Zamiast edukować, firmy karzą za wyciek danych
W 40 proc. firm na świecie pracownicy zatajają incydenty związane z cyberbezpieczeństwem, do których doprowadzili – wynika z badań firmy Kaspersky. Dzieje się tak przede wszystkim ze strachu przed odpowiedzialnością oraz wstydu, że profesjonalista nabrał się na sztuczkę hakerów (np. otworzył załącznik do e-maila udający fakturę czy informację o oczekującej na odbiór przesyłce, który zawierał złośliwe oprogramowanie) - pisze "Rzeczpospolita"

Za spowodowanie wycieku danych pracownik może być ukarany karą porządkową, wypowiedzeniem, a w skrajnych przypadkach zwolnieniem dyscyplinarnym – mówi radca prawny Sławomir Paruch, partner z kancelarii Raczkowski Paruch. - Pracodawca może się też domagać odszkodowania, choć trudne może być wykazanie szkody spowodowanej naruszeniem zasad bezpieczeństwa danych - dodaje.
Każdy cyberatak grozi utratą nie tylko danych, ale i zaufania klientów, a nawet całkowitym paraliżem firmy.
Co jednak oznacza „stwierdzenie" wycieku i kto powinien to stwierdzić? – pyta dr Arwid Mednis z Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. I odpowiada: – Moim zdaniem chodzi o dowolnego członka organizacji, niekoniecznie na stanowisku kierowniczym. Dlatego ważny jest system efektywnego wykrywania incydentów.
– Obecnie firmy zwykle dowiadują się o naruszeniach po trzech miesiącach, z gazet lub innych źródeł zewnętrznych – mówi Maciej Gawroński partner zarządzający w Gawroński & Partners.
Za brak zgłoszenia wycieku RODO przewiduje karę do 10 mln euro lub 2 proc. rocznego światowego obrotu, podobnie za sam wyciek.
– Prawnie zawsze odpowiada administrator danych, ale możliwe, że krajowe regulacje wprowadzą sankcje karne, które mogą dotknąć indywidualnie pracownika, który doprowadził do wycieku – uważa Arwid Mednis.
– Jeśli pracownik działał umyślnie, w złej wierze chciał ujawnić dane osobowe, to pracodawca może dochodzić naprawienia szkody w całej rozciągłości, w tym podnieść roszczenie regresowe odpowiadające wysokości kary nałożonej na pracodawcę – podkreśla Sławomir Paruch.
Źródło: "Rzeczpospolita"





