wykorzystaniu cudzych treści – podkreśla w swoim apelu IWP. I wyjaśnia dalej, że wydawcy nie zabiegają o przywileje, ale o równe traktowanie: prawo pokrewne, z którego od lat korzystają producenci filmowi, muzyczni, audiowizualni, producenci gier i programów komputerowych, bazujące na zasadzie: jeśli zarabiasz na cudzej twórczości, to podziel się zyskiem (chodzi o art. 2 i art. 3 Dyrektywy 2001/29/WE z 22 maja 2001 r. w sprawie harmonizacji niektórych aspektów praw autorskich i pokrewnych w społeczeństwie informacyjnym do których odnosi się art. 11 projektu).  I zdaniem IWP właśnie takie rozwiązanie, którego beneficjentami będą zarówno wydawcy, jak i dziennikarze, proponuje Komisja Prawna PE.

Wydawcy już dziś  dysponują domniemaniem posiadania prawa autorskiego do materiałów prasowych, ale przed sądem muszą ten fakt udowodnić, jeśli chcą chronić się przed ich naruszaniem. Często prowadzi to do konieczności wykazania w jednym postępowaniu sądowym, że wydawca ma prawa do setek artykułów prasowych. - Znaleźliśmy się więc pośrodku między dwiema skrajnymi tezami. Nie chcemy – jak Komisja Europejska - poszerzać uprawnień wydawcy, ale ułatwić mu realizację w praktyce praw, które już ma – tłumaczy Lewandowski.

Europejskie porażki

Organizacje pracodawców  podkreślają zaś wątek ekonomiczny. Wskazują, że z doświadczeń niemieckich i hiszpańskich wynika, że z ekonomicznego punktu widzenia koncepcja pobierania opłat za linkowanie nie ma sensu i nie przyniesie żadnych dochodów wydawcom.
- Doprowadzi za to do zamknięcia wygodnych dla użytkowników dróg dotarcia do poszukiwanych informacji oraz ruiny małych, lokalnych i specjalistycznych wydawców, którzy polegają na agregatorach, social mediach i wyszukiwarkach jako źródłach ruchu generującego dochód z reklam” – tłumaczą organizacje.

Tzw. podatek od linków wprowadzono cztery lata temu w Niemczech. Wyszukiwarki muszą odprowadzać opłaty licencyjne za wykorzystanie fragmentów tekstów dłuższych niż “pojedyncze słowa lub krótkie fragmenty”.  Google dopasowała się do tego prawa i ograniczył widoczność treści od dużych wydawców. Gdy ich czytelnistwo spadło, Axel Springer poprosił organizację VG Media, aby udzieliła firmie Google darmowej licencji na korzystanie z jego treści. Podobnie było w Hiszpanii, która wprowadziła “ancillary copyrights” aby umożliwić wydawcom zarabianie na linkach do ich gazet. W reakcji Google zamknęła hiszpański Google News - przestał być opłacalny. Wówczas wydawcy zaczęli protestować przeciwko zamknięciu usługi.

Nie dla filtrowania

Drugi kontrowersyjny element projektu dyrektywy to art. 13. Wprowadza on obowiązek filtrowania internetu w celu ochrony praw autorskich, a także odpowiedzialność prawną dostawców usług internetowych za treści zamieszczenie przez ich użytkowników. Paweł Lewandowski tłumaczy, że filtrowanie treści ma pomóc wyszukać te, które są objęte prawami autorskimi i są nielegalnie wykorzystywane przez agregatory.

Fundacja Centrum Cyfrowe ostrzega jednak, że w praktyce oznacza to prewencyjne monitorowanie treści zamieszczanych przez użytkowników i blokowanie dostępu do tych, które algorytmy uznają za naruszenie prawa autorskiego. - Jest to bezprecedensowy przykład prywatyzacji procesu decydowania o tym, co jest zgodne z prawem autorskim, a co nie - mówi Alek Tarkowski. - Małe i niezależne platformy, nieposiadające odpowiedniego finansowania, nie będą miały środków na wprowadzenie tego typu narzędzi – w efekcie prawo nazywane w kuluarach “anty Google” doprowadzi do jeszcze większej centralizacji internetu i ograniczy wolność wypowiedzi użytkowników internetu - uważa Tarkowski.

Z kolei zdaniem organizacji pracodawców tak skonstruowane przepisy wywołają nieprzewidywalne konsekwencje i szkody dla innowacyjnych przedsięwzięć i całego rynku e-commerce. - Dostawcy usług w internecie będą bowiem zobligowani do wprowadzenia specjalnych filtrów w celu uniknięcia grożących im konsekwencji za ewentualne naruszenie praw autorskich. - Można bowiem z góry założyć, że nadmierna ostrożność wydawców skutkowałaby wręcz cenzurą. Jest to sprzeczne z ideą Unii Europejskiej, która miała być otwarta dla obywateli i której jednym z podstawowych założeń był rozwój społeczeństwa informacyjnego oraz konkurencyjność europejskiego przemysłu i kultury – zauważono w liście.

Według resortu kultury kryterium „proporcjonalności” obowiązków blokowania dostępu do nielegalnych treści zostało ujęte w sposób zbyt ogólny, przez co jego stosowanie w praktyce może podlegać rozbieżnym interpretacjom. W szczególności nie wskazano wprost, że obowiązki te muszą uwzględniać wielkość usługodawcy, w tym jego status mikro- bądź małego przedsiębiorcy. Dlatego w swoim stanowisku Polska podkreślała, że projektowane mechanizmy nie powinny zakłócać konkurencji poprzez wzmacnianie pozycji przedsiębiorstw o silnej pozycji rynkowej.