Obowiązująca od 1 lipca ustawa o minimalnym wynagrodzeniu w ochronie zdrowia wywołała protest medyków, bo dzieli pracowników. Nie chodzi jednak tylko o podzielenie pielęgniarek, ratowników medycznych, fizjoterapeutów, diagnostów laboratoryjnych na lepiej i gorzej zarabiających ze względu na rodzaj umowy na której pracują, czy wymagane na stanowisku kwalifikacje, a nie posiadane, o czym pisaliśmy w Prawo.pl. Podwyżek w ogóle nie dostali tzw. pracownicy administracyjni. Jednak sami protestujący z nimi nie rozmawiają. Choć w ich postulatach jest propozycja, aby zawody niemedyczne zarabiały ok. 4,6 tys. zł, a dokładnie 0,8 średniej krajowej, czyli przeciętnego wynagrodzenia, które obecnie wynosi 5775,25 zł.  Jak mówi Prawo.pl Krystian Karol Krasowski, koordynator projektu Personel Pomocniczy w Ochronie Zdrowia, nikt z nimi niczego nie konsultował, choć jego wpisy w mediach społecznościowych i wypowiedzi są bacznie śledzone. Dodaje, że formalnie nie ma jeszcze związku zawodowego i być może dla tego nikt z personelem pomocniczym nie rozmawia. Tyle, że 5 października przedstawiciele projektu spotkają się w Warszawie, aby  podpisać dokumenty potrzebne do rejestracji związku zawodowego. W ich obronie na razie stają dyrektorzy szpitali.

 

Informatyk, sekretarka bez podwyżki

Jakub Kraszewski, dyrektor Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Gdańsku zauważa, że zwykle mówi się o pielęgniarkach i lekarzach jako podstawie systemu, ale w obecnych czasach bez innych pracowników nie da się zarządzać szpitalem. - Oni stanowią 15 proc. zespołu, zapewniają, że działają np. systemy komputerowe czy systemy wentylacji i dostarczania gazów medycznych. NFZ dostaje faktury, a szpital płatności, i rząd o nich zapomniał. Sekretarki medyczne dostały podwyżki, ale moja sekretarka, czy osoba zajmująca się rachunkowością - nie. To nie ma nic wspólnego z solidaryzmem społecznym, dlatego ja ich nie pominąłem, bo wielu z nich miałoby wynagrodzenia na poziomie płacy minimalnej - dodaje Kraszewski.  Także dr Jerzy Friediger, dyrektor Szpitala Specjalistycznego im. Stefana Żeromskiegow Krakowie uważa, że bez pracowników administracyjnych i technicznych, leczenie chorych nie jest możliwe. - Pozostawienie wysokości ich zarobków na tym samym poziomie sprawi, że odejdą w poszukiwaniu nowego miejsca pracy - dodaje.

Wiele szpitali publicznych finansowanych przez Narodowy Fundusz Zdrowia nie jest w stanie sprostać oczekiwaniom płacowym grup zawodowych pominiętych w ustawie. Chodzi o referentów, statystyków, sekretarki i rejestratorki medyczne, pracowników kadr, księgowości, zaopatrzenia, sprzątaczki, salowe, pomoc laboratoryjną, pracowników centralnych sterylizatorni, informatyków oraz obsługę techniczną. Dlatego pracodawcy też popierają protestujących.

Dyrektorzy i prezesi szpitali popierają protestujących

- Wbrew informacjom z ministerstwa szpitale nie otrzymują środków finansowych na podwyżki dla personelu pominiętego w ustawie Zaspokojenie oczekiwań ze środków własnych, to dla większości szpitali pogorszenie wyniku, zadłużanie się, niewypłacalność, widmo likwidacji - czytamy w liście otwartym dyrektorów i prezesów szpitali do protestujących medyków. I dodają, że jako pracodawcy popierają postulaty zgłaszane przez protestujących pracowników ochrony zdrowia. Pod listem wspierającym starania o godne warunki pracy i podpisali się:  Władysław Perchaluk, prezes zarządu Związku Szpitali Powiatowych Województwa Śląskiego, Waldemar Malinowski, prezes zarządu Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali,  Jarosław Fedorowski, prezes zarządu Polskiej Federacji Szpitali, Adam Styczeń, prezes zarządu Stowarzyszenia Szpitali Małopolski, Remigiusz Pawelczak, prezes zarządu Wielkopolskiego Związku Szpitali Powiatowych. I oczekują pilnego wzrostu finansowania szpitali, dostosowania wyceny świadczeń do kosztów.  

Krzysztof Żochowski, wiceprezes Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych podkreśla, że szpital musi stanowić swego rodzaju jedność, musi działać wspólnie, a na leczenie pacjentów składa się praca wszystkich jego pracowników. W jego ocenie rząd nie powinien decydować o zarobkach kadry i administracji medycznej, a obecny problem wynagrodzeń przestałby istnieć dzięki racjonalnej wycenie świadczeń. Podwyżki wycen w zeszłym tygodniu w środę w Karpaczu na XXX Forum Ekonomicznym zapowiedział Adam Niedzielski, minister zdrowia.

 


Będzie więcej na szpitale i specjalistów

Adam Niedzielski chce przeznaczyć dodatkowo ponad 1,2 mld zł na leczenie szpitalne i ambulatoryjne już od 1 lipca tego roku, a zatem wstecznie. Wyceny mają wzrosnąć o 7 punktów procentowych. To oznacza, że budżet NFZ z planowanych 105,4 mld zł powinien wzrosnąć do 107,6 mld zł. Pieniądze te pójdą przede wszystkim na zwiększenie ryczałtu, głównie dla szpitali powiatowych. - Ta zmiana będzie oznaczała przetransferowanie do szpitali blisko 750 mln zł w perspektywie półrocza. Te środki będą mogły być przeznaczone na uregulowanie wynagrodzeń pozostałych zawodów medycznych. Tych, które nie były beneficjentami rozwiązań związanych z minimalnym wynagrodzeniem w ochronie zdrowia - mówił minister. Prezes NFZ Filip Nowak na przykładzie szpitala w Świdnicy pokazał, że dzięki nowym wycenom od 1 lipca lecznica otrzyma dodatkowo 2 mln zł, zaś Szpital w Oławie 700 tys. zł. Prezes Nowak zapowiedział, że ta nowa wycena świadczeń będzie kontynuowana w następnych latach. Tyle, że pracownicy objęci ustawą podwyżki dostali już za miesiąc lipiec, a kiedy zostaną zwiększone wyceny wciąż nie wiadomo. Nie wiadomo też o ile i jakie świadczenie wzrosną.