Kilkuset członków Solidarności ze Śląska i Zagłębia zastąpiło we wtorek o 14 związkowców z regionu pomorskiego "S", którzy zaczęli akcję w poniedziałek. Solidarność protestuje przeciwko planom podniesienia wieku emerytalnego i domaga się rozpisania referendum w tej sprawie. Związkowcy o każdej pełnej godzinie przez pięć minut uderzają kaskami o chodnik, grają na bębnach, trąbach, odpalają petardy i świece dymne.

"Zdradziłem i okłamałem naród" głosi tabliczka zawieszona na kukle premiera Tuska. Na kukle ministra Rostowskiego związkowcy powiesili napis "Byłem oszustem i kłamcą". Obok na chodniku ustawili trumnę m.in. z napisem "praca do śmierci".

"To nie jest protest polityczny, to jest protest robotniczy, społeczny, skierowany przeciwko tej najokropniejszej w ostatnim dziesięcioleciu władzy, jaką jest władza PO" - mówił do związkowców szef śląsko-dąbrowskiej Solidarności Dominik Kolorz.

Przypomniał, że w piątek w Sejmie głosowany będzie wniosek Solidarności dotyczący referendum ws. emerytur. "My polityków będziemy witać na Śląsku. Tych, którzy będą głosować za wnioskiem, przywitamy chlebem i solą. Tych, którzy będą głosować przeciwko temu wnioskowi, przywitamy mocną robotniczą pięścią i to się im na pewno nie opłaci" - oświadczył.

"Nikt tutaj chyba sobie nie wyobraża, żeby mógł pracować do 67. roku życia. To, co proponuje Donald Tusk to autokratyczna propozycja desperata, który chce się przypodobać Unii Europejskiej" - mówił też Kolorz. "Jest cień nadziei, że ta dziadowska, dyktatorska koalicja nie przeprowadzi reformy emerytalnej. Ale wszystko rozstrzygnie się 30 marca w budynku Sejmu" - dodał.

Kolorz mówił też, że ma też informację, iż wicepremier Waldemar Pawlak nie wziął udziału we wtorkowym posiedzeniu rządu. "Może to świadczyć o tym, że PSL jest na tyle zdeterminowany, że nie sprzeda ludzi" - powiedział. Centrum Informacyjne Rządu potwierdziło informację, że kiedy rozpoczynało się posiedzenie rządu, nie było na nim Pawlaka. CIR nie podało przyczyn jego nieobecności.

O godz. 20 protestujących odwiedził przewodniczący NSZZ "Solidarność" Piotr Duda. Związkowcy przenieśli wówczas trumnę z napisem "praca do śmierci" przed główne wejście do Kancelarii Premiera.

"To są tylko pikiety poszczególnych regionów, a w piątek przed Sejmem będzie cała Polska. To nie koniec, jeżeli w piątek nie będzie dla nas pozytywnego rozstrzygnięcia, zgody na referendum (...) to w piątek będzie przygrywka do tego, co będzie rząd czekać w późniejszym terminie. My nie odpuścimy, to jest nasza walka o to, by w Polsce wreszcie liczono się z pracownikiem, prowadzono dialog i władza służyła i nie bała się społeczeństwa, tylko słuchała społeczeństwa" - mówił szef Solidarności.

Protestujących odwiedził wcześniej we wtorek także szef SLD Leszek Miller i zapowiedział, że w piątek Sojusz opowie się za wnioskiem Solidarności o referendum. "Nasze 25 głosów macie państwo za sobą. Uważamy, że referendum jest dobrym pomysłem i sami też zbieramy podpisy pod podobnym wnioskiem. Przy czym pytamy się w nim nie tylko o ustawowy wiek emerytalny, ale pytamy się też, czy Polacy powinni odchodzić na emeryturę także po przepracowaniu określonej liczby lat: 40 mężczyźni i 35 kobiety" - mówił Miller do zgromadzonych.

Jak dodał, dzisiaj jest bardzo trudno uzbierać 40 lat pracy dla mężczyzn i 35 dla kobiet i nie będzie łatwiej. "Jeżeli komukolwiek się wydaje, że jest to takie proste, to się głęboko myli. Ludzie dzisiaj często nie pracują, pracują na czarno, nie mają okresów składkowych. A przecież od okresów składkowych liczy się przyszła emerytura" - mówił szef SLD.

Członkowie Solidarności zamierzają protestować przed KPRM do środy rano, kiedy to zamierzają przenieść się przed Sejm. Tam chcą zostać do piątku, kiedy to posłowie będą debatować nad wnioskiem "S" o referendum. (PAP)

wkr/ mki/ awy/ je/ jbr/