Katarzyna Kubicka-Żach: Jest pan prezydentem od 25 lat. Chciałoby się zapytać: jak to się robi? I jak zasłużyć na tak długotrwałe zaufanie mieszkańców?

Zygmunt Frankiewicz, prezydent Gliwic: Trzeba wiedzieć, co jest ważne dla mieszkańców. Bo często są to sprawy bardzo odległe od tego, co pojawia się w debatach medialnych. Od początku mojej pracy na stanowisku prezydenta miasta regularnie wykonujemy badania opinii publicznej. Są to poważne analizy wykonywane przez najbardziej znane pracownie badań. Zadajemy mieszkańcom pytania w bardzo szerokim zakresie i tak, żeby można było prowadzić ich analizę porównawczą. Ankiety odbywają się co dwa lata, a pytania są zadane w ten sposób, aby zbadać, jak zmieniają się oczekiwania, i które są w danym momencie najważniejsze. Stąd dość dokładnie wiemy, na czym zależy mieszkańcom. Pytania są też konkretne – czy władze mają coś w mieście robić, czy nie.

Duże znaczenie mają też spotkania osobiste, przekaz przez organizacje pozarządowe, konsultacje. Dzięki temu nie ma wątpliwości, na czym ludziom zależy. I co ciekawe - to często nie są potrzeby nagłaśniane przez media, bo nie jest tak, że to co najgłośniejsze, jest najważniejsze.

Spotyka się Pan z mieszkańcami osobiście?

Po tylu latach jestem rozpoznawalny. Jeśli ktoś ma sprawę i spotka mnie na ulicy czy w sklepie, to przy każdej okazji sygnalizuje problemy.


Na czym zależy mieszkańcom? Czy są jakieś trendy? Czego teraz najbardziej potrzebują, a na czym będzie chciał się Pan skupić w najbliższej kadencji?
 

To się zmienia - na początku potrzeby były inne. Stałym elementem jest praca, mieszkanie, rekreacja, bezpieczeństwo, również społeczne – możliwość leczenia, poziom usług. Kiedyś praca była na pierwszym miejscu. Obecnie nie ma problemu bezrobocia i gliwiczanie zarabiają lepiej niż w wielu innych miastach. Dominuje za to w tej chwili potrzeba poprawy dostępu do usług  medycznych i ich jakości. To dla mnie klęska systemu w Polsce i na razie nie widać realnych szans na poprawę.

Czy samorząd coś może realnie zrobić w tej sprawie?

Zamierzamy wybudować nowy szpital, ale to nie rozwiąże problemów z niedostatecznym finansowaniem służby zdrowia przez państwo. Kryzys w tej dziedzinie stale się pogłębia, są coraz poważniejsze niedobory kadry i szereg innych problemów. Przekłada się to na jakość usług i problemy miasta, bo teraz to my zostaliśmy zobligowani do pokrywania długów szpitalnych. Ta sytuacja może „położyć” każde miasto.

Oprócz niewydolnego systemu, który nie ma żadnej wizji poprawy, dochodzi polityka. Mamy dowody na to, że gliwickie szpitale są finansowane gorzej - są wyjątkowo niedofinansowane i nie znajduję dobrego uzasadnienia tej sytuacji. Mieliśmy np. gwarancję otwarcia oddziału kardiologii inwazyjnej i w oparciu o nią podejmowaliśmy decyzje inwestycyjne, a wciąż nie mamy tego kontaktu. W województwie są niedowykonania z tego zakresu, a u nas nie można uzyskać finansowania. A w takich warunkach trudno, żeby samorząd mógł zrobić coś więcej.

 


Jakie cechy powinien spełniać samorządowiec - włodarz? Czego powinien unikać?

Populizmu, który jest u nas powszechny i niszczy państwo. Trzeba nieraz podejmować niepopularne decyzje, bez nich nie ma możliwości odnoszenia sukcesu. Jeśli ktoś chce zarządzać miastem tylko tak, żeby każdej decyzji towarzyszył powszechny poklask, to nie ma szans na dobry rozwój. Poza tym, nie należy się za bardzo przyzwyczajać do pełnionej funkcji. Jeśli komuś za bardzo na niej zależy, to jest łatwym celem dla różnych wymuszeń, szantażu czy skłaniania do decyzji, które nie są optymalne dla miasta. Jeśli kogoś nie da się przestraszyć ani kupić, to jest to dobre dla miasta. Trzeba być  człowiekiem z charakterem, który nie boi się, że może coś stracić, nie boi się krytyki. Potrzeba też państwowego myślenia, bo samorząd to część państwa. Należy działać tak, żeby było to z korzyścią zarówno dla małej społeczności, jak i całego państwa.

Jaką najbardziej niepopularną decyzję Pan podjął?
 

Było kilka takich przypadków, dwa razy dochodziło do referendum w sprawie odwołania prezydenta, czyli mojej skromnej osoby. Powodem jednego z nich była likwidacja linii tramwajowej, jedynej, jaka została w mieście. To była decyzja dobrze uzasadniona od strony ekonomicznej, technicznej i ekologicznej.  Okazała się jednak bardzo niepopularna wśród mieszkańców, być może z powodu starego powiedzenia, że duże miasto to takie, które ma tramwaj. Wiedzieliśmy, że wzbudzi to niezadowolenie, ale działaliśmy odpowiedzialnie – ta linia w takim kształcie nie miała sensu i łączyła się z ogromnymi kosztami utrzymania. Minusem był tylko opór mieszkańców. Linia została zlikwidowana, a obecnie po 10 latach każdy, kto patrzy obiektywnie nie ma żadnych wątpliwości, że była to decyzja konieczna.  

Czytaj też: Zmiany w klasyfikacji i sprawozdawczości budżetowej

Czy samorządowcy nadążają za zmianami w prawie? Które są w ostatnim czasie najważniejsze? Czy znajomość prawa u włodarza jest niezbędna, czy wystarczą mądrzy doradcy, otoczenie urzędników i specjalistów?

Nie jest tak, że wystarczy mieć ekspertów i doradców. Sam staram się być kompetentny, kompetencja jest też jedynym kryterium doboru współpracowników. Jako prezes Związku Miast Polskich muszę po pierwsze nadążać, koordynować pracę samorządów miejskich, aby uzyskiwać opinie do wszystkich aktów prawnych, które dotyczą samorządu i są procedowane w parlamencie czy w rządzie. Jeżeli mam to gdzieś referować, prowadzić obrady zarządu związku, gdzie podejmowane są decyzje o kierunku opinii czy w Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu to muszę się tego nauczyć. Oczywiście nie znam wszystkiego, tylko to, co ważne. Na ogół jestem więc zorientowany w gąszczu przepisów.

A co jest obecnie najważniejsze?

Opiniujemy setki aktów prawnych, w tym większość pozytywnie, albo  z uwagami, które  są przyjmowane przez stronę rządową. Dzięki temu akty prawne są znacznie lepsze niż w wersjach wyjściowych. Są też jednak projekty, które omijają intencjonalnie stronę samorządową Komisji Wspólnej – procedowane są jako projekty poselskie albo wręcz rząd omija nas, łamiąc prawo. Takich przykładów jest dużo, ale najpoważniejszą według mnie była próba zmiany ustawy o regionalnych izbach obrachunkowych. To była pierwsza ustawa zawetowana przez prezydenta Dudę. Gdyby ona weszła w życie, to byłby kres niezależnego samorządu, bo urzędnicy  z administracji rządowej arbitralnie decydowaliby o tym, które decyzje samorządów są gospodarne i uzasadnione merytorycznie. To był zamach na samą istotę samorządności, na niezależność decyzji społeczności lokalnych od władz centralnych. Takich prób ograniczania samorządności jest niestety więcej . Zabiera się kompetencje, dorzuca pracy, obniża dochody w różny sposób, np. kierując je do spółek Skarbu Państwa.


Jakiś przykład?

Drobiazg, ale jednak – zlikwidowano asystentów i doradców w samorządach, których było niewielu i nie stanowiło to żadnego problemu. Ci ludzie pracowali merytorycznie. Jednocześnie zachowano bardzo rozbudowane gabinety polityczne w rządzie. Dokonano zamachu na płace samorządowe, co postrzegam w kategoriach złośliwości. Wszelkie racje ekonomiczne przemawiały, żeby tę płacę podnieść po 10 latach zamrożenia. Obecnie moi zastępcy, naczelnicy wydziałów zarabiają więcej niż prezydent, który jest jednoosobowym organem, podejmuje decyzje i odpowiada za wszystko. To działanie przeciwko pewnej grupie ważnej w państwie, bo od niej zależy jakość życia mieszkańców. To uprzykrzanie życia, ale też powodowanie pewnej destrukcji w państwie.

Kiedy rozmawialiśmy przed wyborami, miał Pan obawy, że mogą się one nie udać przez zmiany w prawie wyborczym. Jak teraz oceni Pan organizację wyborów, co szwankowało?

Sprawdziło  się dokładnie wszystko co przewidywaliśmy i przed czym ostrzegaliśmy. To, że w ogóle dało się wybory przeprowadzić, to skutek lipcowych zmian w ordynacji, dzięki apelom samorządowców oraz wysiłku wielu urzędników samorządowych, którzy ratowali sytuację z troski o powagę wyborów. Nie sprawdziła się idea centralnej administracji wyborczej.

Porównaj: Wiceszef MSWiA: Dzięki dobrej współpracy wybory przeprowadzono sprawnie

Urzędnicy wyborczy powołani z uwzględnieniem ustawowych ograniczeń w wielu miejscach nie wywiązywali się z nałożonych zadań, ponieważ nie posiadali odpowiednich kompetencji i doświadczenia. Wielokrotnie ich zadania realizowały samorządy. Kompletnym fiaskiem zakończyło się wprowadzenie dwóch komisji obwodowych. Były spore problemy ze skompletowaniem chociażby minimalnej liczby ich członków. Przekazywanie obowiązków między komisjami nadzorującymi głosowanie i liczącymi głosy znacznie wydłużyło czas ich pracy. W wielu miejscach członkowie komisji pracowali po kilkanaście godzin do poniedziałkowego popołudnia, koczując niemalże w siedzibach miejskich komisji wyborczych.  

Do swoich proroczych przestróg sprzed tych wyborów dodam więc kolejną. Ludzie tak ciężko doświadczeni bałaganem i długotrwałością pracy oraz jej słabą organizacją mogą się więcej nie zdecydować na udział w komisjach. W wyborach do europarlamentu może więc nie udać się skompletować członków podwójnych komisji. Proponowałbym więc ustawodawcy wycofać się z tego zapisu.

Czytaj też: Zygmunt Frankiewicz: to nie samorządy organizują wybory

Jak oceni Pan obecną kondycję finansową samorządów?


Kondycja finansowa samorządów się pogarsza, obecnie szybciej, bo działania rządzących są centralistyczne, antysamorządowe. Uszczuplane są dochody w wielu różnych miejscach, dokładane zadania. Słabsze samorządy nie mają w tej chwili zdolności rozwojowych. Ich nadwyżka operacyjna jest niewielka, wyczerpuje się zdolność kredytowa. Dochodzimy do ściany.

Są miasta, które wciąż sobie dobrze radzą – te bogatsze i mniejsze gminy, które mają spore dochody. Takich przypadków jednak ubywa. Potrzebna jest generalna zmiana podstaw finansowania, przejrzenie adekwatności finansowania do wykonywanych zadań. Jeżeli pozbawi się samorząd możliwości rozwojowych, czyli inwestowania z własnych środków i zaciągania kredytów na cele rozwojowe, niestety problem będzie miała cała Polska, nie tylko pojedyncze samorządy. Choćby dlatego, że samorządy realizują trzy czwarte inwestycji publicznych. Państwo inwestuje bardzo niewiele. Jeśli inwestycje samorządowe się załamią to skończy się rozwój.

Czy kolejna kadencja coś wniesie w tej sprawie? Czy jej przedłużenie może mieć wpływ na finanse JST?

Myślę, że państwo okrzepło, samorząd się sprofesjonalizował, dłuższa kadencja to dłuższa perspektywa i na pewno będzie lepiej. Jednak jeśli chodzi o ograniczenie do dwóch kadencji, to powiem, że im większa stabilność, tym lepsze efekty. To się przekłada wprost, jak się uniemożliwi pracę tym, którzy się sprawdzają i znają się na samorządzie oraz są dobrze oceniani przez wyborców, to straci na tym cały kraj. To jest groźne, bo u nas brakuje liderów, również w samorządzie. Ci, którzy źle funkcjonują, są naturalnie selekcjonowani w kolejnych wyborach.

Zobacz także Koncesja na roboty budowlane lub usługi - nowe czyny naruszające dyscyplinę finansów publicznych