Ewa Usowicz: Czy Prawo autorskie może pójść w najbliższych latach w jakimś zaskakującym kierunku?

Prof. Ryszard Markiewicz: To się już dzieje. Mieliśmy przecież niedawno w USA „sprawę” małpy, która zrobiła sobie selfie. W efekcie powstała wielka dyskusja dotycząca ochrony praw autorskich, która znalazła swój finał w sądzie. Argumentowano, że małpa jest autorem. Właściciel telefonu – zażądał ochrony praw autorskich do słynnego zdjęcia. O to samo wystąpiło stowarzyszenie chroniące prawa zwierząt. Zawarto nawet ugodę między dysponentem zdjęcia a tym stowarzyszeniem, na mocy której miało by ono otrzymywać część wynagrodzenia z praw autorskich. Amerykański sąd oddalił powództwo dotyczące ochrony praw autorskich, a ugodę uznał za niedopuszczalną,  uznając, że zwierzę nie może być twórcą. Myślę jednak, że to się może za parę lat zmienić, zważywszy na szybki rozwój regulacji chroniących prawa zwierząt. Wymagałoby to jednak zasadniczych modyfikacji prawa – związanych z przyznaniem im podmiotowości prawnej. 

Dopóki nie trzeba będzie negocjować umów autorskich z małpą, może nie będzie najgorzej…

To fakt! Pozostaną trudne negocjacje z opiekunami zwierząt i chroniącymi je organizacjami.
Pytanie czy w najbliższych latach osobowości prawnej nie uzyskają też maszyny – obserwujemy przecież niebywały postęp tzw. sztucznej inteligencji. Już teraz toczą się dyskusje, czy obrazy „namalowane” przez systemy informatyczne albo utwory muzyczne skomponowane przez nie są utworami. Według mnie – nie, chyba, że wykażemy równoległy wkład twórczy użytkownika sztucznej inteligencji w stworzenie utworu. 
Odrębny problem dotyczy, kwestii, czy zdjęcie jest utworem tylko dlatego, że ktoś znalazł się w odpowiednim czasie i odpowiednim miejscu – tak było m.in. ze słynnymi zdjęciami z zabójstwa Kennedy'ego, autorstwa Zaprudera. Moim zdaniem, utwór powstanie tylko wówczas, gdy człowiek „ustawi” aparat fotograficzny w taki sposób, by osiągnąć określony efekt – cechę indywidualnej twórczości,  tu - zdjęcia.

  


Wydaje się, że internet jest teraz miejscem, gdzie w zakresie praw autorskich obowiązuje zasada „hulaj dusza, piekła nie ma”.  Sądzi Pan, że da się tu lepiej chronić prawa autorskie czy dojdzie raczej do jeszcze większej liberalizacji?

Myślę, że dojdzie do jeszcze większego poszerzenia praw użytkowników internetu – przede wszystkim w zakresie dozwolonego użytku. Sądzę, że dojdzie do przejęcia amerykańskiego „fair use”, który jest oparty w zasadniczej części na wyważaniu interesów stron – w oparciu o kryteria wskazane w ustawie.  
Rzeczywiście utwory chronione prawami autorskimi są teraz niebywale eksploatowane w sieci – na potęgę „ściągane” są m.in. pirackie filmy. Uważam jednak, że internauci nie powinni ponosić odpowiedzialności za takie działanie,  o ile jest ono realizowane tylko dla potrzeb użytku osobistego - większość ludzi nie jest w stanie sprawdzić, co zostało zamieszczone w sieci legalnie, a co nie.  Zwłaszcza wobec uchwalenia i wprowadzenia dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym (myląco określanej jako ACTA 2) w części przewidującej  obowiązek filtrowania udostępnianych materiałów przez dostawców usług pod kątem ewentualnego naruszania praw autorskich - uważałbym za celowe generalne wyraźne zwolnienie od odpowiedzialności „ściągających” utwory w ramach dozwolonego użytku, który nie ma charakteru komercyjnego – także wówczas, gdy dotyczy to utworów udostępnianych na danej platformie bez stosownego upoważnienia.

Nie uważa Pan, że jest coraz więcej „dziwnych” orzeczeń sądowych w zakresie prawa autorskiego?

Rzeczywiście tak jest. Bywa nawet, że orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości UE, burzy dotychczas ustalone  podstawowe konstrukcje prawnoautorskie. Na przykład coraz częściej pojawia się w tych wyrokach stanowisko, że dla naruszenia prawa autorskiego konieczny jest element winy. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie – przecież co do zasady naruszenie praw wyłącznych nie jest zależne od winy! Podobnie – bardzo szeroko traktuje się obecnie w tych wyrokach pojęcie rozpowszechniania utworów – np. przyjmuje się że jeśli ktoś przechowuje egzemplarze utworów w magazynie, to już rozpowszechnia utwór. A tak przecież nie jest.

Jakie są najbardziej absurdalne regulacje dotyczące praw autorskich w polskim prawie?

W ustawie o szkolnictwie wyższym stwierdzono, że „wykonywanie obowiązków nauczyciela akademickiego stanowi działalność twórczą o indywidualnym charakterze w rozumieniu prawa autorskiego”. Tym przepisem  przesądzono, że wszystko co stanowi realizację obowiązków nauczyciela akademickiego stanowi utwór. Jeżeli spojrzymy na art. 115 tej ustawy, to okaże się, że utworem byłoby np. prowadzenie i sprawdzanie ćwiczeń i egzaminów (gdyż działania te należą do kształcenia studentów), czy też odkrycia i inne ustalenia naukowe powstające w wyniku wykonywania obowiązków pracowniczych. Taka kwalifikacja jest zdecydowanie sprzeczna z podstawowymi zasadami uznawania danego wytworu za utwór w rozumieniu prawa autorskiego. To absurd, ale takie są skutki definicji tworzonych dla potrzeb podatkowych – tylko po to, by mogły mieć zastosowanie 50-proc. koszty uzyskania przychodu.

Inny z moich „ulubionych” przepisów dotyczy wymienienia w prawie autorskim wśród przykładów utworów – utworów lutniczych. W świetle takiej regulacji utworem może być gitara lub skrzypce. A przecież stosowane są tu klasyczne kształty i na takiej samej zasadzie mogłyby jako utwory być traktowane fortepiany , bębny i inne instrumenty muzyczne. To kolejny przykład zniekształcania prawa autorskiego ze względu na zniżki przewidziane w prawie podatkowym. 

Chronimy coraz więcej?

Idziemy w kierunku prawnoautorskiej „ochrony byle czego” – czasem wystarczy prymitywny rysunek czy banalny zestaw słów, który od razu jest uznawany jako utwór. Bo jako kryterium bierze się pod uwagę, czy jest mało prawdopodobne, aby ktoś inny stworzył coś identycznego. Tyle, że to nie wystarczy, według mnie, do oceny, że wówczas istnieje utwór – chroniony prawami wyłącznymi. W Stanach np. uznano za utwór…  prosty napis na butelce leku - instrukcję jego zażywania. Podobne kuriozalne przykłady mamy i na polskim podwórku - za utwór uznano u nas produkt ubezpieczeniowy. Inne polskie orzeczenie (i to Sądu Najwyższego) dotyczyło znicza – chodziło o jego kształt – bardzo typowy: prosty, czerwony, podobny do słoika. Klasyczny znicz, który można kupić na każdym straganie przy cmentarzu. Przyjęto , że to utwór chroniony prawem autorskim. Gdyby iść tym śladem, trzeba by uznać, że producenci dżemów naruszają prawa autorskie pakując je do słoików prawie identycznych, jak kształt tych zniczy. 
Inny przykład dotyczy słynnych krasnali Majora Fydrycha z Pomarańczowej Alternatywy. Miasto Wrocław stworzyło własny projekt  takiego krasnala. I w istocie tylko z powodu samego nawiązania do idei krasnala - uznano, że doszło do naruszenia prawa autorskiego do utworów Majora Fydrycha, uzasadniającego  wysokie odszkodowanie na rzecz twórcy. Byłem jednym z autorów opinii prawnej na potrzeby tej sprawy - poprosiliśmy dzieci w przedszkolach o narysowanie krasnali. Oczywiście rysowały proste, typowe „krasnale” – podobne do tych Fydrycha. To prawda, że krasnal stał się symbolem Wrocławia dzięki Fydrychowi i ten, być może, powinien zostać za to jakoś wynagrodzony. Mam jednak wątpliwości czy akurat na gruncie prawa autorskiego.

 


A jakiś dobry trend sądowy?

Pojawiają się, choć jeszcze rzadko, orzeczenia kwestionujące istnienia utworu np. w przypadku standardowej fotografii trójwymiarowego obiektu muzealnego lub banalnego widoczku z mostu. W Polsce podejście, że  prawie każda fotografia jest utworem, chyba, że chodzi o fotografię przedmiotu dwuwymiarowego (np. obrazu). 

Kto najczęściej plagiatuje?

Niestety, całkiem często także  - świat akademicki.

Zdarzył się plagiat u Państwa w Instytucie?

Tak, wiele lat temu – na szczęście była to drobna sprawa. Dostajemy jednak do oceny, jako Katedra Prawa Własności Intelektualnej UJ, sporo spraw o plagiaty naukowe.
Często zarzuty plagiatu dotyczą znaków towarowych. To trudne sprawy, bo te znaki praktycznie nigdy nie są identyczne. Zdarzają się też sprawy plagiatów muzycznych, a także kwestionowanie tzw. samplingu, a więc wykorzystania fragmentu cudzego nagrania. 

A jakich spraw jest mniej niż kiedyś?

Na przykład tych o parodie, gdyż prawo autorskie - pod wpływem prawa Unii Europejskiej – stało się bardziej liberalne w tym zakresie. 

Czy podobają się Panu przeróbki utworów typu Mona Lisa z wąsami?

Nie jestem przeciwnikiem takiego „przetwarzania” dzieł, co do których wygasły autorskie prawa majątkowe. Bo przywracają one dawną twórczość, sprawiają, że wciąż pozostaje żywa, nawet jeśli trafia do popkultury. Uważam jednak, że trzeba wyraźnie informować odbiorcę, że nie zapoznaje się z oryginałem – w każdym bądź razie,  gdy z perspektywy założonego odbiorcy sprawa nie jest oczywista.

Czy należałoby szybko zmienić jakieś przepisy polskiego prawa autorskiego?

Zmieniłbym te o umowach licencyjnych, bo niedostatecznie chronią interesy licencjobiorcy – czyli tego, który uzyskuje licencję – np. wydawcy czy przedsiębiorstwa nabywającego licencje do programu komputerowego. Brak możliwości zawarcia niewypowiadalnej umowy licencyjnej nie sprzyja stabilności prowadzenia biznesu i rodzi niepotrzebne ryzyka. Warto by także złagodzić wymóg wyraźnego wymieniania pól eksploatacji w umowach autorskich - jako warunku ich skuteczności. 
Wydaje się celowe  zaproponowanie nowych kryteriów utworu, by ograniczyć zalew utworami, które ze względu na niską wartość dla społeczeństwa nie powinny być chronione.  Powinien nim być tylko nowy przedmiotowo (zamiast – jak dotychczas -  tylko subiektywnie nowy), nieoczywisty lub o istotnym poziomie twórczym (znaczący kulturowo) rezultat. Ale dla uzyskania takich modyfikacji konieczna byłaby zmiana prawa autorskiego i to nie tylko polskiego. 
Szczególnie kontrowersyjny byłby pomysł usytuowania odkryć i pomysłów w prawie autorskim.  Oczywiście ochrona autorska nie powinna wówczas polegać na przyznaniu wyłączności ze względu na takie rezultaty. Byłoby to błędne z punktu widzenia interesów społecznych. Ale istnieją racje dla uznania, że pojawiają się tu utwory w rozumieniu prawa autorskiego,  a ich twórcom należy zapewnić ochronę ich autorskich dóbr osobistych, co miałoby szczególne znaczenie dla stwierdzania współautorstwa osób tworzących „tylko” pomysły np. dla badań naukowych. W obecnym stanie prawnym mam pewne poczucie niesprawiedliwości, bo pomimo wszelkich wysiłków „wdrażających” dany utwór -  nie powstałyby on  bez pomysłu, idei danej osoby. Prawo autorskie, niestety, ją pomija. 

Prof. Ryszard Markiewicz jest autorem licznych publikacji z zakresu własności intelektualnej. Podczas 22. Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie będzie gościem na stoisku Wolters Kluwer Polska (nr B8) w sobotę 27 października o godz. 14.00, gdzie spotka się z czytelnikami i będzie podpisywał swoją najnowszą książkę „Ilustrowane prawo autorskie”.