Uświadomiłam to sobie niedawno czytając wywiad z europarlamentarzystką Różą Thun, który nie wzbudził tak szerokiego zainteresowania w opinii publicznej, jak powinien. Zwłaszcza prawnicy powinni się nad nim pochylić.
Opisała ona w nim sytuację związaną z ewentualnym, jeżeli by nam to miało grozić, Polexitem. Mianowicie wszyscy zakładają, że każdy akt przeciwny załatwieniu jakiejś sprawy wymaga działania przeciwnego w takiej samej formie. Czyli jeżeli mamy do czynienia w przypadku naszej akcesji do Unii Europejskiej z referendum, to dla decyzji o wystąpieniu też obowiązkowe byłoby referendum. Otóż okazuje się, że nie, ponieważ w 2010 roku wprowadzono zmianę w ustawie  z 2000 r., o umowach międzynarodowych, zresztą dość mocno ukrytą w przepisach wprowadzających inną ustawę -  o koordynacji współpracy między Sejmem i Senatem, w związku z członkostwem w UE.  

Czytaj: Prof. Łętowska: Nękanie prawem może być represją>>

Wystarczy zwykła większość parlamentarna

No i w tych przepisach zawarto taką zmianę, że zwykła większość parlamentarna plus stosowna notyfikacja przez Prezydenta ewentualnej decyzji wystarczy. To jest bardzo niebezpieczne, ponieważ uzależnia możliwość podjęcia decyzji w tak ważnej sprawie od woli zwykłej większości parlamentarnej, co przecież może być sprawą aktualną w jakimś momencie i przejściową. Politycznie jest to też niebezpieczne, ponieważ taka większość parlamentarna powstaje czasem bez związku z proporcjami wynikającymi z głosowania w wyborach. Do tego bywa, że takie większości powstają pod wpływem różnych zdarzeń i emocji, na przykład obrazili nas tam w tej Brukseli czy  ukrzywdzili w Luksemburgu. Zresztą mieliśmy niedawno tego przykład, gdy europejska sieć rad sądownictwa zwiesiła w prawach członka naszą KRS. Natychmiast w tym organie zorganizowano głosowanie w sprawie wystąpienia z tej organizacji. Nie przeszło, ale w takich sytuacjach czasem jeden głos może przeważyć, albo czyjaś nieobecność.

Decyzja trudna do odwrócenia

Jest wprawdzie jakimś pocieszeniem, że tego typu decyzje nie przynoszą skutków bezpośrednich, one wymagają pewnej karencji, w tym wypadku Traktat o Unii Europejskiej wymaga dwóch lat. Ale przykład Wielkiej Brytanii pokazuje, że nawet jeśli w pewnych środowiskach przychodzi potem otrzeźwienie, to cofnięcie takiej decyzji jest bardzo trudne, o ile w ogóle możliwe. Jeśli więc pojawiają się wypowiedzi o podobieństwie sytuacji prawnej Polski i Wielkiej Brytanii, to ja twierdzę, że u nas taka akcja jak ich decyzja o wyjściu z Unii Europejskiej, byłaby znacznie łatwiejsza. O czym się przekonałam sprawdzając sama to, co przeczytałam w wywiadzie z europosłanką.

Czytaj: Prof. Łętowska: Do SN trafi dobry naukowiec, ale w niedobrych okolicznościach>>

Nieświadoma zmiana?

Ja nie przypuszczam, by wprowadzenie tego  dramatycznego ułatwienia procedury do naszego prawa było aktem świadomym. To raczej tak wyszło przy okazji (chociaż kto wie?). Ale ten przepis jest przykładem skutków pośpiesznego i bezrefleksyjnego stanowienia prawa. Prawdopodobnie ktoś, kto dopisał ten przepis do projektu (była wersja bardziej stabilizująca nasze członkostwo), podobnie jak ci, którzy za tą ustawą głosowali, nie zdawali sobie sprawy, że tworzą takie właśnie prawo.

To stało się w 2010 roku, ale przecież od tego czasu jakość prac parlamentarnych nie polepszyła się, a raczej pogorszyła się, przyspieszenie nabrało dodatkowego tempa, a ekspertów słucha się jeszcze mniej niż kiedyś. Wydaje mi się, że mamy powody do niepokoju, i jako prawnicy, i jako obywatele, co mogłoby się stać, gdyby ktoś rzucił hasło, że my do tej Unii przecież w ogóle nie musimy należeć.
Takiej perspektywy wcale nie przekreślają wyniki sondaży pokazujące, że większość Polaków jest zadowolona z przynależności do Unii Europejskiej. To jest bardzo kruche, łatwo o zmiany nastrojów politycznych, a gwarancje prawne w takiej sytuacji okazałyby się dość słabe.

Zanotował Krzysztof Sobczak