Mieszkańcy Polski postrzegają Warmię i Mazury przede wszystkim jako miejsce dobre do wypoczynku. Przez ostatnie 25 lat infrastruktura turystyczna rozwinęła się i unowocześniła, choć problemem pozostaje słaba sieć dróg. Region korzysta na bliskości granicy z obwodem kaliningradzkim. Mimo tych atutów ponad 20 proc. mieszkańców województwa nie ma pracy, a wielu młodych ludzi szuka zatrudnienia za granicą.

W okresie PRL gospodarczy krajobraz Warmii i Mazur, które także dziś są regionem typowo rolniczym, był zdominowany przez Państwowe Gospodarstwa Rolne (PGR), które pod koniec lat 80. ub. wieku zaczęły chylić się ku upadkowi. Transformacja ustrojowa, wstrzymanie dotacji i wprowadzenie gospodarki rynkowej przypieczętowały ten proces.

Jak podał PAP Jan Rzeszutek z warmińsko-mazurskiego oddziału Agencji Nieruchomości Rolnych, przed 1989 r. udział gospodarki uspołecznionej we władaniu ziemią sięgał na tych terenach 50 proc., a w niektórych gminach, jak Barciany czy Korsze, nawet 60 proc. PGR-y były zorganizowane w duże kombinaty rolne, jak Łyna czy Mazury, a Kętrzyńskie Zjednoczenie Rolniczo-Przemysłowe było największym w Polsce gospodarstwem rolnym liczącym 100 tys. ha.

W 1990 r. w wielkich kombinatach rolnych na terenie warmińsko-mazurskiego pracowało 65 tys. osób. W ciągu następnych dwóch lat dwie trzecie z nich zostało zwolnionych lub przeszło na wcześniejsze emerytury. Państwo nie wspierało procesu przekształceń, pracownicy zasili szeregi bezrobotnych - nieliczni znaleźli pracę w nowych gospodarstwach. Upadek PGR-ów przyczynił się do wzrostu bezrobocia w niektórych gminach nawet o 90 proc.

"Zabrakło refleksji, że najważniejszy był i jest człowiek" - wskazał historyk z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego prof. Stanisław Achremczyk, nawiązując do okresu wprowadzania zasad wolnego rynku. "Konsekwencje były oczywiste; byli pracownicy PGR-ów po ich upadku zostali pozostawieni sami sobie i nie poradzili sobie. Zabrano im miejsca pracy, nie dając nic w zamian. Właściwie nikt nie chciał się nimi zajmować; ponieważ zostali bez jakiekolwiek pomocy i wsparcia, pojawiły się takie społeczne problemy jak marazm, pijaństwo, bieda"- podkreślił profesor.

Jego zdaniem gdyby ponad 20 lat temu pozostawiono dochodowe PGR-y, mogłyby one być przejęte przez pracowników w formie spółek pracowniczych. Likwidacja państwowych gospodarstw oznaczała również degradację infrastruktury wokół nich - oprócz ziemi, maszyn, zwierząt hodowlanych i zabudowań, PGR-y miały też przedszkola, przychodnie lekarskie, kluby i boiska sportowe. Pozostały mieszkania, które byli pracownicy prawie wszystkie wykupili na preferencyjnych warunkach, płacąc za nie 10-15 tys. zł. Właśnie te mieszkania stały się "kulą u nogi" dla mieszkańców dawnych popegeerowskich osiedli, którzy przeważnie nie szukali już pracy gdzieś dalej.

Przez ostatnie lata w miejsce pegeerowskich przedsiębiorstw powstały rolne latyfundia, których właściciele korzystają szeroko z unijnych dotacji. Tym samym utrzymany został rolniczy charakter regionu, choć na innych zasadach. Skutki likwidacji PGR-ów i brak dużych zakładów pracy powodują, że region dotąd nie poradził sobie z największym od lat problemem, jakim jest wysokie bezrobocie. Obecnie wynosi ono ponad 20 proc. i należy do najwyższych w kraju.

Dla wielu młodych, dobrze wykształconych i przygotowanych zawodowo ludzi jedynym wyjściem jest emigracja zarobkowa. Wyjeżdżają w poszukiwaniu pracy do innych regionów w Polsce i zagranicę. Ci, którzy znaleźli tam dobrą pracę, ściągają następnych. Ewenementem w skali kraju może być przykład mieszkańców gminy Stare Juchy pod Ełkiem, którzy od lat emigrują zarobkowo do Islandii. Na tę wyspę z gminy liczącej 4 tysiące mieszkańców wyjechało do pracy 400 osób. Nazywają siebie "Juchasami".

Jednym z coraz lepiej wykorzystywanych atutów Warmii i Mazur była i pozostaje bliskość granicy z obwodem kaliningradzkim, choć dopiero od niedawna mieszkańcy przygranicznego rejonu mogą w pełni z tego korzystać. Na początku lat 90. - jak powiedział Tadeusz Baryła z Centrum Badań Wschodnich w Ośrodku Badań Naukowych w Olsztynie - ruch turystyczny między ówczesnym województwem olsztyńskim a obwodem kaliningradzkim był incydentalny i dość ograniczony.

"Organizowano wyjazdy oficjalnych delegacji, wymiany młodzieży szkolnej, sportowców, artystów. Popularne były także wyjazdy do sanatoriów położonych w obwodzie kaliningradzkim. Obecnie ruch na granicy jest nieograniczony. Wpłynęło na to wprowadzenie przepisów o małym ruchu granicznym w połowie 2012 r."- podkreślił. Od tego czasu polsko-rosyjską granicę przekroczyło 10,5 mln osób.

Jak zauważył Baryła, podróże mają często wymiar czysto ekonomiczny. Wartość towarów kupionych w Polsce, z których Rosjanie uzyskują zwrot podatku VAT, wyniósł w tym czasie 164 mln zł. Mieszkańcy obwodu kaliningradzkiego przyjeżdżają na Warmię, Mazury oraz na Pomorze by kupić elektronikę, żywność, towary luksusowe, ale i wypocząć w wysokiej klasy hotelach czy SPA.

"Przez 25 lat na Mazurach infrastruktura turystyczna zmieniła się nie do poznania" - powiedział szef warmińsko-mazurskiego PTTK Marian Jurak. "Kiedyś standardem były noclegi w domkach campingowych czy w namiotach. Najpopularniejszymi łódkami do pływania były omegi. Teraz baza noclegowa jest przeogromna i zróżnicowana a jachty są bogato wyposażone: z kuchniami, łazienkami, ogrzewaniem na pokładzie"- podkreślił.

Są jednak i słabe strony. Jak zauważył Jurak, kiedyś koleją czy autobusem PKS można było dojechać wszędzie i były to środki transportu, z których korzystali prawie wszyscy. Teraz aby sprawnie dojechać na Mazury trzeba dysponować własnym samochodem. To sprawia, że w pełni sezonu ulicami Mikołajek czy Giżycka trudno jest przecisnąć się między zaparkowanymi autami. Jednak także dojazd na Mazury samochodem nie jest wolny od problemów. Mimo budowanych w ostatnich latach w lepszym standardzie dróg krajowych i wojewódzkich, region wciąż jest postrzegany jako wykluczony komunikacyjnie. Nie ma regionalnego lotniska; ma ono dopiero powstać w Szymanach koło Szczytna w 2015 r.

Dla mieszkańców Warmii i Mazur transformacja ustrojowa oznaczała nie tylko przemiany społeczne czy zmiany w infrastrukturze, ale także swoisty przełom w postrzeganiu dziedzictwa regionu; na jego historię przestano patrzeć jednostronnie. Mieszkańcy zaczęli na nowo odkrywać tożsamość kulturową tej ziemi, jej złożoną historię, a także to, że ludność nie jest jednorodna, ale stanowi swoistą mozaikę etniczną. Przyjmuje się, że ok. 8 proc. mieszkańców to mniejszości narodowe.

W ocenie historyka, Warmiaka z urodzenia dr Jana Chłosty, dopiero po 1989 r. zaczęto otwarcie mówić o tym, że region to pogranicze polsko-niemiecko-litewskie, gdzie mieszkali i mieszkają rdzenni mieszkańcy - Warmiacy i Mazurzy - ale także i Ukraińcy, którzy trafili na te tereny po akcji Wisła w 1947 r.

"Likwidowano białe plamy, zaczęto dostrzegać rola Kościoła katolickiego w życiu przedwojennych i powojennych mieszkańców, można było mówić otwarcie o obecności Polaków na południowej Warmii przed 1945 rokiem, o wkroczeniu Armii Czerwonej i o tym wszystkim, co oni tu czynili. Nie pisano wcześniej także o losie ok. 100 tys. Niemców, Warmiaków i Mazurów deportowanych z Prus Wschodnich do ZSRR, którzy odbudowywali ten kraj ze zniszczeń wojennych"- podkreślił dr Chłosta.

Po 1989 roku powstały organizacje pozarządowe, które zaczęły przywracać pamięć o wielokulturowości regionu. Jedną z nich jest Stowarzyszenie Wspólnota Kulturowa Borussia, która poprzez wydawnictwa, programy wolontariatu czy projekty odnowy zabytków przypominała o złożoności kulturowej tej ziemi.

Jednym z takich projektów było przywrócenie świetności zabytkowi Bet Tahara. To dom przedpogrzebowy, który zaprojektował Erich Mendelsohn - światowej sławy olsztyński przedwojenny architekt żydowskiego pochodzenia. W niszczejącym przez lata budynku było m.in Archiwum Państwowe, obecnie mieści się tam Centrum Dialogu Międzykulturowego.

Odkrywanie wielokulturowości przejawiło się także w renowacji pałaców i dworków należących niegdyś do arystokracji wschodniopruskiej. Autorka książek o pałacach i dworkach we Wschodnich Prusach Małgorzata Jackiewicz-Garniec oceniła, że aby renowacja zabytkowych budowli udała się, nowi właściciele zabytków - oprócz dużych nakładów - musieli wykazywać się prawdziwą pasją i mieć pomysł na zagospodarowanie tych miejsc.

"Udało się to z pewnością w pałacach w Galinach i Nakomiadach - to dwa świetne przykłady restauracji obiektów. W pozostałych przypadkach właściciele nie podołali kosztom albo zabrakło im koncepcji dalszej działalności w takich obiektach" - podkreśliła Jackiewicz-Garniec, wskazując, że na pieniądze i remonty czekają wciąż np. pałace w Doroszach czy w Sztynorcie. "Jest idea, ale brakuje pieniędzy - wielka szkoda"- podsumowała.

(PAP)