Szpitale stają się coraz bardziej niewydolne. Karetki z pacjentami odbijają się od ich drzwi i krążą po kilka godzin po mieście, bo nie mają gdzie zostawić chorego z COVID-19.  A jeśli już gdzieś uda się go "podrzucić", to okazuje się, że korytarze szpitalne są i tak  przepełnione chorymi z koronawirusem, a dla pozostałych pacjentów nie ma już miejsca.

Tak wygląda sytuacja w Polsce od kilku dni. Pogarsza się dostępność do opieki medycznej nie tylko dla pacjentów z COVID-19, bo ci mając nawet duszności, muszą czekać na przyjazd karetki już nie do pięciu, ale do ośmiu godzin. A pozostali, którzy mieli zaplanowane zabiegi w szpitalach, muszą o nich w najbliższych tygodniach, a może i miesiącach zapomnieć.

Brak łóżek w szpitalach podczas drugiej fali epidemii

- Tak źle nie było od początku pandemii. Mamy już drugą Lombardię. Liczba zakażeń rośnie w takim tempie, że  za dwa tygodnie zabraknie respiratorów i miejsc w szpitalach. Przyjeżdża do nas tylu pacjentów z COVID-19, że zajmują łóżka tym bez koronawirusa, którzy mieli przyjść na zaplanowane leczenie -mówi Filip Płużański, lekarz w trakcie specjalizacji z ortopedii, członek Porozumienia Rezydentów, pracujący w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Łodzi.

W ostatni czwartek prezes NFZ  wydał oświadczenie, w którym zalecił, ograniczenie do niezbędnego minimum lub czasowe ograniczenie udzielania świadczeń wykonywanych planowo, aby zminimalizować ryzyko transmisji infekcji COVID-19 i zapewnienie dodatkowych łóżek szpitalnych dla pacjentów wymagających pilnego przyjęcia. Ponadto zalecił, aby przy ograniczeniu lub zawieszeniu udzielania świadczeń, wziąć pod uwagę przyjęty plan leczenia i wysokie prawdopodobieństwo pobytu pacjenta po zabiegu na oddziale anestezjologii i intensywnej terapii.

Zalecenie wstrzymania zabiegów planowych

Zalecenie wstrzymania dotyczy m.in. diagnostyki, zabiegów diagnostycznych, leczniczych i operacyjnych, w szczególności: endoprotezoplastyki dużych stawów, operacji kręgosłupa, zabiegów naczyniowych na aorcie brzusznej i piersiowej, pomostowania naczyń wieńcowych, zabiegów wewnątrzczaszkowych, dużych zabiegów torakochirurgicznych, nefrektomii i histerektomii.

O ile jeszcze wiosną dyrektorzy szpitali zastosowali się do podobnych wytycznych z uwagi na obawę rozprzestrzeniania się wirusa, to teraz są do tego zmuszeni. Zwłaszcza w szpitalach powiatowych, do których trafiają pacjenci z lżejszą formą COVID-19, ale jednak z dusznościami i wymagający hospitalizacji. -  U nas też już zaczyna brakować miejsc, bo przywożeni są pacjenci z sąsiednich powiatów. Z Pułtuska, w którym zamknięto oddział wewnętrzny, czy z Ciechanowa, w którym szpital jest niedostępny, bo przekształca się na jednoimienny - mówi Jerzy Wielgolewski, dyrektor szpitala powiatowego w Makowie Mazowieckim.

 


W szpitalach trwa zatem gorączkowe organizowanie łóżek i stanowisk intensywnej terapii.
- Dla pacjentów z COVID-19  mamy przeznaczonych 308 łóżek, w tym tzw. łóżka specjalne czyli 26 miejsc na intensywnej terapii. Od poniedziałku, 19 października ,wszystkich miejsc będzie 340. A pacjentów dzisiaj jest 268 - informowała w piątek Maria Włodkowska, rzecznik prasowy Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Krakowie. Szpital został wyznaczony na koordynujący przez ministra zdrowia. Co oznacza w praktyce, że przyjmuje najcięższe przypadki COVID-19 i koordynuje rozsyłanie pacjentów po innych szpitalach wespół z pogotowiem

Dodatkowe 27 łóżek zakaźnych zorganizował Pomorski Urząd Marszałkowski w Szpitalu Copernicus.
Dodatkowe 27 łóżek "covidowych", w tym 3 respiratorowe zostały zorganizował Szpitalu Copernicus, należący do Samorządu Województwa Pomorskiego.- Praktycznie nie ma wątpliwości, że kadra do ich obsługi, w tym anestezjolodzy, jest zorganizowana wyłącznie dzięki temu, że nie będą obsługiwać pacjentów z zabiegów planowych bo te, niestety, będą musiały zostać odwołane- mówi Tadeusz Jędrzejczak, dyrektor Departamentu Zdrowia Urzędu Marszałkowskiego Województwa Pomorskiego i były prezes Narodowego Funduszu Zdrowia. Podkreśla, że jeśli ilość zakażeń i hospitalizacji będzie rosła tak dynamicznie, to lekarze będą zmuszeni selekcjonować pacjentów do leczenia”

Na tle tego co się dzieje, niebezpiecznie mogą czuć się pacjenci onkologiczni, w trakcie leczenia lub rozpoczynający je. Wiele osób przestraszyło się COVID-19 i odwołuje wizyty.  Choć prezes NFZ w wydanym w czwartek oświadczeniu wskazał, że ograniczenia w dostępie do leczenia mogą objąć zabiegi ortopedyczne, ale nie mogą dotyczyć planowej diagnostyki i leczenia chorób nowotworowych.

Onkologia mam być za wszelką cenę utrzymana

- My leczymy i nie wstrzymujemy przyjęć. Na razie nie ma zagrożenia, że szpitale onkologiczne zostaną przekształcone na COVID-owe. Minister zdrowia mówił, że za wszelką cenę chce je utrzymać - mówi prof. Adam Maciejczyk, dyrektor Dolnośląskiego Centrum Onkologii.

Już latem jednak onkolodzy alarmowali, że pacjenci onkologiczni są poszkodowani przez epidemię. Niepokojące dane płyną z NFZ, którego statystki wskazują, że w okresie od 1 stycznia do 11 września 2020 roku zostało wydanych o 16 300 kart DiLO (Diagnostyki i Leczenia Onkologicznego) mniej niż w analogicznym okresie roku 2019 (spadek o około 25 proc.).

Prawa pacjenta odłożone

Żniwo po epidemii zbierają i mogą zacząć zbierać także inne choroby, ale jeśli ograniczenia w dostępie do leczenia są wprowadzane w świetle prawa, to na nic tu się zda prawo pacjenta do leczenia. - Jeśli ograniczenia są wprowadzane przez podmioty lecznicze bezprawnie, a pacjent poniesie szkodę na zdrowiu z uwagi na opóźnienie w diagnostyce i leczeniu, to ma prawo do zadośćuczynienia. Musi jednak wykazać, że podjął próbę uzyskania terminu wizyty czy badania i leczenia, a nie, że z uwagi na ogólną sytuację sam odsunął w czasie zgłoszenie się do lekarza - komentuje Jolanta Budzowska, radca prawny specjalizujący się w prawie medycznym.

Tadeusz Jędrzejczak przewiduje zaś, że jeśli ilość zakażeń i hospitalizacji będzie rosła tak dynamicznie, to lekarze będą zmuszeni selekcjonować pacjentów do leczenia.