O tym, że organizacja pracy szkoły w czasie pandemii będzie prawdziwym wyzwaniem, od dawna mówili dyrektorzy, nauczyciele i związkowcy. We wtorek nowy reżim sanitarny w szkołach można było podziwiać w praktyce i - jak się okazuje - nie wygląda on najlepiej.

 

Zdalna edukacja nadal bez jednej platformy i jednolitych zasad>>

 

Reżim tylko pod okiem nauczyciela

- Wszelkiego rodzaju zabezpieczenia są fikcją - mówi matka siedmiolatki z jednej ze szkół na warszawskiej Ochocie. - W naszej szkole już od godziny 8.30 (rozpoczęcie dla młodszych klas zaplanowano na 9.00), dosłownie kłębiły się tłumy rodziców, i to przed wszystkimi wejściami. Nikt nie zachowywał dystansu, nieliczne osoby – jakieś 10 do 20 proc. - miały maseczki, głównie na brodzie, żeby łatwiej było rozmawiać. Dzieci wchodziły same, ale nikt im nie mierzył temperatur, a jedynie w obecności nauczycielki miały zdezynfekować ręce. Pani od razu ich poinformowała, że powinny mieć „osobiste” płyny w plecakach, bo nie wiadomo, czy w szkole będzie ich wystarczająca ilość. Co ważne, nie ma mowy o rozsadzaniu dzieci. Siedzą tak, jak siedziały - po dwoje w ławce. Tuż po wyjściu, jak na komendę, ściągały maseczki i wbiegały w tłum rozmawiających rodziców – dodaje.

Zobacz w LEX: Zadania dyrektora we wrześniu - procedury i wzory >

Rodzice skarżą się też m.in. na plany godzin. Już wcześniej informowano ich, że dzieci będą uczyć się na zmiany, więc większość brała pod uwagę szkołę do późnych godzin. – Tego można było się oczywiście spodziewać, ale zakładaliśmy, że dzieci - szczególnie z młodszych klas – będą „trzymać” się jednej klasy. To ułatwiłoby i zachowanie bezpieczeństwa sanitarnego, i ewentualne odizolowanie grupy, w której będzie ktoś z koronawirusem, czy mający kontakt z osobą zarażoną. Tymczasem mój syn – klasa II – każdego dnia, praktycznie każde zajęcia ma w innej sali. Dzieci będą w czasie przerw przebiegać piętro, albo dwa, w tłumie innych uczniów – szkoła liczy ich blisko 900. Trudno też uwierzyć, że każda z tych sal zostanie po poprzedniej klasie wywietrzona i zdezynfekowana. Ciekawe jak będzie wyglądać ewentualna kwarantanna i kto nią zostanie objęty, jeśli tak naprawdę nikt nie panuje nad sytuacją – mówi ojciec 8-latka, uczęszczającego do szkoły na warszawskim Mokotowie. 

Czytaj w LEX: Poddanie określonej osoby przymusowej kwarantannie podczas epidemii koronawirusa - konsekwencje prawne >

- Mam poczucie, że idziemy na żywioł. Nikt nie bierze pod uwagę zagrożenia, albo po prostu dyrektorzy wychodzą z założenia, że co będzie, to będzie. W naszej szkole jest jeszcze jeden problem. Wielu nauczycieli klas starszych jest w grupie ryzyka, ze względu na wiek. Pocztą pantoflową przekazywane są wiadomości, że już teraz trwa analiza tego, jak wypełnić luki, jeśli zachorują, albo nie będą chcieli ryzykować zdrowia. Po cichu szkoła szykuje się też na tryb zdalny. Zresztą część rodziców już o to pyta. Jednak oficjalnie informuje się ich, że obecnie nie ma możliwości nauki w innym trybie, niż stacjonarny – wskazuje mama 12-latka z Ursusa.

Zobacz w LEX: Procedury bezpieczeństwa obowiązujące w przedszkolach w czasie stanu epidemii w związku z COVID-19 >

 

Można zawiadomić organ prowadzący

Rodzice, którzy nie oceniają zbyt dobrze poziomu bezpieczeństwa w szkole, nie mają większego pola do manewru - rozporządzenia dotyczące organizacji szkoły dają dyrektorowi autonomię w podejmowaniu decyzji.

Sprawdź w LEX: Czy dyrektor szkoły powinien uzyskać opinię Państwowego Powiatowego Inspektora Sanitarnego w zakresie nauczania hybrydowego? >

- Prawo oświatowe nie przewiduje procedury odwoławczej w tych kwestiach - mówi prof. Antoni Jeżowski, ekspert w kwestiach prawa oświatowego - Takich kompetencji nie ma nawet rada rodziców. Jedyne, co pozostaje niezadowolonym, to powiadomienie organu prowadzącego i ewentualnie kuratorium. W tym przypadku chodzi o kwestie organizacyjne, a nie pedagogiczne, zatem w pierwszej kolejności należałoby się zwrócić do organu prowadzącego, ewentualnie przekazując skargę do wiadomości kuratora oświaty - tłumaczy profesor.

Czytaj w LEX: Nauczanie hybrydowe w okresie zawieszenia zajęć w czasie trwania stanu epidemii >

Dodaje jednak, że nie ma to raczej wielkich szans powodzenia, bo decyzje należą do dyrektora szkoły. Organ prowadzący, do którego wpłynie takie zawiadomienie o nieprawidłowościach, może zarządzić kontrolę.

- Może sprawdzić choćby, jak wydano środki, które przekazał placówce na zakup wyposażenia niezbędnego do walki z epidemią, ale pewnie niewiele to wniesie do wyjaśnienia rodzicom kwestionowanych decyzji czy przyjętych rozwiązań - uważa prof. Jeżowski.

Zobacz w LEX: Procedura zawieszenia zajęć w szkole, przedszkolu, placówce ze względu na sytuację epidemiologiczną (COVID-19) >

 


A może donos do Sanepidu

Szkoły musiały dostosować się do wytycznych GIS. Jeżeli rodzic zauważy, że tego nie zrobiono, o sprawie może zawiadomić Sanepid. Same wytyczne są jednak dość elastyczne i - podobnie jak przepisy oświatowe - pozostawiają dyrektorowi szkoły dużą swobodę.

- Nie został określony jeden konkretny organ, który byłby właściwy do kontroli i egzekwowania przestrzegania wytycznych sanitarnych dotyczących szkół czy prawidłowego przygotowania szkół do nauki w obecnych warunkach epidemiologicznych. Ewentualnie pojawiające się u rodziców zastrzeżenia czy ich skargi w tym zakresie można jednak kierować do Państwowej Inspekcji Sanitarnej ustawowo zajmującej się sprawowaniem bieżącego nadzoru sanitarnego, jak również do organu prowadzącego szkołę (najczęściej gminy) ustawowo zobowiązanego do zapewnienia bezpiecznych i higienicznych warunków nauki w szkołach - mówi radca prawny Maciej Sokołowski, specjalizujący się w prawie oświatowym.

Sprawdź w LEX: Czy szkoła musi pozyskać zgodę rodziców/opiekunów prawnych na założenie kont uczniom w celu realizowania zajęć w trybie zdalnym? >

Pozostaje jeszcze kwestia zachowania się rodziców i dzieci oczekujących przed szkołą. Nadal obowiązują przepisy wprowadzające obostrzenia związane z epidemią - wciąż konieczne jest zachowanie dystansu 1,5 m lub zasłanianie ust i nosa. W powiatach oznaczonych jako czerwone maseczki w miejscach publicznych trzeba nosić nawet, gdy dystans jest zachowany.

- Jedyne, co może zrobić osoba, która widzi, że ktoś nie przestrzega przepisów dotyczących obowiązku zasłaniania ust i nosa, to zawiadomić o tym policję - mówi Prawo.pl prof. Robert Suwaj z Politechniki Warszawskiej, adwokat w kancelarii Suwaj, Zachariasz Legal. - Funkcjonariusze mogą ukarać "covidosceptyka" grzywną w wysokości do 500 zł lub - jeżeli nie przyjmie mandatu - skierować do sądu wniosek o ukaranie - tłumaczy. Osoba wyjątkowo zdeterminowana może też zgłosić się na policję później, zawiadamiając o możliwości popełnienia wykroczenia.

Jak podkreśla prof. Suwaj, o zdarzeniu można zawiadomić również Sanepid, który może uznać osobę nienoszącą maseczki - jako podejrzaną o zakażenie lub chorobę albo mającą styczność z czynnikami chorobotwórczymi - i skierować na izolację lub kwarantannę.