Jolanta Ojczyk: Ministerstwo Aktywów Państwowych prowadzi prace nad tzw. prawem holdingowym, a dokładnie zmianami w kodeksie spółek handlowych.  W czasie konsultacji projekt zebrał dużo negatywnych opinii. Jak pan go ocenia?

Andrzej Kidyba: Przede wszystkim projekt, nad którym trwają prawce, dotyczy nie tylko tzw. prawa holdingowego. Dotyczy też rad nadzorczych, zmian w kadencjach członków zarządu. I z tych wszystkich zmian, nie wiem, która jest gorsza. Wszystkie bowiem burzą pewien porządek prawny, wypracowany przez ponad 100 lat. Zaznaczam, nie dostosowują do nowej rzeczywistości, ale burzą. To prawniczy humbug, zlepek nieprzemyślanych, nieprzedyskutowanych rozwiązań, które obejmą wszystkie spółki w Polsce.

Czytaj: Projekt prawa holdingowego w ogniu krytyki - uderzy w spółki finansowe i giełdowe>>
 

 


Może zacznijmy od przepisów dotyczących grup spółek. Zgodnie z projektem „grupa spółek” to spółka dominująca i spółka lub spółki od niej zależne, kierujące się wspólną strategią gospodarczą (interes grupy spółek), umożliwiającą spółce dominującej sprawowanie jednolitego kierownictwa nad spółką albo spółkami zależnymi. Czy to dobra definicja?

Moim zdaniem, a sądzę, że nie tylko moim, to bardzo zła, nieprecyzyjna definicja. Po pierwsze nie wiadomo bowiem, czym jest owa wspólna strategia gospodarcza w kontekście dodanego w nawiasie „interesu grupy spółek”.  Istotna jest bowiem nie wspólna strategia, ale związek zależności.  Pod drugie struktury holdingowe tworzą nie tylko spółki. Jestem sobie w stanie wyobrazić holding z udziałem spółdzielni, osób prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą czy spółki osobowej. Po trzecie, i to chyba jest najważniejsze, sama idea grupy spółek z prawem do wydawania poleceń przez spółkę dominującą narusza prawa mniejszościowych udziałowców. To jest kompletne nieporozumienie.

Dlaczego? Projekt mówi, że spółka dominująca może wydać spółce zależnej należącej do grupy spółek wiążące polecenie dotyczące prowadzenia spraw spółki, jeżeli jest to uzasadnione określonym interesem grupy.

Zapomniała pani dodać, że na zasadach określonych w projektowanych przepisach. A tam mamy jeszcze przepis, że  jednoosobowa spółka zależna należąca do grupy spółek nie może odmówić wykonania wiążącego polecenia. Z kolei spółka zależna, w której spółka dominująca reprezentuje co najmniej 75 proc. kapitału zakładowego może odmówić wykonania wiążącego polecania, tylko gdy wykonanie polecenia doprowadzi do niewypłacalności lub zagrożenia dla niej. Przypomnę, że w 2004 roku Trybunał Konstytucyjny uznał za niekonstytucyjne zmiany naruszające prawa akcjonariusza mniejszościowego. Chodziło o art. 414 par. 2  wprowadzono do Kodeksu handlowego w 1997 roku, który uniemożliwiał zaskarżenia uchwały walnego zgromadzenia spółki publicznej, „jeżeli uchwała ta wbrew dobrym obyczajom kupieckim godzi w interesy spółki lub ma na celu pokrzywdzenie akcjonariusza", przez akcjonariusza lub grupę akcjonariuszy dysponujących mniej niż 1 proc. ogólnej liczby głosów. W 2004 roku Trybunał uznał, że pozbawienie akcjonariusza dysponującego mniej niż 1 proc. głosów prawa do złożenia skutecznego protestu stanowi naruszenie Konstytucji, to tym bardziej takiego prawa nie można pozbawiać praw tych, którzy mają 25 proc. głosów czy udziałów. Prawa mniejszości to nie jest patologia, to nie jest kuriozum. Z samego faktu, że spółka jest zależna, nie można wywodzić, iż może być unicestwiona, bo to stawia na głowie logikę prawa spółek. To jest nierówne traktowanie wspólników, akcjonariuszy. Projektodawca zapomina też, że sama spółka matka może nie mieć sama w sobie wartości, a celem spółek zależnych jest ich rozwój i one są jedynym potencjałem spółki dominującej.

 


Wspomniał pan na początku o innych rozwiązaniach, np. zmianie przepisów dotyczących kadencji. Dlaczego one są złe.

Obecnie zgodnie z art. 202 par. 1 ksh jeżeli umowa spółki nie stanowi inaczej, mandat członka zarządu wygasa z dniem odbycia zgromadzenia wspólników zatwierdzającego sprawozdanie finansowe za pierwszy pełny rok obrotowy pełnienia funkcji członka zarządu Par. 2 precyzuje, że w przypadku powołania członka zarządu na okres dłuższy niż rok, mandat członka zarządu wygasa z dniem odbycia zgromadzenia wspólników, zatwierdzającego sprawozdanie finansowe za ostatni pełny rok obrotowy pełnienia funkcji członka zarządu, chyba że umowa spółki stanowi inaczej. Projekt dodaje tu zdanie, że kadencję oblicza się w pełnych latach obrotowych, chyba że umowa spółki stanowi inaczej. Projekt więc przewiduje wprowadzenie reguły obliczania kadencji w pełnych latach obrotowych, możliwej do zmodyfikowania w umowie albo statucie spółki. Po co, skoro mamy już doktrynę i ugruntowane orzecznictwo i aktualnie umowy (statuty)  spółek mogły to regulować odmiennie? Oczywiście każde liczenie długości kadencji i mandatu ma wady i zalety. Obecny system chroni jednak spółki, w których okazuje się, że z dnia na dzień nie ma organu. Eliminuje ryzyko nieobsadzenia organu w wyniku wygaśnięcia mandatu członków organu, zanim kolejne osoby zostaną powołane w ich miejsce na nową kadencję. Po co to zmieniać teraz, wprowadzać zasady z prostej spółki akcyjnej, która jeszcze nie weszła w życie i nie wiadomo, jak zafunkcjonuje.  Powodzenia wszystkim, którzy zaczną liczyć długość kadencji i mandatu, po wejściu w życie tak ułomnych przepisów.

Nie podoba się panu również rozszerzenie kompetencji rad nadzorczych. Dlaczego?

Nie wiem, czy to nie są najgorsze zmiany. Projekt wyraźnie wzmacnia rolę rad nadzorczych, bo m.in.: zarząd będzie miał obowiązek udzielania z własnej inicjatywy określonych informacji radzie nadzorczej, np. o aktualnej sytuacji spółki, rada zyska możliwość oceny poszczególnych aspektów działania spółki  z pomocą profesjonalnego doradcy. Mam wrażenie, że propozycje wzmacniające rady pisał ktoś, kto działał w tzw. „złych” spółkach, gdzie są dwa wrogie obozy: zarząd i rada nadzorcza, które się nawzajem oszukują, nie informują. To jednak nie jest standard. A tak naprawdę już teraz rada nadzorcza ma instrumenty, możliwości weryfikowania pracy zarządu. A jeśli współpraca się nie układa może go odwołać, albo zwrócić się o to do walnego zgromadzenia. Projektodawca postanawia zaś zamienić zasady gry, odwrócić role. Proszę zwrócić uwagę, że w praktyce to zarząd ma pokazywać radzie nadzorczej, jak ma go sprawdzać. To jest odwrócenie ról, które możne oznaczać większe problemy. Chciałbym zobaczyć miny członków rad, gdy staną się członkami zarządu.

W przestrzeni publicznej przebija się głos, że projektowane zmiany to skok na spółki publiczne. Grupa 26 profesorów i praktyków opublikowała apel, w którym podkreśla, że projekt umożliwi przejęcie pełnego „ręcznego sterowania" spółkami Skarbu Państwa, ułatwi ich instrumentalne wykorzystanie w celach politycznych i fiskalnych. Zgadza się pan z taką tezą?

Przede wszystkim omawiany projekt nie jest nowy, jest wyjęty z szuflady, pojawiał się w publikacjach naukowych. Poszczególne rządy, w tym Ministerstwo Sprawiedliwości w poprzedniej kadencji, odrzucały go. Wskazywano wówczas, że projekt narusza obecny porządek prawny. Teraz znowu wrócił do gry. Problem w tym, że dzieje się tak bez długiej dyskusji, konferencji, na których można wymieniać różne poglądy, spierać się. Konsultacje w trakcie wakacji, gdy naukowcy są na urlopach, są fikcją. Przypomnę, że krytykowane przeze mnie przepisy wprowadzające prostą spółkę akcyjną były dyskutowane przez ponad dwa lata. Mogę je krytykować, ale nie mogę zarzucić braku konsultacji. Ministerstwo robi coś właśnie pod spółki skarbu państwa. Dlatego, to, co teraz przygotowuje MAP, to moim zdaniem jest skok na spółki Skarbu Państwa i te z udziałem spółek  Skarbu Państwa, skok na duże pieniądze. Tyle, że proponowane zmiany dotyczą wszystkich spółek, których w Polsce jest ponad 450 tysięcy, w tym giełdowe. One wywracają koncepcję funkcjonowania spółek. Po co? Zresztą kodeks spółek handlowych nie powinien regulować grup spółek. Tu potrzebna jest odrębna, spójna ustawa. Nie jestem przeciwnikiem zmian, ale to, co budzi mój największy sprzeciw, to fakt, że ministerstwo robi przepisy pod  kilkadziesiąt spółek SP, ale próbuje rozciągnąć je na wszystkie inne, i to bez żadnej pogłębionej dyskusji.