Minister rozmawiał z samorządowcami o subwencji oświatowej na 2020 rok.  Zdaniem szefa resortu edukacji wynagrodzenia przynajmniej częściowo winny oddawać jakość pracy nauczycieli. To postulat, który od lat zgłaszają samorządowcy. Przeprowadzenie tego jednak nie będzie łatwe, zważywszy na fakt, że związki zawodowe nauczycieli gwałtownie protestują przeciwko jakimkolwiek próbom wprowadzenia elementu oceny nauczycieli i  wprowadzenia dodatku motywacyjnego dla najlepszych.

Minister Piontkowski chce się do tego zadania dobrze przygotować, przeprowadzić analizy i sprawdzić, jak to wygląda w innych krajach, również w kontekście wzrostu płacy minimalnej. Perspektywa wzrostu płacy nauczycielskiej do poziomu 4 tysięcy zł ma nastąpić w perspektywie najbliższych 2-3 lat, więc dyskusję trzeba rozpocząć szybko.

W tym kontekście zapowiedział, że subwencja na przyszły rok wzrasta o 2,8 mld zł do 49,7 mld zł, czyli o około 6 procent. Zapewnił, że jest żywo zainteresowany tym, by skala środków na edukację była jak największa, bo wychodzi z założenia, że każdy wydatek na ten cel jest inwestycją, a nie kosztem.

Czytaj: Wydatki na oświatę wyższe, ale nie uwzględnią wzrostu płacy minimalnej>>
 

 


Pieniędzy realnie mniej

Samorządowcy są do dyspozycji ministra edukacji w kwestii wypracowania jak najlepszych rozwiązań, bo kieruje nimi troska o jakość edukacji, dobro uczniów, a także nauczycieli. - Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? – pytał retorycznie prezydent Lublina, Krzysztof Żuk. I stanowczo domagał się pokazywania „drugiej strony wzoru”, czyli uznania przez rząd, że co prawda rośnie subwencja oświatowa, dochody JST z podatków PIT i CIT - jednak dużo szybciej rosną wydatki na zadania bieżące, związane ze wzrostem cen energii, usług, podwyżki płacy minimalnej.

Andrzej Porawski, sekretarz Komisji ze strony samorządowej przypomniał, że w 2004 roku subwencja oświatowa wystarczała na pokrycie 98 proc. wynagrodzeń nauczycieli i 73,7  proc. wydatków bieżących. W 2018 roku starczała już zaledwie na 85 proc. płac oraz 61 proc. wydatków bieżących. To pokazuje, że choć nominalnie subwencja rośnie, realnie w budżetach samorządowych pieniędzy jest mniej. - Chcemy, by subwencja pokrywała chociaż 90 proc. płac, powiedział.

Gminy borykają się z depopulacją

Inne problemy, związane z niekorzystnymi trendami demograficznymi mają gminy wiejskie i małe miasteczka. Jak mówił  Stanisław Jastrzębski, wójt gminy Długosiodło w jego gminie są takie roczniki, gdzie w klasie jest od 2 do 9 uczniów, a finansowo bilansuje się dopiero oddział 25-osobowy. To pokazuje, jaka jest skala dopłat do szkół. Rocznie w gminie Długosiodło ubywa setka dzieci, prognozy mówią, że w kolejnych latach będzie trochę lepiej – około 60 dzieci. Na same wynagrodzenia brakuje tam dziś już prawie 3 mln zł.
Gminy wiejskie obliczyły, że w 2020 r. ponad 700 gmin będzie miało nadwyżkę budżetową poniżej 1 mln zł, w kolejnym roku – już ponad 1000 gmin. Nie będą więc miały już z czego „inwestować w oświatę”, według określenia ministra edukacji. Dlatego konieczne jest wypracowanie nowych rozwiązań, jednym z nich może być wprowadzenie zasady, że klasa nie może liczyć mniej niż 18 osób.


Dynamika zmian na gorsze w powiatach

Bardzo zła jest sytuacja powiatów, zwłaszcza ziemskich. Wzrost luki finansowej na 2020 rok do roku jest dwukrotnie wyższy niż wzrost dochodów z PIT. Łączna luka finansowa w powiatach może wynieść w przyszłym roku około 1,9 mld zł. W związku z tym powiaty, które nigdy nie miały dużych dochodów własnych - tną wydatki w innych obszarach niż oświata, by zbilansować to, co MEN wymusza w edukacji.

Poprawić współpracę z kuratorami

Samorządowcy zwracają uwagę na bardzo złą współpracę z kuratorami oświaty, którzy bez racjonalnych przyczyn negują próby racjonalizacji sieci szkolnej. Drastyczny przykład podał prezydent Sopotu Jacek Karnowski, który dopiero w sądzie wygrał z kuratorem, odmawiającym przeniesienia szkoły ze starego do nowego budynku.
Minister Piontkowski obiecał wpłynąć na kuratorów tak, by decyzje przez nich podejmowane były racjonalne i brały pod uwagę merytoryczne argumenty samorządowców.

Bez ministra finansów ani rusz

Zarówno samorządowcy, jak i minister edukacji uważają, że aby dokonać zmian, w rozmowach o oświacie musi uczestniczyć minister finansów, bo to on jest „trzymającym kasę”. Z kolei wiceminister finansów, Tomasz Robaczyński chce przeprowadzić szeroką debatę w gronie ekspertów. Trwa powoływanie zespołów, które mają się zająć dyskusją na temat finansowania JST, nie tylko w kwestiach związanych z oświatą. -  Musimy mieć ten sam poziom wiedzy i te same dane w kwestii finansowania samorządu terytorialnego. Musimy przetworzyć stronę dochodową JST, również w aspekcie oświaty, uważa wiceminister. Według resortu finansów jednym z równoprawnych elementów w dyskusji powinny być koszty. Ważne jest sprawdzenie, jak one rosną, dlaczego i jak ten wzrost minimalizować. Trzeba przeanalizować, czy na pewno wszystkie koszty są uzasadnione, czy musi być tylu nauczycieli, czy można zmienić sieć szkolną itp.

Przełomowa dyskusja

Samorządowcy są gotowi do takiej merytorycznej dyskusji. I uznali, że - pomimo różnic w spojrzeniu na koszty związane z edukacją - dwuipółgodzinna debata, w której wzięli udział minister edukacji, Dariusz Piontkowski oraz wiceminister finansów, Tomasz Robaczyński  jest przełomowa. Bo po raz pierwszy od długiego czasu minister edukacji znalazł czas, by spotkać się z samorządowcami, wysłuchać ich wersji, a wreszcie - zapowiedzieć dalsze rozmowy.