Ścigać szarlatanów można nawet bez specjalnych przepisów
Prezydencką odmowę podpisania ustawy "lex szarlatan" i skierowanie jej do Trybunału Konstytucyjnego środowisko medyczne przyjęło z dużym rozczarowaniem, ucieszyli się z niej natomiast przedsiębiorcy. Prawnicy podkreślają jednak, że niezależnie od tego, czy zmiany ostatecznie uda się przyjąć, czy też zastąpią je być może propozycje prezydenta, państwo już teraz może skutecznie ścigać pseudouzdrowicieli z tytułu odpowiedzialności karnej. Czasami dodatkowe przepisy mogą bowiem rozmyć odpowiedzialność, zamiast ją wzmocnić.

Przypomnijmy, że chodzi o nowelizację ustawy o prawach pacjenta i rzeczniku praw pacjenta, tzw. „lex szarlatan”. Jej głównym celem było umożliwienie RPP skuteczniejszego nakładania kar na nieuczciwie działające podmioty medyczne i walki z medycznymi oszustwami. W ustawie miały zostać wyraźnie określone praktyki uznawane za "pseudomedyczne", odnoszące się do udzielania świadczeń zdrowotnych przez osoby niewykonujące zawodu medycznego, stosowania lub oferowania metod, którym przypisuje się właściwości świadczenia zdrowotnego, a prowadzących do pogorszenia zdrowia, niepodjęcia lub odstąpienia od udowodnionego naukowo postępowania diagnostyczno-leczniczego, oraz medycznej dezinformacji. RPP miał zyskać analogiczne uprawnienia, jakie obecnie ma np. prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Zyskałby prawo do wydawania publicznych ostrzeżeń dotyczących placówek medycznych naruszających prawo, a także zobowiązanie podmiotu stosującego praktykę naruszającą zbiorowe prawa pacjentów do usunięcia skutków tej praktyki, także w przypadku podmiotu, który w toku postępowania zaprzestał jej stosowania, co obecnie nie jest możliwe.
- Przekaz tej ustawy był jasny: nie zgadzamy się na zarabianie na ludzkiej desperacji, oferowanie niesprawdzonych terapii i odciąganie chorych od prawdziwego leczenia. Pacjent, który szuka pomocy w trudnym momencie, ma prawo do rzetelnej informacji i bezpiecznego leczenia. Nie może być bezbronny wobec tych, którzy dzięki manipulacji i kłamstwu zarabiają na jego chorobie. To jest ustawa w obronie pacjenta. I tej ochrony będziemy się domagać – mówiła po decyzji prezydenta Jolanta Sobierańska-Grenda, minister zdrowia.
Zmiany mocno okrojone, głównie karne
Odmowę podpisania i skierowanie ustawy do Trybunału Konstytucyjnego prezydent RP Karol Nawrocki uzasadnił „wątpliwościami konstytucyjnymi”, zwłaszcza w obrębie działalności gospodarczej, i „pozbawienie obywateli realnego prawa do sprawiedliwego procesu i skutecznej obrony”. Przestawił przy tym swój własny projekt, który ma być lepszą odpowiedzią na wskazane praktyki. Przewiduje on zmiany głównie w kodeksie karnym – dodanie art. 160 a, a w nim przestępstwa nakłaniania do niepodjęcia albo zaprzestania postępowania leczniczego lub diagnostycznego zleconego przez uprawnioną osobę wykonującą zawód medyczny, jeżeli zgodnie z aktualną wiedzą medyczną niepodjęcie lub zaprzestanie tego postępowania może narazić tę osobę na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Miałoby za to grozić do trzech lat pozbawienia wolności.
Zaostrzenie odpowiedzialności karnej (pozbawienie wolności od trzech miesięcy do pięciu lat) przewidziano w przypadku stosowania takich praktyk wobec chorych na nowotwory, kobiet w ciąży, „ciężko chorych” i małoletnich. Jeśli taki czyn doprowadziłby do poważnych konsekwencji zdrowotnych dla pacjenta, potencjalna kara wzrasta do dziesięciu lat, śmierć to natomiast potencjalne więzienie dla sprawcy w wymiarze od dwóch do 15 lat. Projekt nie przewiduje natomiast żadnych nowych uprawnień dla RPP, poza przyznaniem mu wyraźnego prawa do bycia stroną postępowań karnych (ale dopiero na jego wniosek). Generalnie w porównaniu do pierwotnej propozycji zmian, która była dużo bardziej rozbudowana, prezydencki projekt ma zaledwie kilka artykułów.
Stosowanie zmian będzie trudne niezależnie od przepisów
Dr Konrad Dyda, radca prawny, prezes zarządu Fundacji Praw Medyka oraz Med&Lex, zaznacza jednak, że podstawowym problemem zarówno projektu prezydenckiego, jak i rządowego, jest precyzyjne zdefiniowanie tego, co ustawodawca chce zakazać.
Bez tego żadne procedury - czy to karne, czy administracyjne - nie będą skuteczne. Niestety jest to zadanie niezwykle trudne, przede wszystkim ze względu na wysoki poziom ogólności takich pojęć, jak "świadczenie medyczne" czy "aktualna wiedza medyczna". Zresztą jedną z cech charakterystycznych nauki - w tym medycyny - jest rozwój, związany z weryfikacją dotychczas przyjmowanych poglądów, a co za tym idzie procedur. To z kolei powoduje sytuację, w której trzeba rozróżnić jakieś pojedyncze badanie naukowe oraz "aktualnej wiedzy medycznej", który można utożsamiać z pewnym konsensusem środowiska medycznego – mówi ekspert.
Jak ocenia dr Dyda, wybór zarówno postępowania administracyjnego, jak i karnego, ma swoje plusy i minusy. Procedurę administracyjną, co do zasady, można przeprowadzić szybciej niż karną. Jednak w procedurze karnej wydaje się, że sankcje mogą być bardziej efektywne, zwłaszcza w kontekście celu, jaki powinien przyświecać walce z praktykami pseudomedycznymi, czyli z maksymalnym ograniczeniem ich dostępności.
- Myślę jednak, że bez względu na to, czy i jakie dokładnie przepisy wejdą w życie, to przy ich stosowaniu pojawi się mnóstwo problemów. Punktem wyjścia zaś przy ustalaniu ewentualnej odpowiedzialności osób zajmujących się pseudomedycyną powinno być to, czy stosowane przez nich praktyki są potwierdzone naukowo i do jakich skutków zdrowotnych doprowadziło ich wdrożenie u konkretnego pacjenta – zaznacza prawnik.
Czy osobne regulacje są konieczne?
Urszula Kopeć, adwokat w Kancelarii Radcy Prawnego dr Anna Banaszewska, podkreśla, że przy okazji dyskusji o skierowanej do TK ustawie należałoby zastanowić się, czy naprawdę potrzebne jest wprowadzanie całkowicie nowych przepisów, czy może jednak lepiej byłoby skupić się na tym, by w przypadku oszustw skuteczne były regulacje karne, którymi już dysponujemy. - Oczywistym jest, że państwo powinno chronić ludzi przed pseudomedycznymi oszustami, ale czy do osiągnięcia tego celu konieczne jest stworzenie tak rozbudowanego systemu administracyjnego, wyposażonego w bardzo daleko idące kompetencje i sankcje, czy też należałoby przede wszystkim usprawnić stosowanie już istniejących instrumentów i uzupełnić je jedynie tam, gdzie rzeczywiście występuje luka? – stawia pytanie mec. Kopeć.
I dodaje, że nie potrzeba wcale przepisu stwierdzającego wprost, że reiki albo bioenergoterapia są zakazane, by ścigać pseudouzdrowicieli za oszustwa. Wystarczy ustalenie, że sprawca świadomie stworzył błędne wyobrażenie o skuteczności swoich działań, podtrzymywał je w celu uzyskania kolejnych pieniędzy i doprowadził pokrzywdzonego do niekorzystnego rozporządzenia mieniem.
- Im bardziej państwo próbuje tworzyć osobne regulacje dla każdej patologii społecznej, tym większe jest ryzyko, że zamiast precyzyjnego narzędzia otrzymamy kolejny szeroki system administracyjnych zakazów i sankcji. Prawo już dziś potrafi reagować na pseudomedyczne oszustwo. Jeżeli potrzebujemy nowych instrumentów, to powinny one wypełniać konkretne luki, a nie dublować istniejące mechanizmy kosztem nadmiernego rozszerzenia kompetencji administracji – podkreśla adw. Kopeć.
Państwo wcale nie musi być bezbronne
Prawniczka przytacza przy tym przykład wyroku, który zapadł w połowie lipca br. Sąd Okręgowy w Olsztynie skazał pewnego mężczyznę za winnego oszustwa na szkodę pokrzywdzonego, który w latach 2021–2023 przekazał mu łącznie ponad 309 tys. zł za oferowane zdalnie usługi bioenergoterapii obejmujące "oczyszczanie i uzdrawianie relacji" z byłą partnerką. Jak czytamy w komunikacie na temat sprawy, oskarżonemu wymierzono karę jednego roku pozbawienia wolności, warunkowo zawieszając jej wykonanie na okres próby trzech lat. Ponadto, sąd zobowiązał oskarżonego do naprawienia szkody poprzez zapłatę na rzecz pokrzywdzonego całej uzyskanej w ramach procederu kwoty wraz z ustawowymi odsetkami, orzekł także zakaz prowadzenia działalności w zakresie bioenergoterapii i terapii metodą reiki na okres czterech lat. Warto zaznaczyć, że sprawa nie dotyczyła bezpośrednio wpływu na stan zdrowia – pokrzywdzony szukał pomocy w odbudowie relacji z byłą partnerką, z którą wciąż czuł się związany po rozstaniu. W ramach poszukiwań, znalazł w internecie ofertę oskarżonego dotyczącą „oczyszczania i uzdrawiania relacji międzyludzkich”. Płacił mu za usługi przez trzy lata, a polegały one na zdalnych seansach zabiegów bioenergoterapii. Skazany zapewniał go przy tym o postępach strategii. Pokrzywdzony, gdy zorientował się ostatecznie, że ma do czynienia z oszustwem, wezwał mężczyznę do zwrotu pieniędzy, co nie spotkało się z reakcją. Sprawa trafiła do sądu, gdzie uznano, że rzeczywiście doszło do oszustwa, i to o znacznym rozmiarze szkody i wysokim stopniu winy oskarżonego. Sąd uznał przy tym, że nie ma znaczenia fakt, czy ktoś, mówiąc w dużym uproszczeniu, był naiwny i uwierzył w pseudonaukę. Nie zmienia to bowiem faktu, że został oszukany, nie zdejmuje też w żaden sposób winy z oszusta. Wyrok na razie jest nieprawomocny.
Wyrok Sądu Okręgowego w Olsztynie pokazuje przede wszystkim, że twierdzenie, iż polskie państwo jest wobec szarlatanerii bezradne, byłoby przesadą. Jeżeli bowiem pod przykrywką bioenergoterapii, terapii energetycznej czy innej nieweryfikowalnej metody dochodzi do świadomego wprowadzania człowieka w błąd i wyłudzania od niego pieniędzy, prawo karne pozwala na reakcję. I to reakcję bardzo poważną – komentuje mec. Kopeć.
Linki w tekście artykułu mogą odsyłać bezpośrednio do odpowiednich dokumentów w programie LEX. Aby móc przeglądać te dokumenty, konieczne jest zalogowanie się do programu. Dostęp do treści dokumentów LEX jest zależny od posiadanych licencji.






