Wysokość zadośćuczynienia pieniężnego za doznaną krzywdę - zagadnienie ciągle kontrowersyjne
Dążenie do tego, by kwoty zadośćuczynienia były utrzymane "w rozsądnych granicach" nie może prowadzić do podważenia funkcji kompensacyjnej zadośćuczynienia. Przy ustalaniu jego "odpowiedniej" wysokości nie można nie uwzględniać tendencji orzecznictwa sądowego w podobnych przypadkach. Takie stanowisko zajął Sąd Najwyższy w wyroku z 28 stycznia 2010 r.
Sąd Najwyższy (I CSK 244/09, LEX Nr 570118) odwołał się do podobnego poglądu wyrażonego przez Sąd Najwyższy w wyroku z dnia 30 stycznia 2004 r. I CK 131/03, LEX Nr 141820. Sąd Najwyższy w przywołanym orzeczeniu z 2004 r. stwierdził, że subiektywny ze swej istoty charakter krzywdy ogranicza wprawdzie przydatność kierowania się przy ustalaniu wysokości zadośćuczynienia sumami zasądzonymi z tego tytułu w innych przypadkach, lecz nie eliminuje jej całkowicie. Ze względu na niemożliwość przeliczenia krzywdy na pieniądze, konfrontacja danego przypadku z innymi może dać orientacyjną wskazówkę co do wysokości odpowiedniego zadośćuczynienia w podobnych przypadkach i pozwolić uniknąć znaczących dysproporcji.
Zaprezentowany w tych. orzeczeniach Sądu Najwyższego pogląd, choć słuszny co do intencji, może rodzić niebezpieczne w skutkach konsekwencje. Nie ulega bowiem wątpliwości, że o rozmiarze należnego zadośćuczynienia pieniężnego za doznaną krzywdę powinny w zasadzie decydować okoliczności indywidualne danego przypadku wpływające na rozmiar krzywdy a więc stopień cierpień fizycznych i psychicznych: ich intensywność, czas trwania, rokowania na przyszłość, negatywne zmiany w psychice, niepewność perspektyw. Nie bez wpływu na rozmiar krzywdy pozostaje też ogólna sytuacja zdrowotna i życiowa poszkodowanego, brak szans na przyszłość oraz poczucie nieprzydatności społecznej a także stopień zaniedbań lub winy sprawcy szkody i jego postawa.
Wpływ na wysokość zadośćuczynienia powinny mieć również aktualne stosunki majątkowe społeczeństwa i wysokość przeciętnej stopy życiowej. Zadośćuczynienie powinno bowiem być "odpowiednie", a więc uwzględniać także poziom życiowy społeczeństwa, co pozwoli uniknąć zasądzania kwot nie odpowiadających społecznemu poczuciu sprawiedliwości: wygórowanych lub zaniżonych.
Odwoływanie się zatem do tendencji orzecznictwa sądowego w podobnych przypadkach, jak to sugeruje Sąd Najwyższy, może doprowadzić do niebezpiecznych sytuacji.
Ryzyko dopuszczenia możliwości "podglądania" innych sądów, które orzekały w podobnych wypadkach może wiązać się m.in. z tym, że sądy niższych instancji będą skupiać się na poszukiwaniu podobnych spraw, w których orzekał m.in. Sąd Najwyższy i sugerować jego decyzjami, kosztem indywidualnej oceny każdego przypadku.
Znane jest zjawisko kształtowania się linii orzeczniczych nie tylko Sądu Najwyższego, ale również w ramach poszczególnych apelacji. Sądy pierwszej instancji często zaś biorą pod uwagę stanowisko instancji odwoławczej, jeżeli takowe jest już znane z podobnych spraw.
Wątpliwym wydaje się natomiast, że tekst uzasadnienia orzeczenia, czy to Sądu Najwyższego, czy sądu apelacyjnego jest w stanie rzetelnie oddać stopień cierpień fizycznych i psychicznych w podobnej sprawie, który może być przecież znacząco odmienny. W tego zaś rodzaju sprawach ten czynnik wydaje się być na ogół kluczowy w kontekście wysokości kwoty zadośćuczynienia za doznaną krzywdę.
Dysproporcje w wysokości zasądzanego zadośćuczynienia w podobnych sprawach, których obawia się Sąd Najwyższy, wydają się być dopuszczalne. Podobieństwo spraw nie oznacza tożsamości, co szczególnie przy orzekaniu w przedmiocie zadośćuczynienia za doznaną krzywdę może odgrywać znaczącą rolę. Sąd Najwyższy wielokrotnie w swoich orzeczeniach podkreślał, że tezy stawiane przez ten Sąd odnoszą się do konkretnych okoliczności sprawy i ich "podczepianie" do podobnych spraw przez sądy powszechne jest działaniem bardzo często zbyt daleko idącym, a za czym idzie błędnym.
Nie można zgodzić się z poglądem, że dysproporcje w wysokości zasądzanego zadośćuczynienia mogą rodzić u poszkodowanych poczucie nierówności wobec prawa. Gdyby przyjąć takie założenie za słuszne, wystarczyłoby opracować wzorce w oparciu o podobne do siebie sprawy z gotowymi już wyrokami, a sądy sprowadzić do roli nie orzeczniczej, a tylko technicznej. W tym momencie trudno by jednak było mówić, że mamy do czynienia z realizacją wymiaru sprawiedliwości. Zachowanie "rozsądnych granic" kwot zadośćuczynienia, o których wspomina Sąd Najwyższy, nie oznacza, że nie mogą się one między sobą znaczącą różnić.
Pozostaje zatem tylko postulować, aby sędziowie konsekwentnie realizowali konstytucyjną zasadę niezawisłości sędziowskiej, która obejmuje m.in.: 1. bezstronność w stosunku do uczestników postępowania, 2. niezależność wobec organów (instytucji) pozasądowych, 3. samodzielność sędziego wobec władz i innych organów sądowych, 4. niezależność od wpływu czynników politycznych, zwłaszcza partii politycznych, 5. wewnętrzna niezależność sędziego. Poszanowanie i obrona tych wszystkich elementów niezawisłości są konstytucyjnym obowiązkiem wszystkich organów i osób stykających się z działalnością sądów, ale także są konstytucyjnym obowiązkiem samego sędziego. Naruszenie tego obowiązku przez sędziego oznaczać może sprzeniewierzenie się zasadzie niezawisłości sędziowskiej, a to jest równoznaczne z bardzo poważnym uchybieniem podstawowym zasadom funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości (zob. wyrok TK z dnia 24 czerwca 1998 r., sygn. akt K 3/98, LEX Nr 33153).
Podsumowując, realizacja konstytucyjnej zasady niezawisłości sędziowskiej, nie oznacza zatem tego, by sędziowie nie analizowali już istniejących rozstrzygnięć, a tylko by z dużą wstrzemięźliwością podchodzili do ich wykorzystania w sprawach, w których orzekają.
Artykuł pochodzi z programu System Informacji Prawnej LEX on-line




