Józef Kielar: Dlaczego warto wspierać Centra Zdrowia Psychicznego?

Katarzyna Szczerbowska: Dlatego, że jest to takie miejsce, w którym można natychmiast otrzymać pomoc, a nie czekać miesiącami na wizytę u psychiatry. Nowością i fenomenem nie tylko w psychiatrii, ale właściwie w całej ochronie zdrowia jest to, że w takich centrach, a mamy ich już 31, nikt nie zapisuje się do kolejki, ani nie rejestruje się wcześniej. To dlatego o wsparcie dla CZP proszą ministra zdrowia  osoby, które miały kryzys psychiczny, ich bliscy, lekarze psychiatrzy oraz Polacy, którzy rozumieją, że jest to wielki problem. W przypadku załamań zdrowia psychicznego, często trzeba działać błyskawicznie, żeby nie doszło do zaostrzenia kryzysu i niezbędnej wtedy hospitalizacji. W punkcie zgłoszeniowo koordynacyjnym CZP, czynnym w każdy dzień powszedni od godz. 8 do 18, a w niektórych centrach, np. w Koszalinie, nawet do 20, na potrzebujących pomocy czeka specjalista.

Jak przebiega taka rozmowa?

Na pewno padnie pytanie, w czym tkwi problem i co nas skłoniło do szukania pomocy? Po nim można też spodziewać się pytań o styl życia, jakość snu, sposób odżywiania, o ewentualne dotychczasowe leczenie psychiatryczne, czy psychoterapeutyczne, no i od kiedy osoba zgłaszająca się po pomoc zauważa, że dzieje się coś niepokojącego. Objawy kryzysu psychicznego mogą być różne - utrata wagi albo przybieranie na niej, bóle głowy, częste infekcje. Ustalenie tych wszystkich kwestii jest ważne, bo na podstawie rozmowy, opracowuje się wstępny plan leczenia. Form pomocy w centrum jest wiele. Mogą to być regularne wizyty u psychiatry, psychoterapia indywidualna lub grupowa, pobyt na oddziale dziennym do którego przychodzi się rano na kilka godzin zajęć terapeutycznych i wraca po nich do domu. To może być wreszcie leczenie domowe, które polega na tym, że specjaliści jeżdżą do pacjenta i pracują z nim i z jego rodziną. W domu może odbywać się psychoterapia, ale też może tam przychodzić pielęgniarka po to, by podać lek w zastrzyku.

 


A co się dzieje w sytuacjach nagłych poważnych, zagrażających życiu i zdrowiu, jak silne myśli samobójcze, czy ostra psychoza?

Centra proponują tzw. łóżka kryzysowe w szpitalu a wraz z tym -  leczenie całodobowe. Dzięki różnym innym formom pomocy, hospitalizacja ta może być jak najkrótsza, bo po niej pacjent trafia do CZP, w którym dostaje pomoc w zdrowieniu. Dawna psychiatria skupia się na leczeniu człowieka z choroby. W leczeniu środowiskowym celem jest prowadzenie pacjenta ku zdrowieniu i utrzymywaniu go w tym zdrowiu. W związku z tym, centra zatrudniają doradców zawodowych i pracowników socjalnych, którzy pomagają chorym wrócić do nauki, czy do pracy. To ważne, bo praca ma terapeutyczną moc - pozwala skupić się na tym, co jest do zrobienia, spełniać się, czuć się potrzebnym, być niezależnym finansowo. Poza tym CZP zatrudniają asystentów zdrowienia - to osoby, które doświadczyły kryzysu psychicznego, opanowały go, przeszły przez odpowiednie szkolenie, żeby pomagać ludziom w kryzysie i ich bliskim. Są one wzorem na to, że z załamaniem psychicznym można sobie poradzić. Mogą pomóc w rozpoznawaniu objawów, które zwiastują kryzys np. bezsenność czy odczuwanie nieuzasadnionego lęku. Wielu pacjentów poddaje się na początku kryzysu. Mają poczucie, że ich choroba jest nieuleczalna, że społeczeństwo ich nie chce. W ostrej fazie załamania, ważna jest pomoc lekarzy, którzy mogą złagodzić jego skutki farmakologicznym wsparciem, ale przychodzi moment, gdy trzeba zawalczyć o siebie.

Czytaj: Dorośli w kryzysie mają już jakąś pomoc, dzieci i młodzież zostawieni sami sobie>>

I uwierzyć, że można żyć zdrowo, być matką, mężem, pracownikiem... ?

Tak. Jest taki słynny amerykański psychiatra Daniel Fisher, który doświadczył kryzysu w wieku 20. lat po tym, jak zostawiła go żona. Trafił do szpitala, gdzie zdiagnozowano u niego schizofrenię. Kiedy odwiedził go szwagier, powiedział mu, że kiedyś chciałby zostać psychiatrą a szwagier odpowiedział: wierzę w ciebie, uda ci się. I te słowa stały się dla Fishera motorem do działania i walki z samym sobą o siebie. Mówi w wywiadach, że powrót do nauki nie był łatwy, ale udało się osiągnąć cel. Teraz jeździ po świecie i opowiada jak ważne dla osoby w kryzysie jest otoczenie wsparciem, towarzyszenie. Psychiatrzy często twierdzą, że rozmowa jest pierwszą pomocą w kryzysie, ale są stany, w których trudno wydobyć z siebie słowo. Porozumiewamy się na poziomie energetycznym, więc obecność drugiego człowieka otwartego na nas, może być bezcenna, nawet jeśli oboje milczymy. Wszystkich ludzi doświadczających kryzysu łączy silne odczuwanie emocji. Każdy, kto doświadczył psychozy wie, że jest ona, jak sen na jawie i że jak ze snu można się z niej obudzić. Drugi człowiek może bardzo w tym pomóc. Ważne jest to, że w centrach bezpłatnie mogą dostać pomoc osoby, które są nieubezpieczone. Do CZP można się zgłosić z diagnozą schizofrenii, depresji, choroby afektywnej dwubiegunowej ale też, kiedy doświadcza się załamania związanego z utratą bliskiej osoby, czy zwolnieniem z pracy. Tych drugich pacjentów jest obecnie więcej, niż zwykle. Ludzie tracą pracę, umierają im bliskie osoby, z którymi nawet nie mają jak się pożegna.

No, ale na pewnie leczenie w CZP jest droższe niż w poradniach?

O nie, ono znacznie bardziej się opłaca. Dzięki takiej terapii jest wielka szansa utrzymać pacjentów w staraniach o wspólne dobro, bez skazywania ich na renty i utrwalanie w kryzysie. Takie pomaganie jest więc poza innymi zaletami korzystne finansowo.

Rewolucja w psychiatrii, czyli pilotaż w centrach zdrowia psychicznego - czytaj tutaj>>
 

Czy to dzięki Centrom Zdrowia Psychicznego dokonuje się transformacja leczenia ze skoncentrowanego na izolacji w szpitalu na rzecz aktywnej pomocy im w środowisku zamieszkania?

Oczywiście, bo one proponują opiekę blisko domu, dostępną, szybką, włączającą w terapię bliskich, podążającą formami pomocy za dynamiką kryzysu. Na początku może być ona skoncentrowana na wspieraniu przez psychiatrę i psychoterapeutę a z biegiem czasu jej podstawą może stać się psychoterapia grupowa, w której jest miejsce na wymianę doświadczeń z osobami o podobnych problemach. Centra mogą działać elastycznie, bo ich budżet nie jest uzależniony od rozliczanych tzw. pełnych łóżek i liczby wizyt w poradni, ale od liczby mieszkańców w danym regionie. Nie obowiązują limity dla poszczególnych form pomocy, ale trzeba tak zorganizować opiekę, aby w każdej chwili przyjąć osobę, która zgłosi swój problem i zaopiekować się nią jak najlepiej. Liczy się człowiek, wspieranie go na różne sposoby, a nie rozliczanie pełnych łóżek czy wizyt u lekarza. W sytuacji, gdy psychiatria finansowana jest głównie na tzw. pełne łóżka, w szpitalu, wymusza to taką formę leczenia na lekarzach, przyjmowanie pacjentów do szpitala. To z zaniedbań kryzysów, które można było opanować szybką interwencją i z wymogów biorą się wielomiesięczne, czasem trwające ponad pół roku albo i dłużej hospitalizacje rujnujące życie tzw. wiecznym pacjentom.

 


Nie wszyscy mamy jednak dostępu do takiej środowiskowej pomocy w centrach.

Obecnie w 31 placówkach (CZP) opieka dostępna jest dla 11 procent mieszkańców Polski. Działają one w ramach pilotażu Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego. Pilotaż może mieć kłopoty finansowe wynikające z kryzysu finansowego związanego z COVID-19. W tym roku nie udało się otworzyć tyle CZP, ile zamierzano.

Zgodnie z planem, program ma się zakończyć w połowie przyszłego roku. W petycjach, od których zaczęła się nasza rozmowa, pacjenci, ich bliscy, Polacy, którzy popierają ten projekt, proszą ministra zdrowia, żeby wsparł go swoimi decyzjami przedłużając do końca 2022 r. Chodzi o to, żeby z reformy nie zrezygnować, ale żeby dalej wprowadzać ją łagodnie, stopniowo, tak by takie leczenie było dostępne dla wszystkich potrzebujących do końca 2027 roku. Wcześniej w tej sprawie do ministra zdrowia swoje pismo skierowali lekarze psychiatrzy. Podpisało je 80 uznanych autorytetów. Prosili w nim o nowelizację ustawy o ochronie zdrowia psychicznego wprowadzającą ustawowe ramy niezbędne dla utworzenia i sprawnego funkcjonowania trzypoziomowego systemu opieki psychiatrycznej – dla dorosłych oraz dla dzieci i młodzieży. O ustalenie tzw. mapy drogowej, dalszych zmian systemowych w obszarze psychiatrii dorosłych oraz dzieci i młodzieży. W tych miejscach, w których działają centra już zauważa się mniej hospitalizacji, w tym mniej tych najbardziej dramatycznych, czyli bez zgody pacjenta. Taki chory jest w stanie ewidentnie wymagającym pomocy, nie jest w stanie złożyć nawet podpisu pod zgodą na leczenie, bo nie chce, choć niedawno próbował wyskoczyć z balkonu w przekonaniu, że umie latać, albo zaczął podcinać sobie żyły.

Czytaj: RPO: Ochrona zdrowia psychicznego wymaga systemowej zmiany>>
 

Co zawiera petycja od osób z doświadczeniem kryzysu psychicznego do ministra zdrowia?

Możemy w niej przeczytać, że kryzysy w porę nierozwiązane łamią lub zabierają życie. O tym, że centra dają nadzieję na szybką, dobrą, przyjazną pomoc, że są odpowiedzialne za zapewnienie pomocy mieszkańcom określonego obszaru. Jest w niej apel do ministra o przyśpieszenie rozwoju sieci CZP i jego ukończenie, o zwiększenie nakładów na ochronę zdrowia psychicznego do poziomu co najmniej średniego w Europie, tj. 5 proc. udziału w całości nakładów na ochronę zdrowia (obecnie jest to 3,4 proc.). Bez zwiększenia nakładów na psychiatrię nie da się skutecznie przeprowadzić reformy tej dziedziny medycyny a pacjenci często są pozbawieni odpowiedniej pomocy. Warto mieć na uwadze, że pod względem nakładów na zdrowie psychiczne Polska jest na przedostatnim miejscu w UE.

W okresie pandemii wielu Polaków przeżywa kryzys psychiczny. Czy ktoś monitoruje ten proces i pomaga tym osobom choć w minimalnym stopniu?

Myślę, że na takie statystyki jest za wcześnie. Zapewne pełniejszy obraz będziemy mieli, kiedy skończy się ten rok. O tym, jak pandemia zmieniła pracę w wolskim CZP rozmawiałam z Katarzyną Stankiewicz, która je prowadzi. Powiedziała, że liczba nowych pacjentów przychodzących do Punktu Zgłoszeniowo Koordynacyjnego w stosunku do 2019 r. wzrosła w kwietniu i maju 2020 r. o około 20 proc. Wówczas także zwiększyła się liczba wizyt dzięki wprowadzeniu teleporad. Warto zwrócić uwagę na to, że wiele Poradni Zdrowia Psychicznego w czasie lockdownu, całkowicie zamknęło się na nowych pacjentów, a jej centrum w tym czasie ich przyjmowało. Na początku pandemii w CZP było więcej interwencji kryzysowych związanych z izolacją, samotnością, napięciami rodzinnymi, lękiem o pracę, zdarzały się też myśli samobójcze. W kwietniu, maju i czerwcu wzrosło o 20 proc. także zainteresowanie pacjentów pomocą w koszalińskim Centrum Zdrowia Psychicznego, kierowanym przez dr Izabelę Ciuńczyk. Zapytałam ją o to, komu, i jakiej pomocy udzielało CZP? Odpowiedziała mi, że pierwsza grupa, to osoby z zaburzeniami adaptacyjnymi z powodu konsekwencji pandemii - śmierci bliskiej osoby, zwolnieniem z pracy, zmniejszeniem wynagrodzenia i kredytami do spłaty. Druga grupa, to osoby za zaburzeniami lękowymi i/lub depresyjnymi wywołanymi niewiadomą jaką była sama pandemia, czy umrzemy, jak będziemy chorować, co nam grozi itp. oraz izolacja, brak kontaktu z bliskimi,  zwłaszcza w okolicy Świąt Wielkanocnych. Trzecia grupa, to obecnie zwiększająca się liczba osób proszących o zaświadczenie, że nie mogą nosić maseczki. Czwartą są medycy. CZP współpracuje bowiem z Izbami: pielęgniarską i lekarską. W tym przypadku, pomoc głównie opiera się na dyżurach psychologów, służących rozmową. Piąta i najmniejsza grupa, to osoby z kryzysem psychotycznym dotyczącym pandemii. Pani doktor miała pacjenta, który zamknął żonę i dzieci w domu na wsi, w przekonaniu, że wirus, to spisek Chin.

 


Jest pani autorką wstrząsającego i znakomitego reportażu „Spałam w palarni”. Jak się tam spało i dlaczego akurat tam?

Przy ścianie były fotele, które rozkładały się jak w kinie. Wieczorem, kiedy zaczynała się cisza nocna, brałam ze sobą kołdrę i poduszkę i kładłam się na ich siedzeniach. Pielęgniarki na początku protestowały, próbowały mnie namówić, żebym poszła do łóżka. Broniłam się tłumacząc, że przecież palarnia jest miejscem, z którego można korzystać całą dobę. W końcu machnęły ręką, być może dochodząc do wniosku, że można dać mi spokój, bo przecież nic złego nie robię. Spałam w palarni, bo miałam tam namiastkę wolności. To jedyne miejsce na całodobowym oddziale, które nie przypomina szpitala. Poza fotelami była tam duża metalowa popielniczka i stary wentylator, który szumiał nieudolnie mieszając powietrze. Rano budzili mnie pacjenci, którzy jako pierwsi przychodzili na papierosa wśród nich jeden z moich ulubionych, który twierdził, że jest milionerem i że kiedyś, jak stąd wyjdziemy, pojedziemy do jego mieszkania w Paryżu, gdzie razem będziemy palić cygara. Lubiłam też siedzieć w palarni w dzień. Ludzie stawali się tam jakby zdrowsi, jak za dotknięciem różdżki przechodząc przez jej skrzypiące drzwi. W pacjentach szpitala podobała mi się ich wrażliwość, szczerość, nieprzewidywalność. Osobom w kryzysie, zwłaszcza w psychozie spadają wszystkie maski, które zazwyczaj nosimy, by się chronić lub by coś wymusić na innych. Tam spotyka się tzw. ludzi w prawdzie. Rozmawia się o najważniejszych rzeczach miłości, marzeniach, czasem o polityce. Poza tym nigdzie chyba nikt nam nigdy tutaj nie zada pytania, czy rano biorąc prysznic widziałam na stopach Freuda.

Krąży przekonanie, że kryzysów doświadczają ludzie wybitnie zdolni, inteligentni? Czy pani doświadczenie to potwierdza?

Różnie z tym bywa. Są pacjenci, którzy studiują prawo i przynoszą stosy kodeksów do sali terapii, żeby przygotować się do egzaminu. Są biolodzy, filolodzy, fizycy. Pamiętam informatyka, któremu wydawało się, że jest komputerem. Miałam na sali tłumaczkę z języka chińskiego. Ale jest też wielu takich, których przed laty choroba wyrwała z życia i nie udało im się skończyć studiów, żadnej szkoły. I tacy o których nic nie wiadomo, bo są zatopieni w swoim świecie równoległym. Wiele osób w ogóle się nie odzywa. Niektórzy wydają nic nie znaczące dźwięki. Część pacjentów spędza całe dnie w łóżku. Myślę, że tym, co łączy tych ludzi nie jest inteligencja, niesamowita wyobraźnia, czy wybitne zdolności, ale wielka wrażliwość, ogromna czułość na emocje płynące z otoczenia. Szpital zabiera pacjentom wolność, oducza podejmowania decyzji.

Na oddziale zamkniętym jest gorzej, niż w więzieniu, bo nie można wyjść nawet na korytarz.

Szpital to izolatki, przywiązywanie pasami do łóżka, jeśli pacjent zaczyna zachowywać się w sposób, w jakim trudno go opanować, np. uderza głową w ścianę albo przypala się zapalniczką. Widziałam szpital w Wielkiej Brytanii, gdzie jest mniej więcej tyle samo personelu, co pacjentów, więc jeśli ktoś potrzebuje rozmowy zawsze znajdzie się ktoś, kto go wysłucha, a gdy zaczyna być nadpobudliwy jest ktoś, kto go uspokoi. Każdy pacjent ma swój pokój a przestrzeń przypomina dobrej klasy hotel. Szpital otacza ogród, ale przy każdym oddziale jest też wyjście na taras z trawą i roślinami w doniczkach. W naszych szpitalach często nie ma żadnej terapii, a jeśli już jest, to muzykoterapia albo psychorysunek. Tam w Anglii ludzie są przygotowywani do życia po wyjściu ze szpitala - wspólnie gotują, grają w tenisa stołowego, mają siłownię, zajęcia mindfulness. Na obiad jest kilka dań do wyboru a po kolacji wystawia się owoce, przez cała dobę jest dostęp do kawy i herbaty oraz do wody niegazowanej. U nas po kolacji wystawia się pokrojony na kromki chleb i gar kompotu, w którym wszyscy grzebią. Kiedyś napiłam się tego kompotu wprost z łyżki wazowej i nabawiłam się dotkliwego zakażenia. Obecnie, gdy jestem w świecie zdrowych, zawsze wpadam w zachwyt, kiedy mogę być w kinie, filharmonii, czy na plaży ciesząc się z tego, że tego doświadczam. Wielu ludziom, niestety, szpital daje poczucie bezpieczeństwa. W świecie poza nim nie widzą miejsca dla siebie. Spycha się ich bowiem na margines. Siedzą samotnie w swoich pokojach, z których coraz rzadziej wychodzą, albo często wracają do szpitala.

 


Czy można tego uniknąć?

Poznałam niedawno 33-letniego znakomitego architekta z diagnozą schizofrenii. Wyraził zgodę, żeby opowiedzieć historię jego choroby. Miał już cztery ciężkie załamania psychiczne – w szpitalu był trzy razy. Schizofrenia ma zwykle sinusoidalny przebieg, po zaostrzeniu objawów, osoby jej doświadczające wracają często do zdrowia i mogą normalnie funkcjonować. Kiedy kończył przedostatni rok studiów z bardzo dobrymi wynikami, choroba znowu nawróciła. Był tak niesamodzielny, że matka musiała go myć pod szpitalnym prysznicem. Znany profesor powiedział wtedy jego rodzicom: Macie wspaniałego syna, ale musicie szukać innej alternatywy leczenia. I wyleczyli go w niepublicznej przychodni. Tyle, że nie każdego stać na psychiatrę i terapię prywatnie. Uznani profesorowie biorą 400 zł za godzinę, a wizyta u psychiatry kosztuje nawet 250 zł. Prywatny szpital, to koszt prawie 15 tys. zł za dwa tygodnie w pokoju jednoosobowym. Teraz ten chłopak robi międzynarodową karierę, dzięki temu, że jego amerykański szef rozumie problemy osób chorujących psychicznie. Można więc powiedzie, że w trójkę pokonali chorobę: syn, jego ojciec, który na leczenie wydał wszystkie oszczędności i pracodawca.

Nasi pracodawcy nie rozumieją tego, że nawet po ciężkim kryzysie można i trzeba wrócić do pracy? Dlaczego w Polsce takie chore, ale zdolne osoby są stygmatyzowane?

W amerykańskich firmach często jest polityka różnorodności, która polega na tym, że zatrudnia się osoby, które wnoszą różną energię, możliwości, wrażliwość, odmienne doświadczenia. Jest miejsce dla osób z różnych kultur, o różnej orientacji seksualnej, różniących się wiekiem, kolorem skóry i także dla osób z doświadczeniem kryzysu. U nas bywa różnie. Wszystko zależy od człowieka, który danym miejscem zarządza i decyduje z kim chce pracować, a z kim nie. Ja po obu półrocznych hospitalizacjach mogłam wrócić do pracy i dostałam w niej od szefowej ogromne wsparcie. Zdjęła ze mnie część dawnych obowiązków w trosce o to, żebym się nie przemęczała. Byłam wtedy sekretarzem redakcji magazynu o podróżach a osobą, która wyciągnęła do mnie rękę była Paulina Stolarek-Marat, obecnie red. nacz. Zwierciadła. Ostatnio do Fundacji eFkropka w której działam, skupiającej głównie osoby po kryzysie pomagające ludziom, którzy w kryzysie trwają i ich bliskim, zgłosiła się kobieta z prośbą o warsztaty w jej firmie. Chciała przygotować pracowników na powrót ich koleżanki ze szpitala psychiatrycznego. Zazwyczaj jednak ludzie nie chcą pracować z takimi ludźmi.