To kolejne w tym roku spotkanie lekarzy z resortem zdrowia.  - Rozmowy koncentrowały się wokół nakładów na ochronę zdrowia i możliwości wcześniejszego osiągnięcia tego poziomu zapisanego w ustawie. Ten poziom 6 proc. najprawdopodobniej uda się osiągnąć wcześniej - powiedział po spotkaniu rzecznik resortu zdrowia Wojciech Andrusiewicz.

 


Rezydenci chcą by nakłady w 2024 roku osiągnęły pułap 6,8 proc. produktu krajowego brutto, ale liczony do roku poprzedniego, czyli według metodologii obowiązującej w UE. Resort zakłada, że wydatki w 2024 roku osiągną 6 proc. PKB (około 160 mld zł). - Wydaje się, że jest pole do tego, by ten poziom wzrósł faktycznie dynamiczniej niż planuje resort zdrowia, by było to więcej niż te 6 proc. PKB - zaznaczył przewodniczący Porozumienia Rezydentów OZZL Piotr Pisula.

Czekaj: W szpitalach brakuje nawet dyrektorów i ordynatorów>>

MZ przygotuje analizę finansową

Z kolei Mikołaj Sinica, przedstawiciel rezydentów uczestniczący w spotkaniu w resorcie zdrowia przypomniał, że średnie wydatki na ochronę zdrowia w UE to 7,2 proc. Dodał, że rezydenci poruszyli też kwestię zwiększenia finansowania pensji, ale tutaj również za wcześnie, by mówić o konkretnych ustaleniach. Obie strony zgodziły się jednak, że ochrona zdrowia potrzebuje zastrzyku finansowego. Resort zadeklarował, że na następne spotkanie przygotuje kalkulację dotyczącą wzrostu nakładów.

- Ten wzrost nakładów musi zostać przyspieszony. Ministerstwo zgodziło się przygotować analizę finansową z różnymi wariantami. Obiecało przedstawić ją na kolejnym spotkaniu. Wtedy już będziemy mogli rozmawiać o konkretnych kwotach - wskazuje Sinica.

Kolejnym tematem były zbyt długie kolejki do specjalistów, również w kontekście zapowiedzi resortu dotyczącego zniesienia od 1 marca limitów na pierwszorazowe wizyty do kardiologa, ortopedy, endokrynologa i neurologa. - Czas pokaże, czy ten pomysł jest realną formą walki z kolejkami - powiedział Pisula. 

Czytaj: Spotkanie z rezydentami przesunięte, powód - koronawirus>>

Rozmawiano także o wizytach "no show", czyli tych, które nie odbywają się, bo nie są odwoływane przez pacjentów. Według szacunków mogą one stanowić nawet 30 proc. wszystkich umawianych wizyt.

 


Rezydenci podkreślali, że problemem jest tu brak efektywnie funkcjonującego systemu kolejkowego. - Niejednokrotnie spotkałem się z tym, że pracując w specjalistycznej przychodni przychodziło 5 pacjentów na umówionych 12. Trudno się temu dziwić. Ludzie po prostu zapominają, bo umawiani są na przykład za trzy lata - mówi Sinica.