- Powinieneś leżeć już w kałuży krwi - krzyczał do lekarza pacjent w sali intensywnego nadzoru kardiologicznego w jednym z katowickich szpitali. Chwilę poodcinał sobie kable kardiomonitora, dźgnął lekarza nożem, uderzył trzonkiem noża jedną z pielęgniarek i rzucił defibrylatorem o ziemię. Doktor miał jednak szczęście, bo ostrze było wycelowane w klatkę piersiową, ale trafiło na guzik fartucha lekarskiego.

 Niebezpiecznego pacjenta pacyfikowało aż 15 policjantów. Do tego zdarzenia  doszło w lipcu i wypłynęło akurat na światło dzienne. Nie ma  jednak dnia, w którym służba zdrowia w Polsce nie zderzała się z agresją ze strony pacjentów. Może nie codziennie z fizyczną, ale słowna jest już na porządku dziennym.

 „Ty konowale, nie umiesz mi wypisać nawet recepty” - z takimi odzywkami ze strony pacjentów lekarze zderzają się niemal codziennie. Na Pomorzu, przed kilkoma laty pacjent nawet dotkliwie pobił lekarkę za to, że źle wypisała mu receptę.     

Rejestr monitorowania agresji

Nikt nie zna tak na prawdę liczby agresywnych zachowań pacjentów wobec personelu medycznego.

Naczelna Izba Lekarska wspólnie z Naczelną Izbą Pielęgniarek i Położnych prowadzi rejestr monitorowania agresji w służbie zdrowia. Do statystyk trafiają te najbardziej drastyczne przypadki. Od 2010 roku, kiedy zaczęto je liczyć, stwierdzono ich 255. A z pewnością były ich tysiące.

Najwięcej zgłoszeń pochodzi z woj. mazowieckiego, na drugim miejscu jest wielkopolskie. W ocenie personelu medycznego najczęściej pacjenci awanturują się w przychodniach, skąd pochodzi  63 zgłoszenia.

Agresja jest też powszechna w  w gabinecie lekarskim, następnie w punkcie rejestracji pacjentów, oraz w szpitalu (33 zgłoszenia) – na oddziale, w szpitalnym oddziale ratunkowym i izbie przyjęć. Kilka zgłoszeń dotyczyło innego miejsca przebywania pacjenta oraz gabinetu prywatnego.

Lekarze, mimo iż czują się poszkodowani przez zachowania pacjentów, nie decydują się jednak wkroczyć przeciwko nim na drogę prawną.

- Nie mają na to czasu. Nie występują, mimo, iż izby lekarskie zapewniają im wsparcie prawne i pomoc w sporządzaniu pism procesowych- mówi dr Zbigniew Brzezin, rzecznik praw lekarza przy Naczelnej Radzie Lekarskiej. Przyznaje, że gdy pierwsze emocje opadną, lekarze zwyczajnie odpuszczają. - Bo jeśli sam  lekarz nie chce tego zgłosić do prokuratury, izba nie może za niego tego zrobić- mówi dr Brzezin.

 


Roszczeniowe rodziny

Tak samo odpuszczają pielęgniarki, które też padają często ofiarami agresji fizycznej i słownej ze strony pacjentów. One muszą się jeszcze borykać z dodatkowymi utrudnieniami.

- Rodziny pacjentów są bardzo roszczeniowe. I jeśli w służbie zdrowia, w  w leczeniu bliskiego czy w warunkach szpitalnych widzą jakieś niedociągnięcia, to wyładowują swoją złość na pielęgniarkach - mówi Zofia Małas, prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych. Przyznaje jednak, że pielęgniarki po początkowej fali oburzenia, też odpuszczają i nie występują do sądu.

Najgorszą zmorą dla personelu medycznego okazują się być osoby nietrzeźwe i młodzi ludzie pod wypływem dopalaczy.

- Leżą na oddziałach ratunkowych i ubliżają pielęgniarkom. Zakłócają też spokój innym pacjentom - podkreśla Zofia Małas. Tacy pacjenci nie raz i nie dwa wykrzykują, że płacą składkę zdrowotną i obowiązkiem pielęgniarek jest chociażby przekręcić ich z boku na bok.

Lekarze jako funkcjonariusze

Środowisko lekarskie chciałoby więc, aby uznać lekarzy funkcjonariuszy publicznych w momencie, gdy świadczą pomoc pacjentom. Nie tylko pierwszą.

Teraz, zgodnie z ustawą o zawodzie lekarza i lekarza dentysty,  mają ochronę przynależną funkcjonariuszowi publicznemu tylko w ściśle określonych sytuacjach, gdy chodzi o wykonywanie procedur bezpośrednio ratujących życie. Tak samo pielęgniarki.

NRA wniosła nawet poprawki do ustawy podnoszącej nakłady na ochronę zdrowia do 6 proc. PKB. 

5 lipca 2018 r., podczas nocnego głosowania, posłowie odrzucili jednak wszystkie poprawki samorządu lekarskiego o przyznaniu ochrony przynależnej funkcjonariuszom publicznym wszystkim lekarzom i lekarzom dentystom. Samorząd lekarski nie zgadza się z zapisem w projekcie rządowym, że tylko lekarz pracujący w placówce, która ma kontrakt z NFZ będzie mógł korzystać z ochrony należnej funkcjonariuszowi publicznemu, a jeśli będzie wykonywał zawód w podmiocie, który nie zawarł kontraktu z NFZ, to już nie będzie jej miał.

W poprawce było zapisane, że „Lekarzowi w trakcie wykonywania czynności zawodowych przysługuje ochrona prawna należna funkcjonariuszowi publicznemu”.

Sąd: Ochrona nie obejmuje oczekiwania na wezwanie do wyjazdu 

To, że dziś ochrona prawna należna funkcjonariuszowi publicznemu przysługuje lekarzowi tylko w niektórych sytuacjach – przesądził Sąd Najwyższy. (sygnatura akt: I KZP 24/15). Wymienił, że chodzi o udzielanie pierwszej pomocy oraz podejmowanie medycznych czynności ratunkowych, gdy zwłoka mogłaby spowodować śmierć, kalectwo lub rozstrój zdrowia pacjenta.

Taka ochrona nie obejmuje czasu pełnienia przez lekarza dyżuru w szpitalnym oddziale ratunkowym, jeśli polega on tylko na oczekiwaniu na wezwanie do wyjazdu załogi karetki pogotowia ratunkowego – uważa SN.