Czy będzie dość chętnych do komisji wyborczych?
Powoli można już zgłaszać się do pracy w komisjach wyborczych. Zazwyczaj chętnych nie było za wielu. Między innymi z tego powodu podczas poprzednich wyborów około dwukrotnie wzrosła wysokość diet. Ale teraz potrzeba dwa razy więcej osób.

Obecne diety również nie powalają, biorąc pod uwagę ogrom pracy. Być może będzie jej mniej w przeliczeniu na jedną osobę, ponieważ komisje wyborcze będą dwie. Członkowie pierwszej przyjdą 21 października do pracy o 6 rano, przygotują lokal i będą obsługiwali wyborców do godz. 21, kiedy głosowanie się zakończy. Po zapieczętowaniu urny i przekazaniu protokołu drugiej komisji mogą iść do domu.
Druga komisja - obwodowa komisja wyborcza ds. ustalenia wyników głosowania – zbierze się po zamknięciu lokali wyborczych. Rozpocznie pracę od odebrania protokołu i, po pożegnaniu pierwszej komisji, przystąpi do liczenia głosów.
Z doświadczenia wiadomo jednak, że kiedy funkcjonowała jedna komisja, jej członkowie wymieniali się i dzięki temu byli „mniej zmęczeni”. Bo jednym z argumentów powołania drugiej komisji było doprowadzenie do tego, żeby do liczenia głosów przybyły osoby wypoczęte, żeby lepiej liczyły głosy.
Miejmy nadzieję, że argumenty w postaci pieniędzy i mniejszych obowiązków wystarczą i kandydaci na członków komisji będą. Pozostaje jeszcze kwestia ewentualnych oskarżeń o fałszowanie wyborów. Podczas głosowań cztery lata temu takie oskarżenia padały, nie konkretnie do członków komisji, ale oni są najbliżej urny.
Pamiętamy też niedawny problem z wyłonieniem urzędników wyborczych – brakowało ich jeszcze w lipcu. Powodem była oczywiście zmiana prawa wprowadzająca zasadę, że nie można być urzędnikiem wyborczym we własnej gminie.
Jednak członków komisji potrzeba znacznie więcej – według szacunków Fundacji Batorego około pół miliona obywateli będzie miało zasiąść w obwodowych komisjach wyborczych. Czy będzie dość chętnych?





