Związkowcy uznali to za sukces.

 

To jeden z największych strajków w Czechach po 1989 roku.

 

Skutki strajku nie były zbyt dokuczliwe dla obywateli Czech. Większość biorących udział w akcji instytucji czy urzędów funkcjonowała normalnie, a ich pracownicy symbolicznie ograniczyli zakres obowiązków i umieścili informacje o proteście. Nie doszło do żadnych incydentów.

 

Zdaniem czeskiego prezydenta Vaclava Klausa strajk wyglądał śmiesznie, ze względu na niewielki - w jego ocenie - odzew wszystkich pracowników sektora budżetowego. W proteście wzięła udział 1/3 ludzi zatrudnionych w sferze publicznej. Klaus uznał akcję za nieodpowiedzialną.

 

W dużych miastach około południa odbyły się związkowe demonstracje. Najwięcej ludzi, ok. 2 tys., zebrało się w centrum Pragi. Podobna liczba manifestantów pojawiła się w Brnie. W innych miastach, m.in. Pilznie, Hradcu Kralove, Pardubicach, Ołomuńcu, Igławie, Czeskich Budziejowicach, na ulice wyszło od 200 do 700 osób. Po godzinie 15 kolejne 2 tysiące ludzi wyszły na ulice miast czeskiego zagłębia: Ostrawy, Hawierzowa i Frydku-Mistku.

 

W Pradze wśród demonstrujących zjawili się przedstawiciele opozycji, w tym były premier z ramienia Czeskiej Partii Socjaldemokratycznej (CzSSD) Jirzi Paroubek. Obecny w tłumie były szef czeskich związków zawodowych i przedstawiciel lewicy w Parlamencie Europejskim Richard Falbr określił poglądy rządzących jako "tryskający gejzer głupoty". Prezydenta Czech Vaclava Klausa, który rano skrytykował strajkujących związkowców, nazwał "mędrkiem w pałacu".

 

Do demonstrujących związkowców dołączyli także policjanci, strażacy i wojskowi, którym prawo zakazuje udziału w strajkach.

 

Organizatorzy protestu z Czesko-Morawskiej Konfederacji Związków Zawodowych (CzKOS) krytykowali plan rządowych oszczędności i publicznie odczytali swoją odezwę do władz. Opisywali w niej trudną sytuację pracowników i niskie zarobki.

 

Szef CzKOS Jaroslav Zavadil skarżył się, że rząd pozostał głuchy na argumenty związków, które doskonale wiedzą, że oszczędności są konieczne, ale nie zgadzają się ze sposobem, w jaki są wprowadzane. "Nie rozumiemy, dlaczego obecny rząd wszedł na drogę cięć za wszelką cenę i postanowił, że nie ustąpi ani o piędź" - powiedział.

 

Głównym powodem strajku i demonstracji jest plan obniżenia przez rząd wynagrodzeń w sferze budżetowej o 10 proc. oraz zmiany w kodeksie pracy, likwidujące m.in. dodatek za wysługę lat. Premier twierdzi, że związkowcy nie tyle bronią praw pracowników, ile wraz z lewicową opozycją toczą grę polityczną, mającą na celu destabilizację kraju.

 

Premier Neczas już wcześniej zapowiedział, że rząd nie ugnie się pod presją protestów i nie zrezygnuje ze swych planów cięć wynagrodzeń pracowników budżetówki.

 

Rano jako pierwsze do strajku przystąpiły placówki służby zdrowia, w tym część szpitali, które pracują według weekendowego harmonogramu. W ciągu dnia stopniowo włączały się szkoły i przedszkola, biblioteki, instytucje kulturalne i urzędy, w tym sądy.

 

Szpitale odwołały np. zaplanowane na środę operacje i przyjmowały jedynie pacjentów wymagających nagłej pomocy.

 

W Pradze zamknięta była Biblioteka Narodowa, protestowali też pracownicy opery, którzy przygotowali na tę okazję specjalny program.

 

Z Pragi Michał Zabłocki