Z roku na rok polskie przychodnie i szpitale odwiedza co raz więcej pacjentów zza granicy. Według szacunków Instytutu Badań i Rozwoju Turystyki Medycznej, które bazują na danych GUS, w 2017 r. do Polski przyjechało 172 tysięcy turystów medycznych, skuszonych niskimi cenami oraz wysoką jakością usług. Więcej niż rok wcześniej, gdy było ich 160 tysięcy.
Na leczeniu zagranicznych pacjentów zarabiają głównie prywatne placówki medyczne, ale także - co raz śmielej – także te publiczne.


Kilkunastotysięczne kwoty

- Zysk z pacjenta zagranicznego jest bardzo widoczny w naszym szpitalu. Zarabiamy głównie na pakietach medycznych, jakie oferujemy dla menadżerów. Są to badania profilaktyczne i diagnostyka, które kosztują pacjenta 4,5 tys. złotych - mówi Beata Ziółkowska, były pracownik  Szpitala Specjalistycznego w Brzezinach.  Zaznacza, że przyjeżdżają do nich też Polacy zza granicy, nie mają u nas ubezpieczyciela i szukają alternatywy dla leczenia.
Cudzoziemcy wydają u nas niemałe kwoty - średnio 3700 zł. - Gdyby jednak wziąć pod uwagę operację i koszty pobytu, jeden pacjent może zostawiać w Polsce nawet 4 tysiące euro czyli ok. 16,8 tysięcy złotych. Mnożąc to np. przez 155 tysięcy pacjentów, otrzymujemy 2,6 miliarda złotych - mówi Magdalena Rutkowska, autorka książki „Turystyka medyczna w Polsce”.

Komenatrz: Po zdrowie do Polski >>
    
Na branżowym portalu Tour Medica, który pośredniczy w wyszukiwaniu komercyjnych usług medycznych w polskich placówkach, np. za operację obrąbka stawu biodrowego trzeba zapłacić 7 tys. zł w Centrum Medycznym Bieniek we Wrocławiu. Znacznie bardziej intratne dla placówek są zabiegi medycyny estetycznej czy operacje plastyczne, bo np. zabieg powiększenia piersi w Mandala Clinik w Poznaniu kosztuje 17 tys. złotych.

Popularne in vitro

Bardzo popularne ze względu na cenę są u nas także zabiegi in vitro. - Przyjeżdżają pary zza granicy, m.in. Niemcy, i dziwą się, że u nas tak mało to kosztuje. Często o ich wyborze decyduje też fakt, że w Polsce łatwiej poddać się temu zabiegowi osobom starszym. Niby po 50 roku życia jest to niedopuszczalne, ale jak lekarz zakwalifikuje do zabiegu pacjentkę starszą, wskazując, że nie ma przeciwwskazań, to też je wykonujemy - mówi anonimowo położna z jednej z warszawskich klinik in vitro.
Z usług kliniki in vitro INVICTA w Warszawie  w 2016 r. skorzystało 2000 par, z tego kilkaset przyjechało zza granicy. Zabieg in vitro „all inclusive” we wrocławskim oddziale tej samej kliniki kosztuje np. 13 tys. złotych.
- Usługi medyczne są u nas nawet kilkanaście razy tańsze, niż w USA i kilka razy tańsze, niż w zachodniej Europie. Jesteśmy też atrakcyjni dla sąsiadów zza wschodniej granicy, np. Ukraińców, którzy przyjeżdżają tu na leczenie onkologiczne – mówi Magdalena Rutkowska.
    
Najpopularniejszym celem turystyki medycznej w naszym kraju są usługi stomatologiczne. Korzysta z nich 75 tys. pacjentów zza granicy. Chodzi głównie o wszczepianie implantów. Według danych GUS,  48 tys. osób korzysta z polskich uzdrowisk, a 22 tys. z usług medycyny estetycznej. Wreszcie 10 tys. turystów medycznych to pacjenci szpitalni, poddający się poważnym operacjom.
- Nie tylko cena przyciąga pacjentów zza granicy, ale także wysoka jakość leczenia. Popularne jest u nas leczenie bardzo specjalistyczne - np. choroby Huntingtona. Część osób przyjeżdżających zza granicy decyduje się także skorzystać z zabiegów inwazyjnych czyli np. bariatrycznych, polegających na wszczepieniu balona w brzuch -  mówi dr Anna Białk-Wolf  z Instytutu Badań i Rozwoju Turystyki Medycznej (IBiRTM). 



Dużo Niemców i Skandynawów

Odwiedzają nas głównie Niemcy, Skandynawowie oraz Polonia z Wielkiej Brytanii i USA. -Turystyka medyczna w dużym stopniu jest warunkowana sytuacją w kraju pochodzenia zagranicznego pacjenta. W praktyce oznacza to, że Niemcy przyjeżdżają do nas, gdyż decyduje o tym bliskość geograficzna i kulturowa - dodaje dr Anna Białk-Wolf.
Istotny jest tez fakt, że tamtejszy płatnik zwraca część kosztów leczenia w Polsce swoim obywatelom. Taką możliwość dała Niemcom dyrektywa transgraniczna, którą w Polsce rząd wprowadził z dużymi ograniczeniami dla naszych pacjentów.    

Na tle placówek medycznych, przyciągających pacjentów zza granicy, wyróżnia się warszawska Carolina Medical Center, spółka należąca od niedawna do grupy Lux-Med. Co roku notuje ona przyrost 10-15 proc. pacjentów zza granicy, oferując im zabiegi ortopedyczne.
Zaś wśród podmiotów publicznych, prym wiedzie Szpital Zachodni w Grodzisku Mazowieckim, który rozreklamował się przyjmując pacjentów arabskich. - Bardzo dobrze promował swoje usługi. Reklamował się m.in. na zagranicznych konferencjach, poświęconych turystyce medycznej. A na takich spotkaniach bywają np. ubezpieczyciele z danego kraju - mówi Magdalena Rutkowska.
    
Otwarcie się na cudzoziemców to szansa na przetrwanie dla placówek medycznych, które nie weszły do utworzonej sieci szpitali. Mają one szanse przyciągnąć cudzoziemców na leczenie pod warunkiem, że położą nacisk na znajomość języka obcego wśród personelu oraz skutecznie zareklamują swoje usługi w innych krajach.    
Chociaż, jak przyznaje dr Anna Białk-Wolf, podmioty prywatne wygrywają marketingowo z publicznymi, to komercyjną ofertę dla pacjentów oferuje także wspomniany Szpital Specjalistyczny w Brzezinach.    

Konieczna współpraca

 Magdalena Rutkowska podkreśla też, że polska turystyka medyczna rosłaby w siłę, gdyby podmioty współpracowały ze sobą. - W Turcji kooperuje ze sobą ok. 200 placówek, w tym takie jak spa. Wszyscy współdziałają, a w dodatku wspierają ich tureckie linie lotnicze Turskish Arlines - mówi Magdalena Rutkowska. - U nas zaś Stowarzyszenie Szpitali Prywatnych robi to samodzielnie a Klaster Szpitali jeszcze inaczej. Dopóki każdy będzie zajmował się turystyką medyczną na własną rękę, ta gałąź usług nie ma szans na rozwój w zawrotnym tempie - dodaje.