W tej kwestii walczą ze sobą dwie koncepcje: jeśli kierownik Urzędu Stanu Cywilnego tego nie określi - to czas śmieci w niejasnych okolicznościach powinien ustalić - według jednego poglądu - sąd cywilny, według innego - sąd administracyjny. W jakim trybie, na podstawie jakich przepisów - orzecznictwo też nie daje jednoznacznej odpowiedzi. A kwestia jest bardzo istotna dla ubezpieczycieli i spadkobierców.

Katastrofa lotnicza
Wielkie nieszczęście spotkało 2-letniego Adama S. i jego dziadków. Samolot prowadzony przez Piotra S., ojca Adama, w którym lecieli  matka Aleksandra i brat - Mikołaj rozbił się 22 lipca 2007 r. Bieszczadach. Wszyscy zginęli na miejscu.  Sporządzono trzy akty zgonu, w których ustalono godzinę śmierci na 12 .45 - jedną dla wszystkich. W styczniu 2009 roku brat Piotra S. złożył wniosek do kierownika Urzędu Stanu Cywilnego w Lesku o uzupełnienie aktu zgonu, gdyż jego zdaniem, na podstawie ekspertyz biegłych - matka i syn mieli zatruć się dwutlenkiem węgla z pożaru, których wybuchł na pokładzie. 
Biegła ustaliła, że materiał nie wskazuje na to, że zgon pasażerów poprzedziła śmierć pilota. Najprawdopodobniej - według ustaleń eksperta - pilot zmarł pierwszy o kilka sekund wcześniej niż pasażerowie.
Brat wniósł o przeanalizowanie badania krwi, by stwierdzić obecność dwutlenku węgla. Wniosek miał być kierowany do prokuratora i Państwowej Komisji d.s. Badania Wypadków Lotniczych. Jednak wojewoda odmówił przeprowadzenia takiego dowodu.
Sprawa trafiła do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Rzeszowie. Sąd w wyroku z 11 lipca 2012 r. oddalił skargę, twierdząc, że materiał dowodowy jest kompletny, godzina śmierci trzech osób została ustalona prawidłowo, na podstawie zegara znajdującego się w aparacie fotograficznym Piotra S. 

Domniemanie śmierci z kc
Z wyrokiem WSA nie zgodził się brat pilota. Zdaniem skarżącego godzina śmierci została ustalona nieprecyzyjnie i według niewłaściwego trybu, tj. postępowania w sprawach uznania za zmarłego (art. 32 kc). W tym wypadku akt śmierci dla całej rodziny ustalono na podstawie karty zgonu wystawionej przez lekarza. Nie było wiec zaginięcia.
Co więcej kierownik urzędu zaniechał wyjaśnienia czy wszyscy zmarli w jednej minucie.
Pełnomocnik małoletniego Adama S. twierdził przed NSA, że krwi nie pobrano, a teraz juz jest to niemożliwe. Ponadto proces karny wykazał, że przyczyna śmierci wszystkich były oparzenia ciała, a nie zatrucie od dymu. 

NSA oddala skargę
Sąd II instancji stwierdził, ze skarga jest niezasadna. Zdaniem sędziów, gdyby nawet były przeprowadzone analizy krwi zmarłych, to nie wpłynęłoby to na zmianę godziny śmierci.
- Bezcelowe byłoby zwracanie się do Policji i Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych o analizę krwi - wyjaśniała sędzia Jolanta Rudnicka. - Nie ma wątpliwości, że przyczyną śmierci był uraz termiczny i oparzenia, spowodowane pożarem. Pożar spowodowało wylanie się 185 litrów paliwa. Ciała leżały w niewielkiej odległości od siebie, rozrzucone przez wybuch. To wskazuje na hipotezę, ze wszyscy zginęli w jednej chwili.
Sąd powołał się też na postanowienie SN z 8 kwietnia 2009 r. ( V CSK 401/08), w którym sąd stwierdził, że uzupełnienie aktu zgonu następuje w drodze postępowania cywilnego.

Sygnatura akt II OSK 2608/12, II OSK 2799/12, wyrok z 15 lipca 2014 r.